KRS: 0000870180

Zaburzenie osobowości jest trwałym wzorcem zachowań, sposobu postrzegania świata oraz kategoryzowania wspomnień i doświadczeń. W niektórych przypadkach jest źródłem cierpienia osoby nim dotkniętej, a jednocześnie człowiek z takim zaburzeniem może uważać, że jego myśli i działania są normalne i naturalne.

Czym właściwie jest ASPD?

W grono zaburzeń osobowości wpisuje się omawiane w tym artykule antyspołeczne zaburzenie osobowości (ang. antisocial personality disorder - ASPD). 

Najpopularniejszą, dość dokładną, zweryfikowaną naukowo definicję tego zaburzenia przedstawia nam Diagnostyczny i Statystyczny Podręcznik Zaburzeń Psychicznych, jakim jest w skrócie DSM-5. W podręczniku tym możemy wyczytać, że ASPD należy do wiązki B zaburzeń osobowości. Ale co to oznacza?

Wiązkę B charakteryzują zachowania odznaczające się wśród innych swoją dramatycznością, emocjonalnością i lekceważeniem konsekwencji, a zasadniczą cechą antyspołecznego zaburzenia osobowości jest właśnie wszechobecny wzorzec naruszania praw innych oraz brak poszanowania zasad etycznych. Taki schemat może zacząć się kształtować już w dzieciństwie, i jest kontynuowany w wieku dorosłym, a sam wzorzec można określać m.in. jako psychopatia bądź socjopatia, w zależności od określonych cech jednostki.

Charakterystyka osób z ASPD

Osoby z antyspołecznym zaburzeniem osobowości nie przestrzegają norm zachowań zgodnych z prawem. Wielokrotnie mogą dokonywać czynów, które stanowią podstawę do aresztowania Przez wzgląd na tendencję do okazywania agresji, wykazują również lekkomyślne, nieodpowiedzialne podejście do bezpieczeństwa własnego lub innych. Mogą wielokrotnie wdawać się w fizyczne bójki lub dopuszczać się aktów napaści.

W celu uzyskania osobistych korzyści lub przyjemności potrafią zgrabnie manipulować, okłamywać i oszukiwać. 

Osoby dotknięte ASPD zazwyczaj nie okazują skruchy związanej z konsekwencjami swoich czynów (jedynie sporadycznie oraz w niewielkim stopniu), “minimalizując” szkody, jakie wyrządziły ich działania. Z reguły jednak nie rekompensują ani nie naprawiają swojego zachowania. Mogą być obojętne lub powierzchownie usprawiedliwiać wyrządzenie komuś krzywdy, a nawet obwiniać ofiary za to, że np. są głupie, bezradne lub zasługują na swój los.

Psychopatia vs. socjopatia

Omówmy sobie krótko dwa wzorce ASPD o których była mowa wyżej. Będzie nam to potrzebne przy zrozumieniu dalszej części artykułu. Bo o jakich zjawiskach tak naprawdę mówimy, gdy posługujemy się terminami psychopatia lub socjopatia?

Powiązania z łamaniem prawa

Stéphane A De Brito i Sheilagh Hodgins z King’s College w Londynie w publikacji Personality, Personality Disorder and Violence: An Evidence Based Approach zajmują się analizą badań dotyczących ASPD pod kątem jego związku z przestępczością i przemocą. Przytoczę 3 z nich, które najbardziej zwróciły moją uwagę.

Przegląd 62 badań przeprowadzonych na przestrzeni kilku dekad w 12 krajach pozwolił ocenić częstość występowania zaburzeń psychicznych wśród reprezentatywnych prób skazanych przestępców. Spośród 13844 więźniów aż u 47% mężczyzn i 21% kobiet zdiagnozowano ASPD.

W innym badaniu obserwowano dużą grupę osób narodowości duńskiej składającej się z ponad 300 000 osób do 43 roku życia. Rejestry karne osób z ASPD, które zostały przyjęte na oddział psychiatryczny, porównano z członkami grupy, którzy nie byli hospitalizowani. 

Należy jednak wspomnieć, że autorzy rozdziału sugerują, iż wyniki te mogą być nie do końca dobrze sformułowane i różnić się od realiów. Uważają, że osoby z ASPD, które zostały przyjęte do szpitala psychiatrycznego na hospitalizację, różnią się od zdecydowanej większości osób z tym zaburzeniem.

Podobne badanie przeprowadziło jednak Liverpool Violence Assessment. Porównano 61 brytyjskich więźniów, gdzie część posiadała diagnozę ASPD, a część nie. Porównania dotyczyły ogólnego występowania wzorców przemocy - więźniowie z ASPD uzyskali znacznie wyższe wyniki w zakresie przemocy niż ci bez ASPD.

Istniała jednak znaczna zmienność w poziomach przemocy w grupie osadzonych z ASPD. Jedna trzecia prezentowała tylko sporadyczne incydenty niskiego poziomu przemocy, a kolejna jedna trzecia prezentowała powtarzające się akty przemocy. A jak to wygląda jeśli chodzi o agresję?

Skłonność do agresji

W zakładzie karnym na północy Portugalii przeprowadzono badanie, w którym udział wzięło 134 mężczyzn. Większość z więźniów zostało skazanych za przestępstwa z użyciem przemocy (napaść fizyczna, morderstwo lub usiłowanie morderstwa), a do samego badania dobrowolnie włączono tych, którzy dokonali aktów agresji fizycznej wobec innych więźniów.

96 z badanych mężczyzn miało już wcześniej postawioną diagnozę ASPD, a 38 wykazywało psychopatię. Skupiono się na analizie impulsywności oraz agresji z premedytacją u badanych sprawców, starając się odkryć, jak te cechy wpływają na ich przestępcze zachowania.

W oddziale klinicznym zakładu karnego uczestnicy zostali przesłuchani i poddani ocenie za pomocą testów psychologicznych mierzących m.in. poziom cech psychopatycznych oraz skalę impulsywności. 

Zaobserwowano następujące zależności:

Badacze dodatkowo doszli do wniosku, że cechy takie jak powierzchowny urok, patologiczne kłamstwa, oszustwa i zachowania manipulacyjne (niewrażliwość emocjonalna) pojawiły się jako predyktory agresji z premedytacją. Zwracają przy tym uwagę na szczególne znaczenie niewrażliwości emocjonalnej podczas uczenia się o tym, jak agresywne zachowanie jest wykorzystywane do uzyskiwania osobistych korzyści bez skrupułów. A, jak wiemy, jest to jedna z głównych charakterystyk osób z antyspołecznym zaburzeniem osobowości.

Recydywa

Recydywa to, najprościej mówiąc, popełnienie przestępstwa po raz kolejny, mimo wcześniejszego konfliktu z prawem oraz odbycia kary. Badacze z Uniwersytetu Barcelońskiego piszą, że ryzyko recydywy może wzrosnąć nawet czterokrotnie w przypadku obecności ASPD. Zostało to potwierdzone przez innych badaczy, którzy poprzez analizę ponad 200 badań doszli do wniosku, że właśnie to zaburzenie osobowości jest jednym z najsilniejszych predyktorów ponownego łamania prawa z użyciem przemocy. 

Specjaliści z Kolumbii, zaniepokojeni brakiem odpowiednich badań określających związek między cechami zachęcającymi do popełniania przestępstw a ASPD, postanowili zbadać ten obszar. Sprawdzali, czy istnieją różnice w grupach przestępców skazanych po raz pierwszy w jednym z kolumbijskich więzieni, grupując ich na podstawie posiadania diagnozy antyspołecznego zaburzenia osobowości (47 więźniów) bądź jej braku (23 więźniów).

Więźniów badano na różnych wymiarach ich życia: w kontekście indywidualnym, społecznym, edukacyjnym, rodzinnym, zawodowym, karnym i penitencjarnym. W chwili badania wszystkich wybranych więźniów:

Wyniki otrzymane przez specjalistów jednoznacznie pokazywały, że osoby z ASPD częściej prezentują zachowania bądź cechy, które pociągają za sobą gorsze rokowania co do ponownego popełnienia przestępstwa. Do takich rokowań zaliczają się m.in. używanie substancji psychoaktywnych, łamanie prawa pod wpływem środków odurzających, znajomości związane z przestępczością oraz ogólna niezdolność do wyjścia z więzi przestępczych.

Oprócz tego badacze sprawdzili siłę związku między antyspołecznym zaburzeniem osobowości a zmiennymi społeczno-przestępczymi. Istotny okazał się związek między ASPD a popełnieniem przestępstwa pod wpływem substancji psychoaktywnych. Badacze uważają, że cecha ta jest typowa dla więźniów z antyspołecznym zaburzeniem osobowości.    Wspomnieni wyżej A De Brito i Hodgins również piszą o tym, że nadużywanie substancji psychoaktywnych jest najczęściej współwystępującym problemem u osób z ASPD.

Obecność lub brak antyspołecznego zaburzenia osobowości współwystępuje z szeregiem zmiennych, które mogą prowadzić do popełnienia przestępstwa i recydywy. Można jednak stwierdzić, że samo zaburzenie antyspołecznej osobowości zwiększa jednak to ryzyko, niezależnie od występowania dodatkowych czynników.

Podsumowanie

Pamiętajmy, że dyskusja na temat zaburzeń psychicznych, w tym antyspołecznego zaburzenia osobowości, powinna być prowadzona z wyczuciem i zrozumieniem. Zamiast demonizować, warto podejść do tych tematów z otwartością na złożoność ludzkiego umysłu. Edukacja i rozmowa oparta na wiedzy mogą pomóc w przełamywaniu stereotypów i budowaniu rzetelnego spojrzenia na osoby dotknięte tymi zaburzeniami, kładąc równocześnie nacisk na potrzebę właściwego wsparcia i leczenia.

Źródła:

  1. American Psychiatric Association. (2013). Diagnostic and statistical manual of mental disorders (5th ed.).
  2. Azevedo, J., Vieira-Coelho M., Castelo-Branco M., Coelho R., Figueiredo-BragaI M. (2020) Impulsive and premeditated aggression in male offenders with antisocial personality disorder.
  3. Bonta, J., Blais, J., & Wilson, H. A. (2014). A theoretically informed meta-analysis of the risk for general and violent recidivism for mentally disordered offenders. Aggression and violent behavior, 19(3), 278-287.
  4. Cierpiałkowska, L., Sęk, H. (2016) Psychologia kliniczna.
  5. Hanson, R. K., & Morton-Bourgon, K. E. (2019). The characteristics of persistent sexual offenders: A meta-analysis of recidivism studies. In Clinical forensic psychology and law (pp. 67-76). Routledge.
  6. Larrotta-Castillo R, Garivia AM, Mora-Jaimes C, Gómez-Abril DA. Criminal characteristics of a group of primary criminals diagnosed with aspd: approach to criminal recidivism. Rev Esp Sanid Penit. 2017 Dec;19(3):74-78. doi: 10.4321/S1575-06202017000300002. PMID: 29364332; PMCID: PMC6241926.
  7. Nguyen, T., Arbach-Lucioni, K., & Andrés Pueyo, A. (2011). Factores de riesgo de la reincidencia violenta en población penitenciaria. Revista de Derecho Penal y Criminología, 2011, num. 6, p. 273-294.
  8. MacKenzie, P. M. (2014) Psychopathy, Antisocial Personality, & Sociopathy: The Basics. A History Review.
  9. McMurran, M., & Howard, R. (Eds.). (2009). Personality, personality disorder and violence: An evidence based approach. - Chapter 7. Antisocial Personality Disorder by A De Brito S., Hodgins, S.
  10. https://somentiq.pl/blog/zaburzenia/psychopata-czy-socjopata/#h-osobowosc-dyssocjalna-podstawa-socjopatii-i-psychopatii

Autorka: Julia Skrzypiec, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: shutterstock.com

Jeffrey Dahmer znany jest jako „kanibal z Milwaukee”, „potwór z Milwaukee”. Urodził się on 21 maja 1960 roku w Milwaukee, zmarł 28 listopada 1994 roku. Dahmer był amerykańskim seryjnym mordercą oraz przestępcą seksualnym. Zamordował i rozkawałkował 17 mężczyzn, a także chłopców, zbrodnie te popełnił w latach 1978-1991.

Dzieciństwo Jeffreya Dahmera

Dahmer już od dziecka ekscytował się martwymi zwierzętami. Zainteresowanie to rozwinęło się u niego w wieku już 4 lat, miał nawet swoje tajemnicze miejsce, w którym schował czaszkę psa. Jeffrey był zaabsorbowany oglądaniem rozkładu zwierząt. Od najmłodszych lat był zdemoralizowany, będąc nastolatkiem bardzo często pił alkohol, konsekwencją czego było wyrzucenie ze szkoły, a w późniejszym czasie z wojska.

Dahmer niejednokrotnie wykazywał bardzo dziwne zachowania. W 1984 roku zatrzymano go za ekshibicjonizm. W 1988 roku za masturbowanie się w obecności małoletnich chłopców – po tym wydarzeniu umieszczono go na rok w zakładzie karnym. Następnie za molestowanie seksualne 13-letniego chłopca dostał rok prac społecznych, a także wpisano go do rejestru sprawców przestępstw seksualnych. Jeffreyowi udało się jednak wyperswadować umieszczenie go w zakładzie psychiatrycznym, sąd skierował go na 5 lat otwartego leczenia. Nie zważając natomiast na jego stan psychiczny, zdiagnozowane zaburzenie osobowości borderline, osobowości schizotypowej uznano go ostatecznie na osobę prawnie zdrową.

Jeffrey Dahmer – Ofiary

Skupmy się jednak na ofiarach Dahmera, jakie było jego modus operandi?

Pierwszego morderstwa mężczyzna dokonał w 1978 roku, mając 18 lat. Ofiarą był Steven Hicks – 18 latek, którego po raz ostatni widziano w autobusie, jadącego na koncert rockowy w Ohio. Jeffrey zatłukł chłopaka hantlem, następnie go udusił i rozkawałkował. Szczątki spalił i rozrzucił w lesie.

Drugą ofiarą był Steven Tuomi – 25 letni mężczyzna, którego zamordowano 20 listopada 1987 roku w wynajętym pokoju hotelowym „Ambassador” w Milwaukee. Przy tym zabójstwie Dahmer tłumaczył się niepamięcią, nie wiedział w jaki sposób zabił ofiarę, stwierdził, że prawdopodobnie pobił go na śmierć, jego ciało rozkawałkował w piwnicy swojej babci, a szczątki wyrzucił do śmieci.

Kolejną ofiarą Dahmera był 14 letni James Doxtator. Został zamordowany 16 stycznia 1988 roku. Chłopiec natknął się na Jeffrey’a przed barem dla osób homoseksualnych w Wisconsin. Mężczyzna obiecując mu zapłatę w kwocie 50 dolarów za sfotografowanie się nago zachęcił go do pójścia z nim do swojego domu. Tam udusił swoją ofiarę, ciało przez najbliższy tydzień przetrzymywał w piwnicy, następnie je rozkawałkował i wyrzucił do śmieci. Jego szczątków nigdy nie odnaleziono.

4 ofiarą był 22 letni Richard Guerrero, którego zamordowano dwa miesiące po zabójstwie 14 latka. Dahmer na początku odurzył go, następnie udusił, rozkawałkował zwłoki, rozpuścił je w kwasie, a kości wyrzucił do śmieci. Czaszkę jednak dokładnie oczyścił i schował dla siebie na kilka miesięcy.

Rok później zamordowano Anthony'ego Searsa, 24 letniego mężczyznę. Był on ostatnią ofiarą, która została zamordowana w mieszkaniu babci Jeffrey’a. Anthony tak jak i Richard został odurzony, a następnie uduszony. Po zbrodni Dahmer zatrzymał czaszkę oraz genitalia ofiary. Szczątki te odnaleziono już po zatrzymaniu mężczyzny w szafie na dokumenty.

6 ofiarą był 32 letni mężczyzna – Raymond Smith. Zabito go 20 maja 1990 roku. Był pierwszą ofiarą, która utraciła życie w domu Dahmera. Jeffrey nasypał Raymondowi środki nasenne do drinka, gdy ten usnął, udusił go, jego czaszkę pomalował sprayem i schował.

Następna ofiara to znajomy Jeffrey’a – Edward Smith, który po raz ostatni był widziany z nim na imprezie. Szkielet Edwarda oblał kwasem, czaszkę zaś wypalał w piecu, konsekwencją czego było jej zniszczenie. Edward został zamordowany 14 czerwca 1990 roku.

8 ofiara to 22 letni Ernest Miller, który był studentem tańca. Został zamordowany trzy miesiące po zabójstwie Edwarda. Dahmer przeciął mu tętnicę szyjną, następnie rozczłonkował. Cały szkielet mężczyzny Jeffrey przetrzymywał w swojej szufladzie na dokumenty, serce, biceps, część nóg zamroził mając plan ich zjedzenia w późniejszym czasie.

22 dni po zabójstwie Ernesta, Dahmer zamordował 22 letniego Davida Thomasa, którego zwabił do swojego mieszkania podobnie jak 14 letniego Jamesa, jemu również obiecał zapłatę za pozowanie do zdjęć w negliżu. Mężczyznę udusił, zrobił mu zdjęcia polaroidem rozczłonkowując jego ciało, szczątków nigdy nie odnaleziono.

18 lutego 1991 roku Dahmer zamordował 17 letniego Curtisa Straughtera. Modus operandi seryjnego zabójcy powtarza się. Zwabia ofiarę do domu, odurza, dusi a ciało rozczłonkowuje. Jeffrey zostawił sobie jego czaszkę, genitalia oraz ręce.

11 ofiara to 19 letni Errol Lindsey zamordowany 7 kwietnia 1991 roku. Był on pierwszą ofiarą eksperymentów Dahmera, które nazywał „technikami wiercenia”. Na czym to polegało ? Jeffrey wywiercał w czaszce ofiary dziurę a następnie do mózgu wstrzykiwał kwas solny. Dahmer zeznając opowiedział, że podczas tego procederu ofiara ocknęła się i musiał ponownie go odurzyć. Po tych czynnościach udusił go, czaszka została znaleziona już po aresztowaniu seryjnego zabójcy.

12 ofiara to 31 letni Tony Hughes, który został zamordowany 24 maja 1991 roku. Mężczyznę również pod pretekstem zrobienia zdjęć nago zwabił do swojego mieszkania. Tony był osobą niesłyszącą, a więc porozumiewał się ze swoim oprawcą pisząc. Jeffrey udusił go, jego ciało pozostawił na 3 dni na podłodze, później je rozczłonkował. Tożsamość zamordowanego mężczyzny ustalono po odnalezionej w domu Dahmera czaszce.

3 dni po zabójstwie Tonyego Dahmer dopuścił się kolejnej zbrodni, tym razem ofiarą był 14 letni Konerak Sinthasomphone. Jeffrey na początku odurzył chłopca i wstrzyknął mu kwas solny do mózgu. Odurzonego Koneraka zostawił w domu, po czym poszedł po piwo. W tym czasie chłopiec oprzytomniał i uciekł z mieszkania oprawcy. Dahmer zobaczył go na dworze wraz z kobietami, które próbowały udzielić mu pomocy. Została wezwana policja, jednak Dahmer zmanipulował ich, mówiąc, że jest to jego kochanek, że jest odurzony i „wygaduje głupoty”. Policja odjechała a Dahmer ponowił swój proceder – wstrzyknął ofierze kwas solny do mózgu, po czym Koneraka zmarł. Głowę chłopca Dahmer włożył do zamrażarki, ciało zaś rozczłonkował.

14 ofiara to 20 letni Max Turner, który został zamordowany 30 czerwca 1991 roku. Dahmer spotkał Maxa na przystanku autobusowym. Po krótkiej rozmowie Max zgodził się pojechać do Milwaukee na sesję zdjęciową z Jeffreyem. Mężczyzna został odurzony i uduszony. Po zbrodni Jeffrey rozczłonkował go, głowę oraz organy wewnętrzne umieścił w zamrażarce a tors w 57 galonowej beczce.

15 ofiara Dahmera to 23 letni Jeremiah Weinberger, który został zamordowany 5 lipca 1991 roku. Mężczyzna zapoznał Jeffreya w barze dla osób homoseksualnych w Chicago, zgodził się on, aby przyjechać na weekend do nowo poznanego mężczyzny. Gdy dotarli do domu Dahmer zaatakował Jeremiego, wywiercił dziurę w mózgu, a następnie do środka wstrzyknął wrzątek. Dla Dahmera śmierć tej ofiary była szczególna, ponieważ jako pierwszy zmarł z otwartymi oczyma. Jego ciało, tak jak w przypadku poprzedniej ofiary rozczłonkował, tors umieścił w beczce.

Kolejną ofiarą był 24 letni Oliver Lacy, który został zamordowany 10 dni po Maxie. Jeffrey zwabił mężczyznę do swojego domu, tam odurzył i udusił skórzanym paskiem. Ciało rozkawałkował, głowę oraz serce umieścił w lodówce.  Szkielet 24 latka Dahmer zachował, aby ozdobić jedną stronę prywatnego sanktuarium czaszek i kości.

Ostatnią ofiarą był 25 letni Joseph Bradeholt. Mężczyzna poszukiwał pracy w Milwaukee, w nieznanych okolicznościach zapoznał się z Dahmerem. Został zamordowany 19 lipca 1991 roku. Jeffrey porzucił ciało Josepha na dwa dni, po powrocie zdekapitował go, głowę umieścił w lodówce, tors zaś w beczce. Joseph osierocił trójkę dzieci.

Aresztowanie Dahmera

Aresztowanie Jeffreya Dahmera miało miejsce 22 lipca 1991 roku i rozpoczęło się od ucieczki jednej z jego potencjalnych ofiar, Tracy'ego Edwardsa. Edwards udał się do policji, która przybyła do mieszkania Dahmera pod pretekstem przeprowadzenia śledztwa. Gdy funkcjonariusze weszli do mieszkania, zauważyli niepokojące elementy, takie jak zdjęcia rozczłonkowanych ciał i ludzkie szczątki. Znaleźli również narzędzia chirurgiczne, chemikalia oraz zbiorniki z kwasem.

W trakcie przeszukania mieszkania policjanci odkryli ludzkie głowy w lodówce i zamrażarce oraz inne makabryczne dowody, które świadczyły o brutalnych morderstwach. Dahmer został natychmiast aresztowany i przewieziony na komisariat, gdzie przyznał się do licznych zabójstw, nekrofilii oraz kanibalizmu. Jego aresztowanie zakończyło przerażającą serię morderstw i wywołało ogromny szok oraz medialne zainteresowanie na całym świecie.

Proces

Proces Jeffreya Dahmera rozpoczął się 30 stycznia 1992 roku w Milwaukee w stanie Wisconsin. Dahmer przyznał się do winy w 15 przypadkach morderstwa, lecz jego obrona opierała się na argumentacji, że był on niepoczytalny w momencie popełniania tych czynów. Podczas procesu przesłuchano wielu ekspertów z dziedziny psychiatrii i psychologii. Specjaliści próbowali ocenić stan psychiczny Dahmera oraz to, czy jego działania były wynikiem choroby psychicznej. Opinie były podzielone; niektórzy biegli twierdzili, że Dahmer cierpiał na poważne zaburzenia psychiczne, podczas gdy inni uznali, że był świadomy swoich czynów.

17 lutego 1992 roku ława przysięgłych uznała Dahmera za poczytalnego i w pełni odpowiedzialnego za swoje czyny. Został skazany na 15 kolejnych wyroków dożywocia, bez możliwości ubiegania się o zwolnienie warunkowe. W sumie jego kara wynosiła 957 lat więzienia.

Jeffrey Dahmer i jego śmierć

Jeffrey Dahmer zginął 28 listopada 1994 roku w Columbia Correctional Institution w Portage, Wisconsin. Przyczyną jego śmierci było brutalne pobicie przez współwięźnia Christophera Scarvera. Tego dnia Dahmera, Scarvera i innego więźnia, Jessego Andersona, przydzielono do sprzątania pomieszczeń więziennych. W pewnym momencie, gdy pozostali bez nadzoru strażników, Scarver zaatakował Dahmera metalowym prętem z wózka do czyszczenia.

Scarver później zeznał, że uderzył Dahmera kilkakrotnie w głowę, powodując poważne obrażenia, które doprowadziły do śmierci. Następnie zaatakował Andersona, który również zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Dahmer został znaleziony przez strażników jeszcze żywy, ale zmarł w drodze do szpitala od rozległych obrażeń głowy. Scarver twierdził, że sprowokowali go Dahmer i Andersona, ale też zasugerował, że atak był motywowany przeszłością Dahmera, w tym jego zbrodniami oraz postawą w więzieniu, gdzie miał podobno prowokować innych więźniów. Scarver został skazany na dodatkowe wyroki dożywocia za morderstwa Dahmera i Andersona.

Źródła:

Autor: Magdalena Wychowska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: https://swiatseriali.interia.pl/newsy/seriale/dahmer-potwor-historia-jeffreya-dahmera-1625/news-jeffrey-dahmer-kim-byl-seryjny-morderca-z-milwaukee,nId,6381739

Serdecznie zachęcamy do lektury poprzednich artykułów z serii:

  1. A jak Alcala Rodney
  2. B jak Bogdan Arnold
  3. C jak Carranza Estibaliz.

20 napaści, 9 ofiar śmiertelnych. Ocalałe kobiety nigdy nie odzyskały pełnej sprawności. Paraliżujący strach towarzyszył mieszkańcom Pomorza przez bardzo długi czas. Wszechobecne poczucie niebezpieczeństwa wykluczało samotne spacery. Na kobiety wracające do miejsca zamieszkania pociągami i autobusami czekali ojcowie, mężowie i bracia, bo nie wiadomo było, kiedy i gdzie nastąpi kolejny atak oraz kto będzie następną ofiarą. Kim był Paweł Tuchlin i dlaczego przez wiele lat bezkarnie krzywdził niewinne kobiety? Oto historia jednego z najgroźniejszych seryjnych zabójców w Polsce.

Źródło: Dziennik Bałtycki

Dzieciństwo i młodość

Paweł Tuchlin urodził się 28 kwietnia 1946 roku w pomorskiej miejscowości Góra. Miał dziesięcioro rodzeństwa, z którym dobrze się dogadywał. Dzieciństwo Tuchlina nie należało jednak do najłatwiejszych, ze względu na agresywne metody wychowawcze, jakie stosował jego ojciec, oraz fakt, iż nadużywał on alkoholu, czego wynikiem były awantury, w trakcie których znęcał się nad swoją żoną. W odniesieniu do późniejszych wydarzeń istotne jest to, że zdarzało się mu używać do tych czynności młotka. Paweł Tuchlin także doświadczył przykrości i przemocy ze strony ojca. Powodem było to, że przez wiele lat moczył się do łóżka. Opisał on swoją przypadłość w pamiętniku.

Moja choroba polegała na tym, że moczyłem się w nocy podczas snu. A jedynym wtedy dostępnym „lekarstwem” dla mnie w domu była pyda, splot rzemieni. Gdy się rano wstawało, to matka albo ojciec sprawdzali moje łóżko. Kiedy było mokre, to dostawało się porcję „lekarstwa" pydą. Następnego dnia scena ta się powtarzała, bo ojciec był zdania, że ja leję w łóżko złośliwie lub też z lenistwa.”

Z tego też powodu był obiektem kpin. Co więcej, cierpiał on również na epilepsję i starał się mówić wolno, żeby się nie jąkać. Wszystko to trwało do 16 roku życia.

W technikum, w momencie rozpoznania jego problemu, skierowano go na badania i rozpoczęto leczenie, jednak nie odniosło ono natychmiastowego skutku. Wynikiem tego było skreślenie go z listy mieszkańców internatu, co wiązało się z porzuceniem szkoły z uwagi na utrudniony dojazd z rodzinnej miejscowości. Po powrocie do domu leczenie nie było kontynuowane. Nie wytrzymał tam długo i po latach przemocy i upokorzeń, jako już dorosły osiemnastoletni człowiek, podjął decyzję o ucieczce z domu.

Pomimo opisanych trudności życiowych nie sprawiał on problemów wychowawczych. Uzyskiwał dobre oceny, chętnie brał udział w grach i przedstawieniach, miał poczucie humoru i był lubiany w towarzystwie. Z powodu swojej wstydliwej przypadłości nie miał jednak powodzenia u kobiet, dlatego też uważnie je obserwował i podglądał zakochane pary. Najbardziej ciekawiły go żeńskie narządy płciowe – interesowała go płeć przeciwna, a w wieku 13 lat zaczął się onanizować. Obecność kobiet przestała go krępować dopiero wtedy, kiedy zaczął z nimi więcej przebywać. Stało się to po podjęciu pracy na budowie i zamieszkaniu w hotelu robotniczym. Atmosfera tamtego miejsca sprawiła, że zaakceptował obecność alkoholu, od którego niegdyś stronił, a pojawiające się tam kobiety „lekkich obyczajów” pomogły mu przełamać wewnętrzny strach m.in. poprzez kontakt cielesny.

Kilka lat później ożenił się, jednak małżeństwo nie trwało długo z uwagi na jego niestałość w uczuciach. Niedługo po rozwodzie zawarł kolejny związek małżeński.

Przeszłość kryminalna

W 1966 roku Tuchlina przyjęto do wojska, jednak podczas ćwiczeń ze strzelania jego słuch uległ uszkodzeniu, w wyniku czego został zwolniony i wrócił do rodzinnej miejscowości. Nie wyszło mu to na dobre, ponieważ, jak się okazało, wówczas rozpoczął swoją karierę złodzieja. Za kradzież samochodu skazano go na karę dwóch lat pozbawienia wolności, jednak został wcześniej zwolniony warunkowo. Po wyjściu z zakładu karnego podjął pracę jako kierowca, ale niedługo potem stracił prawo jazdy, ponieważ prowadził samochód w stanie nietrzeźwości.

Z karty karalności Centralnego Rejestru Skazanych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że od 1967 roku Tuchlin był tam notowany siedmiokrotnie. W latach 1970-1972 ponownie odbywał karę więzienia, również z powodu kradzieży. Podczas pobytu w zakładzie karnym został przyłapany na posiadaniu noża w celi oraz na wysyłaniu korespondencji nielegalną drogą. W latach 1976-1979 Paweł Tuchlin odbył kolejną karę pozbawienia wolności.

Sposób działania

Tuchlinowi początkowo wystarczały praktyki ekshibicjonistyczne. Po jakimś czasie zapragnął jednak bardziej wyrazistych doznań. Akty ekshibicjonizmu przerodziły się w ataki na tle seksualnym.

Przeanalizowanie sposobu dokonywania zarzucanych mu czynów pozwoliło wywnioskować, że sposób jego działania ewoluował. Początkowo działał gwałtownie, w wyniku towarzyszącego mu napięcia. Wykorzystywał nadarzające się okazje, a jego ofiarami były kobiety spotkane przypadkowo – ich wiek mieścił się w przedziale 19-54, co wskazuje na to, że ten czynnik nie miał dla niego znaczenia. Często obserwował je w pociągu bądź autobusie, po czym wysiadał razem z nimi. Następnie w rejonie pozbawionym potencjalnych świadków obezwładniał je ciosami – w tym celu używał młotka lub metalowego pręta. Narzędzie nosił ze sobą, co wskazuje na to, że zawsze był przygotowany na taką okoliczność.

Z biegiem czasu jego czyny nabrały opanowania i „dojrzałości”. Tuchlin zazwyczaj atakował od tyłu, posługując się przedmiotem do obezwładnienia zawsze w ten sam sposób – zadawał kilka (zazwyczaj około siedmiu) ciosów w głowę. Jeżeli ofiara przejawiała opór lub próbowała uciekać, liczba uderzeń ulegała zwiększeniu – przyznał, że jedną z kobiet dobijał młotkiem przez około pół godziny. Następnie swoją ofiarę przemieszczał w bardziej ustronne miejsce i ją okradał. Jego zdaniem był to najprostszy i najbardziej skuteczny pod kątem technicznym sposób. Podkreślał, że czyny, jakich się dopuszczał, nie wynikały z chęci pozbawienia życia tych kobiet, tylko z potrzeby zaspokojenia popędu seksualnego. Co istotne, z żadną ze swoich ofiar nie odbył stosunku seksualnego.

„Nie wiem dokładnie, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł napadania na kobiety i ogłuszania ich młotkiem. Pamiętałem jednak, że w ten sposób głuszy się świnie przed ubojem. Nie myślałem nigdy o jakichś bardziej bezpiecznych sposobach. Sądziłem, że nie zabijałem tych kobiet, bo zawsze słyszałem ich oddech, ruszały się i kiedy odchodziłem były żywe. Po osiągnięciu wytrysku ubierałem się, przeglądałem torebkę kobiety i zabierałem pieniądze, biżuterię, jedzenie. Przedmioty te miałem w domu, bawiłem się nimi albo dawałem żonie. Kiedy taka kobieta doszła do siebie i stwierdziła ich brak, to na pewno się martwiła. Ta myśl cieszyła mnie, ale nie wiem dlaczego.”

Poczynania Tuchlina w późniejszym okresie jego działalności zaczęły zakrawać na swoistą nonszalancję. Nie miała dla niego znaczenia pora dnia czy niesprzyjające okoliczności, przez co zaczął popełniać błędy. Istotnym tropem wydawał się być młotek, który odnaleziono na miejscu jednej ze zbrodni, jednak mimo tego mężczyzna w dalszym ciągu pozostawał na wolności.

Trudno ocenić, ilu kobietom udało się wymknąć z jego rąk, ponieważ ze swoich planów rezygnował np. w momencie spłoszenia przez pojawiające się światło czy też zbliżających się ludzi. Z każdą kolejną zbrodnią mieszkańców Pomorza ogarniał coraz większy strach. Starali się oni poruszać w grupach i wracać do domu przed zmrokiem.

Kobiety, które przeżyły ataki Tuchlina, doznały wielu urazów – niektóre z nich w ich wyniku straciły części kości czaszki, możliwość poruszania się, słuch, pamięć, czy też mowę, nie mówiąc o bliznach czy występujących tikach, które nigdy nie ustały. Ich rekonwalescencje trwały bardzo dugi czas, a głębokie urazy psychiczne z pewnością pozostały na całe życie.

Seryjny zabójca aresztowany

W 1983 roku powołana została specjalna grupa dochodzeniowo-śledcza pod kryptonimem „Skorpion”. Nazwa ta wzięła się od sposobu działania sprawcy, który atakował niespodziewanie, bezwzględnie, skutecznie, ze skutkiem tragicznym – tak jak skorpion.

Do ostatecznego rozwikłania sprawy przyczyniły się wydarzenia z wiosny 1983 roku. Tuchlin dokonał kradzieży świń, a następnie podczas napadu na kolejną kobietę zostawił wyraźny ślad obuwia, który pozwolił zawęzić krąg podejrzanych. Nie poszukiwano kogoś całkowicie anonimowego, dlatego „Skorpiona” bardzo szybko powiązano z rysopisem seryjnego zabójcy. Niedługo później został zatrzymany, a w jego domu znaleziono rzeczy należące do ofiar, co tylko potwierdziło podejrzenia śledczych.

Podczas przesłuchania przyznał się do zarzucanych mu czynów i z każdą godziną informował o kolejnych ofiarach. Prowadzący przesłuchanie momentami wątpili, czy tak chętny do współpracy i na pozór zrównoważony człowiek może być zabójcą. Tuchlin odbierany był przez społeczeństwo jako osoba spokojna, raczej skryta, ale wesoła, nieokazująca zdenerwowania i niemająca nałogów. Podczas 19 wizji lokalnych opowiadał szczegółowo o przebiegu zdarzeń, wyjaśniając wiele niewiadomych, np. to, dlaczego młotek owijał bandażem. Okazało się, że robił to ze względu na swoją wygodę, ponieważ nosząc młotek za pasem metalowa część oziębiała jego brzuch.

W trakcie wizji lokalnych Tuchlin był podniecony rekonstrukcją wydarzeń, bardzo precyzyjnie odtwarzał swoje zbrodnie, jakby cieszył się, że przeżywa wszystko na nowo.

(…) przeżywałem tam na miejscu wszystko jeszcze raz, ale to nie to samo, nie było tej atmosfery, co wtedy.”

Źródło: Dziennik Bałtycki

Mężczyzna przyznał, że gdyby nie został zatrzymany, działałby dalej, ponieważ było to silniejsze od niego. Łącznie przesłuchano 1614 świadków i skorzystano z opinii 26 biegłych różnych specjalności. Szczególnie ważna okazała się ocena biegłych z zakresu psychiatrii.

W którymś momencie Tuchlin zwrócił się do władz więziennych o zgodę na przejście korekty płci, a potem próbował popełnić samobójstwo. Pomimo współpracy, w sądzie odwołał wszystkie zeznania, twierdząc, że były one wynikiem rzekomego układu, jaki miał mieć z funkcjonariuszem.

5 sierpnia 1985 roku został ostatecznie ogłoszony wyrok – Paweł Tuchlin został skazany na karę śmierci. Sąd uzasadnił swoje stanowisko w następujący sposób:

„Podstawowym celem kary jest oddziaływanie wychowawcze. W przypadku jednak Pawła Tuchlina nie może być mowy o tym celu kary, a kara może mieć jedynie charakter eliminacyjny. Wymierzenie kary wyjątkowej w tym przypadku czyni zadość poczuciu sprawiedliwości i oczekiwaniom społecznym.”

Paweł Tuchlin został powieszony 25 maja 1987 roku. Była to przedostatnia kara śmierci wykonana w Polsce.

Źródło: Dziennik Bałtycki

Źródła:

  1. J. Stukan, Seryjni mordercy, Wydawnictwo Aktywa Frampol 2017,
  2. M. Pruski, Z. Żukowski Czas Skorpiona, Krajowa Agencja Wydawnicza 1988,
  3. https://dziennikbaltycki.pl/

Autorka: Ewa Prusicka, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: Onet.pl

Na jednej z Zabrzańskich ulic, 22 października 2022 roku doszło do niecodziennej sytuacji. Funkcjonariusze policji zatrzymali 63-letniego mężczyznę.

Osobą zatrzymaną był Tadeusz P., były zastępca komendanta w Lesku.

Praca policjantów z Archiwum X z całą pewnością nie należy do najłatwiejszych. Lwia część spraw zaczyna się od akt, notatek służbowych, wielu stron dokumentów, które ktoś kiedyś napisał. Czytasz protokół przesłuchania i czekasz na to jedno pytanie, które chciałbyś zadać, a okazuje się, że nigdy nie padło.

Akta, które trafiają pod skrzydła Archiwum X, to nie są proste sprawy, z jakiegoś powodu nie zostały rozwiązane.
Bieszczadzka zmowa milczenia to sprawa niezwykle trudna, mataczenie, ukrywanie dowodów, zastraszanie świadków, morderstwa.

Dla oskarżonego cenniejsze niż ludzkie życie okazało się kilkanaście lat na wolności…

Początek tych tragicznych zdarzeń ma miejsce 21 listopada 1985 roku.

Tadeusz P. zastępca komendanta w Lesku, jego ojciec oraz ówczesny zastępca komendanta rejonowego urzędu spraw wewnętrznych jadą do Lesku. Panowie nim wsiedli do auta, spędzili wspólnie wolny czas, racząc się trunkami.

W okolicy zajazdu Pod Gruszą w Łączkach na drogę wybiegł im nietrzeźwy mężczyzna, wypadek okazał się śmiertelny dla pieszego. Osobą prowadzącą pojazd był Franciszek P. ojciec zastępcy komendanta i jedyny trzeźwy w samochodzie. Jak twierdził Franciszek P., nie miał pola manewru, pieszy pojawił się na jezdni nagle.

Świadków zdarzenia było kilkoro, kucharka z zajazdu, kolega denata, taksówkarz, który jechał z naprzeciwka oraz młody milicjant Krzysztof Pyka. Ten ostatni widząc, co się stało, miał niezwłocznie udać się do domu innego funkcjonariusza milicji, który mieszkał nieopodal, to właśnie od niego jechała wyżej wymieniona czwórka.

W domu Józefa B. telefon miał być popsuty. Obaj milicjanci tj. Krzysztof Pyka oraz Józef B., udają się na miejsce zdarzenia.

12 grudnia Krzysztof Pyka po służbie nie wrócił do domu, było to niepokojące dla jego żony. Młody milicjant nie należał do osób, które tak postępują. Sumienny, godny zaufania, cieszył się szacunkiem wśród ludzi mimo iż był obcy, przyjezdny.

Krzysztof Pyka urodził i wychował się w Częstochowie, ciągnęło go jednak w góry, ukochał sobie Bieszczady.

Po ukończeniu szkoły podjął pracę w milicji, początkowo służył w Polańczyku. Funkcjonariusze pełniący tam służbę mieli również obowiązek patrolować jezioro Solińskie, Krzysztof nie najlepiej czuł się w okolicach wody, bał się żywiołu. Nie do końca jest jasne czy to z tego powodu został przeniesiony do Leska, gdzie pełnił służbę w wydziale kryminalnym.

Kiedy mężczyzna zaginął, koledzy po fachu starali się podążać wielotorowo, ucieczka od żony i problemów, wyjazd z kochanką, wyjazd za granice, samobójstwo. Wszystkim tym teoriom zaprzeczali bliscy zaginionego. Ruszyły poszukiwania terenowe, ale nim te się na dobre rozpoczęły, do funkcjonariuszy i ochotników dotarła wieść, że poszukiwanego ktoś widział w Szczytnie. Poszukiwania zakończono.

Wszyscy, którzy znali funkcjonariusza Pyka zdawali sobie sprawę, że jest to podejrzana sprawa.

Nim Krzysztof zaginął, zdążył podzielić się z kilkoma osobami swoimi obawami. Wypadek, który się wydarzył 21 listopada 1985 roku, nie wyglądał tak, jak oficjalnie go przedstawiano.

Prawda mogła ujrzeć światło dzienne dużo wcześniej, wymagało to jednak odwagi, na którą najprawdopodobniej był gotów jedynie Krzysztof Pyka.

Dziś wszystko wydaje się klarowne, spójne, mimo że wyrok jeszcze nie zapadł.

Wieczorem 21.11.1985 roku za kierownicą małego fiata siedział Tadeusz P., funkcjonariusz był pod wpływem alkoholu.

Mężczyzna najprawdopodobniej stracił panowanie nad kierownicą i zjechał na przeciwległy pas, a następnie na pobocze. Na pasie zieleni znajdował się 37-letni Edward Krajnik, który po kilku głębszych i kłótni z kolegą biegnąc, oddalił się od zajazdu Pod Gruszą. 37-latek chwilę później znalazł się na masce samochodu prowadzonego przez Tadeusza P.

Naocznym świadkiem zdarzenia była kucharka, gdy zobaczyła, co się dzieje, wydała z siebie głośny okrzyk, który zwrócił uwagę kolegi Edwarda. Mężczyzna odwrócił się w stronę szosy i zobaczył, że bezwładne ciało kompana upada na jezdnię. Z naprzeciwka nadjechała taksówka, kierowca się zatrzymał na widok zaistniałej sytuacji, kilka sekund później zatrzymał się również autobus, którym jechał Krzysztof Pyka.

Młody milicjant chciał pomóc, w zamian za dobre chęci, od mężczyzny w okularach usłyszał, że ma wsiąść z powrotem do autokaru i „wypier..”. Kierowca taksówki usłyszał rozmowę między Tadeuszem P., a Lucjanem P., (ten drugi był zastępcą komendanta rejonowego urzędu spraw wewnętrznych i nosił okulary) „nie bój się, nic z tego nie będzie”. Możemy jedynie wnioskować, jaki był dalszy przebieg zdarzeń, nieco rozjaśniają sytuację zeznania byłej żony Tadeusza P. Kobieta twierdzi, że mąż przyjechał po ojca i zabrał go na miejsce zdarzenia. Dalsze kroki Tadeusza P., zmierzały do wyciszenia sprawy.

Krzysztof Pyka został uwzględniony w protokole z miejsca zdarzenia, mimo iż kazano mu wsiąść do autobusu i odjechać. W dokumencie napisano, że udał się do domu Józefa B., by wykonać telefon. Józef podpisał się pod tym dokumentem, natomiast Krzysztof miał wątpliwości.

Bliska przyjaciółka Krzysztofa oraz jego żony, pamięta jak mężczyzna opowiadał jej o naciskach, zastraszaniu i groźbach, był zaskoczony, że w tak małej społeczności, jego społeczności dochodzi do nieuczciwości.

Pani Maria tak wspomina, to co powiedział jej funkcjonariusz Pyka:

– Krzysiek chciał pomóc, ale podszedł do niego Lucjan P., wziął pod ramię i powiedział: ty stąd wypier… Ciebie tutaj nie było i nic nie widziałeś.

Wiedział, że nic nie wskóra. Wsiadł do autobusu i odjechał.

Pani Maria nie jest jedyną osobą, której Krzysztof coś wspomniał o feralnym wieczorze. Ewidentnie go to gryzło, nie wiedział, co ma z tym zrobić, jak się zachować.

W dniu, w którym zaginął, dyżurnemu na komisariacie zostawił pieniądze i znaczki (Krzysztof Pyka był skarbnikiem).

– Panie Staszku, oddaję w pana ręce – powiedział.

– Krzysiu, ale co się stało? – odpowiedział zdziwiony C.
Pan Staszek nie doczekał się odpowiedzi.

Pyka po pracy poszedł z kolegą się napić, po wypadku przy zajeździe nie chadzał sam wieczorami.

Feralnego wieczoru towarzyszył mu Zbigniew L., poszli do domu wczasowego Jawor, tam jednak było wielu funkcjonariuszy, a Krzysztof niekoniecznie miał ochotę na ich towarzystwo. Panowie kupili to na co mieli ochotę, po czym zeszli do kotłowni. Niedługo później w owym miejscu zjawił się Wiesław M., milicjant. Zaproponował, że odprowadzi Krzysztofa do domu, przeciwny temu był jego kolega, z którym to przyszedł się napić. Wiesław opuścił kotłownie, ale chwilę później wrócił. Krzysztof Pyka opuścił kotłownię z Wiesławem.

Palacza, który przez cały czas był obecny w pomieszczeniu, tak wspomina tę sytuację:

– Wiesiek i Krzysiek z kotłowni wyszli razem ok. 20.30. Zbigniew L. wyszedł później. Nie wiem, w którą stronę poszli. Otworzyłem drzwi, podaliśmy sobie ręce i powiedzieliśmy sobie cześć. Krzysiek chciał iść do domu. Kurtkę mu podali. On wychodząc zawołał jeszcze do mnie: Mieciu, jeszcze dwa egzaminy i będę mieć z głowy.

Zbigniew L., złożył wyjaśnienia w prokuraturze, na tę chwilę nie jest wiadome co powiedział. Wiesław M., natomiast początkowo twierdził, że odprowadził Krzysztofa pod dom, później te zeznania się zmieniały, czegoś tam nie pamiętał, był pijany itp. Wiesław poddał się nawet hipnozie… (prawdziwej wersji zdarzeń nie znamy).

Jeden z ówczesnych funkcjonariuszy wspomina rozmowę z Wiesławem:

– Tuż po zaginięciu Pyki, Wiesiek dopytywał mnie, dlaczego Jezioro Solińskie nie zamarza. Byłem zaskoczony tym pytaniem. Zaczęliśmy też rozmawiać o zaginięciu Krzyśka. Wyrwało mu się, że tamtego wieczoru „musiał się go nadźwigać".

Wszystkie te, niby drobne, niedopowiedzenia, sugestie, zeznania, układają się w całość.

Wiesław M., pełnił dyżur w noc wypadku pod zajazdem, to również on miał powiadomić grupę poszukiwawczą, że Krzysztof był widziany w Szczytnie.

3 lutego 1986 roku w jeziorze Solińskim zauważono zwłoki, jeden z kolegów Krzysztofa wyciągał je z wody, do dziś pamięta twarz kolegi, w co był ubrany, ranę na czole denata, zaciśnięte dłonie a w nich trawę.

Sprawę śmierci Krzysztofa umorzono. Prowadził ją ten sam prokurator co sprawę wypadku pod zajazdem.

Cóż za przypadek…

Tata Krzysztofa Pyki nie dał się zwieść, na klepsydrze syna poprosił o napisanie "Zamordowany przez kolegów w Bieszczadach", taki też druk widniał na nekrologu.

Mimo chęci, nadziei i wiary, rodzinie Krzysztofa nie udało się dojść do prawdy.

Kilkanaście lat później ambitny młody dziennikarz sięga po skrzynkę Pandory. Robactwo, jakie wyjdzie i ujrzy światło dzienne, nigdy nie powinno mieć miejsca.

Mali ludzie, bez zasad, kręgosłupa moralnego w imię czego popełniali te czyny?

Większość w ówczesnym czasie może czerpała z tego jakieś profity, po latach zapomniani stróże na parkingach, sprzedawcy odzieży używanej…

Żadna praca nie hańbi, ale postępowanie już tak. Królowie życia i śmierci… Ci, którzy pisali scenariusze, decydowali o tym, jak kończył się czyjś los, królewsko nie skończyli.

Marek Pomykała od zawsze marzył o karierze dziennikarskiej, do gazet zaczął pisać już na studiach.

Ostatnim miejscem pracy Pomykały była Gazeta Bieszczadzka. Dziennikarz pochodził z Sanoka oddalonego od Leska o ponad 120 km. Tata Marka Pomykały podejrzewa, że o sprawie sierżanta Krzysztofa Pyki i wypadku pod zajazdem ktoś Markowi musiał opowiedzieć. Wspomina również, że o matactwach w tych sprawach było dość głośno. Mężczyzna twierdzi, że gdyby wiedział, na jaki temat syn pisze artykuł, poradziłby odpuścić temat.

30 kwietnia 1997 roku żona Pomykały wszczęła alarm, Marek nie wrócił na noc do domu. Dla rodziców mężczyzny zachowanie synowej było zaskakujące, Pomykałowie wiedzieli, że synowi zdarzało się nie nocować w domu a i jego relacja z żoną nie była najlepsza. Rodzice dziennikarza jeszcze tego samego dnia decydują się na zgłoszenie zaginięcia. Marek jest dorosłym mężczyzną, zdrowym - jego zaginięcie nie jest traktowane priorytetowo.

Dwa dni później czyli 2 maja, na zaporze wodnej w Solinie policja odnajduje auto dziennikarza. Na miejsce przyjeżdża tata zaginionego, mały fiat jest zamknięty. Marek nie miał w zwyczaju zamykać drzwi na kluczyk, bak pojazdu jest pusty. Jednym z obecnych funkcjonariuszy na zaporze jest Wiesław M., o nim wspominałam już wcześniej…

Policja sprawdziła hotele i pensjonaty, nigdzie nie znaleziono śladu po dziennikarzu, nikt o takim nazwisku nie wynajął pokoju w tamtym czasie, w tamtej okolicy.

Zaczęły pojawiać się głosy, że Pomykała mógł popełnić samobójstwo. Mówiono o nieszczęśliwej miłości, nadużywaniu alkoholu, dwóch próbach samobójczych. Oczywiście sprawdzono jezioro, badali je nurkowie, pływano łodziami - nie udało się znaleźć śladu po Pomykale.

Policja odpuściła sprawę, ale nie rodzice zaginionego.

Ci próbowali wszystkiego łącznie z jasnowidzami, na krótką chwilę udaje się wznowić śledztwo, ale to po miesiącu ponownie zostaje umorzone.

Jak wspomina w swoim artykule dla INTERIA Wydarzenia, Dawid Serafin, w dokumentach ze śledztwa pojawia się informacja, że w wieczór kiedy zaginął Pomykała z jego domowego telefonu nikt nie wykonywał i nie odbierał połączeń. Jest to niezgodne z prawdą, tata Marka pobrał wykaz połączeń.

29.04.1997 r.
21:53
Ktoś z domu Pomykały łączy się z dyżurnym policji, rozmowa trwa ponad minutę.
21:59 Połączenie wychodzące z domu Pomykały, odbiorcą połączenia jest siostra byłego komendanta wojewódzkiego w Krośnie. Rozmowa trwa 115 sekund.

Chwilę później ponowne połączenie wychodzące z domu dziennikarza, tym razem do wyżej wspomnianego byłego komendanta. Połączenie trwa niespełna minutę.
22:05 Kolejne wychodzące połączenie do wojewódzkiego komendanta policji w Krośnie. Czas połączenia 222 sekundy.
22:18 połączenie przychodzące z baru Beerland, Pomykała rozmawia przez 112 sekund.
Ponowne przychodzące połączenie z baru trwało 33 sekundy i miało miejsce o 22:33

Po wielu latach do policji trafiają informacje, że Pomykała mógł zostać zamordowany.

Kobieta, która opowiada śledczym o zbrodni jest koleżanką byłej partnerki Tadeusza P. Kobieta twierdzi, że o zbrodni opowiedziała jej właśnie Wioletta Z.

W 2012 roku przesłuchano Wiolettę Z. Była partnerka Tadeusza P., zeznała, że mężczyzna opowiedział jej o tym co zdarzyło się pod zajazdem oraz o morderstwie Krzysztofa Pyki, niebyło to jednak wszystko co miała do przekazania. Wioletta Z., twierdzi również, że Pomykała chciał porozmawiać z P., o wypadku, w związku z pisanym przez niego artykułem. Tadeusz P., powiedział kobiecie, że zaprosił dziennikarza do swojego domku w Wołkowie gdzie go udusił.

Kolejną osobą, z którą chcą rozmawiać śledczy jest była żona Tadeusza.

Kobieta w komputerze męża znalazła zapiski, które miały się znaleźć ponoć w książce byłego komendanta. Był tam fragment opisujący wypadek, w którym zginął Edward Krajnik. Kobiecie przypomniały się również słowa męża, którymi skwitował jej zapytanie o to jak może żyć ze świadomością, że zabił dwie osoby “mylisz się, nie dwóch, a trzech, bo trzeciego zakopałem”.

Do wydawnictwa Ruthenus w 2016 roku dociera mail, to jego fragment:

"Jestem emerytowanym oficerem policji. Pracowałem w Bieszczadach. Historia tych spraw jest do dziś żywa i bulwersująca w tym regionie. Nastąpiło przedawnienie, więc może ujrzeć światło dzienne (…). Właśnie z uwagi na przedawnienie dzisiaj bez obaw o pociągnięcie do odpowiedzialności można opowiedzieć i zrzucić z siebie jarzmo tych czynów i 30 lat jarzma życia w oczekiwaniu na karę lub przedawnienie. Mogę bez obaw podać nazwiska wszystkich osób związanych i żyjących do dziś".

Autorem wiadomości jest Tadeusz P.

Wyżej wspomniane wydawnictwo nie podjęło się napisania książki, ale Tadeusz P., koniecznie chciał wydać swoją historię. Mężczyzna zgłosił się do lokalnego dziennikarza z propozycją współpracy. Książka co prawda nie powstała, ale Tadeusz P., opowiedział dziennikarzowi jeszcze jedną historię o zbrodni.

Kolega Edwarda Krajana był świadkiem wypadku, aby go uciszyć następnego dnia aresztowano Czesława pod zarzutem kradzieży. P., miał powiedzieć dziennikarzowi, że z pijanym Czesławem wsiadł do łódki i wypłynął na jezioro, gdzie wyrzucił mężczyznę za burtę. Na obecną chwilę nie ma śladów po Czesławie, nie wiadomo czy żyje i gdzie przebywa.

W 2020 roku sprawą zajęła się krakowska prokuratura oraz krakowskie Archiwum X. Dwa lata później aresztowano Tadeusza P. Byłemu funkcjonariuszowi wymiaru sprawiedliwości postawiono cztery zarzuty m.in.,. zabójstwa Krzysztofa Pyki, Marka Pomykały oraz usiłowania zabójstwa byłej żony.

Akt oskarżenia zostanie przedstawiony najprawdopodobniej w najbliższym czasie.

Źródła:

  1. https://tvn24.pl/rzeszow/archiwum-x-byly-milicjant-podejrzany-o-dwa-zabojstwa-w-1985-i-1997-roku-prawdopodobnie-sadzil-ze-te-zbrodnie-juz-sie-przedawnily-st6236793
  2. https://www.youtube.com/watch?v=3e8g8uYkvXY
  3. https://lifeinkrakow.pl/w-miescie/5658,zamordowal-trzy-osoby-prawie-40-lat-unikal-kary-krakowskie-archiwum-x-rozwiklalo-kolejna-zagadke
  4. https://nowiny24.pl/byly-policjant-podejrzany-o-zabojstwo-sanockiego-dziennikarza-spedzi-kolejne-miesiace-w-areszcie/ar/c1-18134627
  5. https://wydarzenia.interia.pl/podkarpackie/news-trzy-zbrodnie-i-tajemniczy-list-peka-bieszczadzka-zmowa-milc,nId,6456012

Autor: Marcelina Biała, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: unsplash.com

Serdecznie zachęcamy do lektury poprzednich artykułów z serii "Sukcesy Archiwum X":

  1. SUKCESY ARCHIWUM X: Sprawa Grażyny Ż., 41-letniej kobiety z Gdyni
  2. SUKCESY ARCHIWUM X: Zbrodnia sprzed lat - zabójstwo pielęgniarki Agnieszki D. w Białymstoku
  3. SUKCESY ARCHIWUM X: Sprawy zamordowanych chłopców – Marcina S. i Sebastiana T.
  4. SUKCESY ARCHIWUM X: Mieczysław K. z Krakowa. Zaginięcie, które okazało się być zabójczą intrygą
  5. SUKCESY ARCHIWUM X: Ewa Pilarska ze Zbylutowa i tragiczny finał jej zaginięcia
  6. SUKCESY ARCHIWUM X: Sprawa zaginięcia 39-letniej Małgorzaty B.

Estibaliz Carranza – (ur. 6 września 1978 w Meksyku) – hiszpańsko-meksykańska bizneswoman i podwójna morderczyni.

Kim była Estibaliz Carranza?

Goidsargi Estibaliz Carranza Zabala, wcześniej znana jako Goidsargi Estibaliz Holz w latach 2002–2008, jest skazaną na dożywocie austriacką przestępczynią, która wstrząsnęła opinią publiczną swoimi makabrycznymi zbrodniami. W 2008 roku zamordowała swojego męża, a w 2010 roku swojego partnera. Ciała ofiar zostały rozczłonkowane, a ich szczątki ukryte w zamurowanej zamrażarce pod lodziarnią w Meidling w Wiedniu. Odkrycie tych makabrycznych szczegółów podczas prac remontowych w czerwcu 2011 roku wywołało szok w społeczeństwie.

Po odkryciu zbrodni Carranza uciekła z Wiednia i została schwytana przez włoską policję. W prasie została nazwana „Lodową damą” i stała się jedną z najbardziej znanych postaci w austriackiej historii kryminalnej. Obecnie odbywa karę dożywocia w więzieniu Asten, położonym w mieście o tej samej nazwie w Górnej Austrii. Carranza jako pierwsza kobieta została przeniesiona do więzienia dla mężczyzn, stwierdzono, że jest ona osobą szczególnie niebezpieczną dla otoczenia.

Historia życia Carranzy stała się przedmiotem zainteresowania mediów, co zaowocowało wydaniem dwóch książek na temat jej życia i zbrodni.

Już w dzieciństwie Estibaliz mierzyła się z tyrańskim zachowaniem ojca, co prowadziło do budowania przez nią mrożących krew w żyłach fantazji o morderstwie. Pomimo tego, na prośbę ojca, podjęła studia ekonomiczne na Uniwersytecie w Barcelonie.

Narzeczeństwo

Przez pięć lat Estibaliz Carranza była w związku ze swoim pierwszym narzeczonym. Z jej relacji wynika, że był on nadmiernie zaborczy i traktował ją w sposób przemocowy. Po ukończeniu studiów chłopak zakończył z nią związek, nie podzielając jej chęci na poważny związek. Fantazje o zbrodni skierowano teraz przeciwko niemu. Carranza nawet rozważała manipulowanie przewodami hamulcowymi w jego samochodzie.

Ślub

Estibaliz Carranza poznała swojego pierwszego męża, Holgera Holza, który był członkiem wspólnoty religijnej Hare Kryszna. Holz był od niej o czternaście lat starszy i pracował jako sprzedawca lodówek, gdy spotkał Carranzę. Już kilka tygodni po ich pierwszym spotkaniu, oświadczył się jej. W 2002 roku Carranza i Holz pobrali się i przeprowadzili się do Berlina, miasta rodzinnego Holza. Krótko po ślubie mężczyzna zaczął się zmieniać, „pokazał swoje prawdziwe oblicze”. Początkowo odebrał małżonce wszystkie pieniądze, które zarobiła jako kelnerka, a gdy próbowała go opuścić i wrócić do Hiszpanii, zabrał jej dokumenty, uniemożliwiając podróż. Mężczyzna miał się również znęcać nad nią psychicznie, fizycznie. W 2005 roku Carranza i Holz przenieśli się do Wiednia, tam otworzyli lodziarnię. Wkrótce po przybyciu do Wiednia, Carranza poznała Manfreda Hinterbergera, sprzedawcę maszyn do lodów. Dwa lata później podjęła z nim współpracę, a także zdecydowała się na rozwód z Holgerem Holzem. Mimo rozstania nadal dzielili niewielkie mieszkanie.

Zabójstwo męża

27 kwietnia 2008 roku przelała się czara goryczy. Carranza wróciła z pracy. Mąż zaczął ją obrażać i zastraszać. Po kilku godzinach kobieta zdecydowała, że musi zakończyć takie traktowanie ze strony małżonka. Strzeliła do niego trzy razy z pistoletu Beretta kalibru 22 od tyłu, gdy ten grał na komputerze. Pociski trafiły go dwukrotnie w tył głowy i raz w skroń. Mężczyzna zmarł.

Po zbrodni Estibaliz Carranza wyszła, zostawiając Holza.

Po kilu dniach postanowiła pozbyć się zwłok, próbowała je spalić, lecz się nie udało. Minęły kolejne dni. Kobieta stwierdziła, że potnie zwłoki piłą łańcuchową, zakupiła ją i przystąpiła do rozczłonkowywania. Fragmenty włożyła do czarnych plastikowych toreb i zamroziła. W 2009 roku Estibaliz musiała opuścić mieszkanie, nie mogła więc pozwolić na to aby ktokolwiek dowiedział się o zbrodni, a więc zabetonowała torby, z częściami ciała swojego małżonka. Pojawił się jednak problem – głowa Holza przymarzła do dna zamrażarki, więc ją również zabetonowała. Opakowania te schowała w piwnicy przynależnej do lodziarni. Osobom, które pytały o Holza, kobieta mówiła, że dołączył on do sekty w Indiach, dlatego nie zgłosiła jego zaginięcia.

Druga ofiara - Manfred Hinterberger

Wkrótce Estibaliz poznała Manfreda, zamieszkała z nim, jednakże ich radość nie utrzymała się na długo, Hinterberger często zdradzała Esti. Kobieta mimo to pragnęła potomstwa. Manfred jednak miał już swoje dzieci i nie chciał mieć kolejnych. Carranza postanowiła go zabić. Do tego morderstwa przygotowała się, wykupiła lekcje na strzelnicy, a przed samym aktem morderstwa rozłożyła plastikową folię, aby później łatwiej było pozbyć się dowodów. W nocy z 21 na 22 listopada 2010 roku kobieta dokonała swojego planu. Zamordowała Manfreda strzelając mu cztery razy w tył głowy z bliskiej odległości, podczas snu. Z ciałem postąpiła tak jak w przypadku męża. Zniknięciem mężczyzny zainteresowali się bliscy, w związku z tym Carranza zgłosiła jego zaginięcie po czterech dniach. Krótko po tych morderstwach, bo już w grudniu 2010 roku nawiązała romans z Rolandem R., z którym zaszła w ciążę tuż przed aresztowaniem.

Odkrycie zbrodni

Mieszkanie i lodziarnia Carranzy znajdowały się w tym samym budynku co inne sklepy. Po czasie zaszła konieczność przeprowadzenia prac remontowych w piwnicy, w związku z tym 6 czerwca 2011 roku lokator wyważył drzwi nr 6, które były zamknięte na kłódkę. Odnaleziono tam broń, trzy chłodnie zalane betonem. Z jednego z pojemników prawdopodobnie wystawała ludzka noga. Mieszkaniec wezwał policję, która ujawniła różne części ciał zabitych mężczyzn. Udało się odnaleźć tylko czaszkę Holza.

7 czerwca 2011 roku Estibaliz Carranza wyciągnęła ze swojego konta wszystkie pieniądze, skrytkę bankową, zabrała paszport, książeczkę oszczędnościową i pojechała na lotnisko.

Pomimo tego, że kobieta zarezerwowała bilet do Paryża, ze strachu przed zaaresztowaniem nie wsiadła do samolotu, stwierdziła, że uda się do Włoch. W tym czasie poszukiwali ją już funkcjonariusze. Esti przespała się w pensjonacie zmieniając swoją tożsamość, kolejnego dnia udała się do innego miasta. Tam spotkała artystę ulicznego, który zgodził się ją przenocować, jednak wzbudziła w nim podejrzenia i wezwał policję.

Areszt

6 czerwca 2011 roku około godziny 7:30 Carranza została zatrzymana w Udine, przygotowano wniosek o ekstradycję. W międzyczasie została ustalona tożsamość jednej z ofiar, był to Manfred Hintberger. Podczas przesłuchania okazało się, że kobieta jest w drugim miesiącu ciąży, natychmiast przyznała się do zabójstwa i pozbycia się ciał obu mężczyzn. 24 czerwca 2011 roku Esti trafiła do aresztu pod zarzutem dokonania dwóch morderstw. 1 stycznia 2012 roku urodziła syna, który został przekazany ojcu.

W marcu 2012 roku oboje wzięli ślub w strefie przesłuchań więzienia Josefstadt w Wiedniu.

Opinia psychiatryczna, proces

Opinia psychiatryczna z początku lipca 2012 roku wykazała, że kobieta jest szczególnie niebezpieczna, a podczas dokonywania swoich czynów miała zdolność do rozpoznawania ich. Psychiatra sądowy Adelheid Kastner zdiagnozował u Carranzy poważne zaburzenie osobowości i wyraził obawę, że może ponownie dopuścić się poważnych przestępstw na wolności. Proces zakończył się wyrokiem skazującym na dożywocie za podwójne zabójstwo oraz nakazem umieszczenia w zakładzie psychiatrycznym dla przestępców.

Esti nie wyraziła żadnej skruchy, wyjaśniała to zażywaniem leków uspokajających oraz niechęcią wzbudzenia sympatii.

Carranza jako pierwsza kobieta została przeniesiona do więzienia dla mężczyzn, sędzia stwierdził, że jest ona osobą szczególnie niebezpieczną dla otoczenia.

Źródła:

Autor: Magdalena Wychowska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: https://nypost.com/2017/01/17/dangerous-ice-cream-killer-being-moved-to-mens-prison/

Serdecznie zachęcamy do lektury poprzednich artykułów z serii:

  1. A jak Alcala Rodney
  2. B jak Bogdan Arnold.

8 grudnia 2005 roku w parku Jerzmanowskim na krakowskim Prokocimiu para przechodniów odnalazła kobiecy korpus, bez głowy, rąk i nóg. 2 miesiące później, 8 lutego 2006 roku, w okolicach ul. Tynieckiej przypadkowy przechodzień znalazł odciętą głowę. Z początku nie wiadomo było, kim jest ofiara, przez długi czas nie udało się ustalić jej personaliów. Anonimowe zgłoszenie i poszlakowy proces doprowadziły w końcu do skazania za zabójstwo Zbigniewa N., mężczyzny w kryzysie bezdomności z krakowskiej „berzy”. Po czasie jednak wyszły na jaw nowe fakty, które poddają pod wątpliwość sukces policji – czy w celi rzeczywiście siedzi prawdziwy morderca?

Kraków pogrążony w panice

Po odnalezieniu zwłok w Krakowie zapanowała psychoza. Kobiety bały się wychodzić z domów, a plotki o seryjnym mordercy ćwiartującym kobiece ciała przybierały najróżniejsze kształty. Atmosfera nieco uspokoiła się po informacji, że zarówno korpus, jak i głowa, należą do tej samej osoby. Nie udało się jednak ustalić jej personaliów – DNA nie pasowało do żadnego profilu posiadanego w bazie, a utworzony hipotetyczny wizerunek nie został przez nikogo rozpoznany. W identyfikacji nie pomogły również znaki szczególne widoczne na korpusie - blizna po operacji i ślady po przypalaniu. Z informacji, do jakich dotarła krakowska policja, wynikało, że ofiara mogła być pracownicą seksualną lub osobą w kryzysie bezdomności pochodzącą z tzw. „berzy” - tak nazywano w półświatku okolice dworca PKP Kraków Główny (Pawia, Planty, Kleparz, Długa).

5 lat później...

...po dwóch tysiącach przepytanych kobiet, kilku tysiącach telefonów odebranych przez policjantów – w końcu pojawił się trop. Na policję zadzwoniła anonimowa osoba twierdząc, że wie, kto jest sprawcą z 2005 roku i że bardzo boi się tej osoby. Wskazała Zbigniewa N.

Kim był wskazany Zbigniew N.? 49-letni gangster mieszkający w Szreniawie (wieś obok Miechowa). Początkowo majętny, z dużym domem. Z zawodu tynkarz. Rozwiedziony. Wielokrotnie już karany. Podczas gdy policja potwierdzała informacje od anonimowego informatora, odbywał karę za inne przestępstwo. Od pewnego czasu Zbigniewowi N. szło fatalnie pod względem finansowym, w wyniku czego zaczął przebywać z osobami w kryzysie bezdomności na „berzy”. Wyłudzał pieniądze od ludzi, banków; wymuszał haracze od pracownic seksualnych, w razie sprzeciwu groził nożem. Zaczęto mówić na niego „Szeryf”. Na „berzy” wszyscy wiedzieli o tym, że Zbigniew N. był sprawcą zabójstwa, jednak policjantom ciężko było potwierdzić plotki i uzyskać zeznania – wszyscy bali się zemsty „Szeryfa”.

Śledczym udało się w końcu uzyskać zeznania od świadków, jednak były one chaotyczne, niespójne, często przy kolejnych przesłuchaniach padały inne wersje wydarzeń. Nikt jednak nie chciał udzielić informacji, kim jest ofiara. Nie pomogły badania DNA, badanie uzębienia, przebytych chorób i operacji.  Świadkowie (w tym przyjaciółka ofiary, Bogumiła O.) milczeli, a jedyne co udało ustalić się śledczym był pseudonim kobiety - „Krakowianka” oraz prawdopodobne imię – Agnieszka.

Poszlakowe śledztwo doprowadziło do postawienia aktu oskarżenia 7 osobom. W toku śledztwa ustalono prawdopodobny przebieg zbrodni – Zbigniew N. wraz z Jerzym J. oraz Grzegorzem D. spotkali „Krakowiankę” (wtedy „dziewczynę” Zbigniewa N.) przy krakowskim Dworcu Głównym i wraz z nią udali się na bocznicę, gdzie odbyła się libacja alkoholowa. Doszło do kłótni między Zbigniewem N. a „Krakowianką”, kobieta otrzymała cios nożem w klatkę piersiową, prosto w serce.

Następnie ciało zostało przewiezione do altanki przy ul. Kapelanka, gdzie poćwiartował je Grzegorz D., były pracownik masarni. Części ciała zostały rozwiezione w różne części Krakowa, rąk i nóg do dzisiaj nie odnaleziono.

Proces i wyrok

19 lipca 2012 roku, wraz ze Zbigniewem N. (skazanym na karę 25 lat więzienia), Grzegorzem D. i Jerzym J. (skazanymi na kary po 5 lat więzienia), przed sądem stanęli również Marcin J. (w toku śledztwa okazało się, że był naocznym świadkiem zabójstwa – otrzymał karę roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 4 lata), Bogumiła O. i Maria K. (skazane za składanie fałszywych zeznań) oraz Krystyna J., która została ostatecznie uniewinniona.

Ustalenie tożsamości ofiary

Rok po ogłoszeniu wyroku, policja poznała personalia ofiary, którą okazała się Zofia W. Kobieta mieszkała z konkubentem (który nigdy nie został przesłuchany) w bloku przy ul. Okólnej, niedaleko parku Jerzmanowskich. Zofia W. nadużywała alkoholu i jakiś czas przed znalezieniem jej zwłok jakby rozpłynęła się w powietrzu. W świetle nowych faktów policjanci z Wydziału Dochodzeniowo- Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie wystąpili o weryfikację dotychczasowych ustaleń, jednak prokurator Piotr Stryszewski nie wyraził zgody na postępowanie. Zarówno sędzia, który wydał wyrok, jak i obrońca skazanego Zbigniewa N. nie zostali poinformowani o identyfikacji ofiary.

Czy skazano właściwe osoby?

Jest kilka kwestii, które podają w wątpliwość, czy Zbigniew N. naprawdę jest sprawcą tego zabójstwa. Po pierwsze - sam Zbigniew N. twierdzi, że policjanci zastraszali osoby w kryzysie bezdomności, które nawet nie czytały podpisywanych przez siebie zeznań. Wielu z tych ludzi miało już na koncie wyroki w zawieszeniu i mogli się obawiać kary.

Kolejną ciekawą kwestią, która nie miała odzwierciedlenia w aktach, jest ustalenie personaliów anonimowej osoby, dzięki której znaleziono sprawcę – okazało się, że jest nią była żona Zbigniewa (ustalenia ekspertów z Instytutu Ekspertyz Sądowych). Kobieta później wielokrotnie zmieniała zeznania, mówiąc, że nie pamięta tego telefonu, bo zażywa leki psychotropowe, oraz że nie wie, kto zabił. Zbigniew twierdził, że żona zatelefonowała na policję z zazdrości o kochanki. Później, gdy opadły jej emocje, przyjęła go z powrotem do domu.

Trzecią niejasnością tej sprawy są zeznania Grzegorza D., na których opierał się w dużej mierze proces – sam Grzegorz D. został jednak skazany również za składanie fałszywych zeznań. Nie umiał wskazać, gdzie zakopał kończyny ofiary, a początkowo twierdził, że do zabójstwa doszło na plantach, w miejscu, gdzie o każdej porze są przechodnie.

Pozostaje także kwestia braku możliwości oględzin altany, w której zostały poćwiartowane zwłoki – podczas procesu altana przy ul. Kapelanka była już wyburzona, a na jej miejscu deweloper stawiał blok. Z ul. Kapelanka do parku Jerzmanowskich jest 7 km, co również każe postawić pytanie – jak mężczyzna przewiózł korpus przez tyle kilometrów pozostając niezauważonym, posiadając podobno tylko wózek na kółkach?

Podobna sprawa oraz możliwa teoria

Należy tutaj również wspomnieć o innej sprawie – 8 lutego 2009 roku w okolicy ul. Półłanki i ul. Nad Drwiną, niedaleko placu Rybitwy, znaleziono odcięte ludzkie nogi. Obok ciała leżały fragmenty ubrania i dowód osobisty. Ofiarą była 74-letnia, chorująca na Alzheimera Zofia Piątkowska, która ostatni raz była widziana w listopadzie 2008 roku na przystanku autobusowym przy ul. Opolskiej.

W tym miejscu pojawia się teoria o seryjnym mordercy – obie kobiety nosiły to samo imię, zamordowane zostały w podobnym okresie, a ich rozczłonkowane zwłoki zostały rozrzucone w miejscach ustronnych. Obok parku Jerzmanowskich płynie ta sama rzeka, co przy ul. Nad Drwiną, a odległość między tymi miejscami to niecałe 4 km. W obu przypadkach zwłoki zostały porzucone przy ścieżkach, tak, by były widoczne, ale jednocześnie lekko na uboczu.

W obliczu wielu niejasności w 2019 roku sprawą zajął się Departament Postępowania Sądowego, który miał zbadać możliwość wniesienia nadzwyczajnych środków zaskarżenia wyroku. Na chwilę obecną w tej sprawie nie pojawiły się żadne nowe ustalenia.

Źródła:

1. https://www.se.pl/krakow/brutalne-zabojstwo-kobiety-cialo-bez-glowy-i-konczyn-niewinny-czlowiek-w-wiezieniu-aa-d1xK-u8DY-13Lw.html
2. https://wiadomosci.onet.pl/na-tropie/ten-makabryczny-mord-wstrzasnal-krakowem/1s4pn
3. https://dziennikpolski24.pl/tajemnicze-zbrodnie-z-archiwum-x/ar/2957830
4. https://krakow.naszemiasto.pl/wraca-sprawa-pocwiartowanych-zwlok-z-parku-jerzmanowskich/ar/c1-1102205
5. https://www.radiokrakow.pl/aktualnosci/krakow/dziennikarskie-sledztwo-ws-morderstwa-sprzed-lat-zmieni-tok-sprawy-rozmowa
6. https://gazetakrakowska.pl/wyrok-za-makabryczne-morderstwo-nie-wiadomo-kim-byla-ofiara/ar/621871
7. https://detektywonline.pl/w-parku-jerzmanowskich-znaleziono-korpus-kobiety/
8. https://www.youtube.com/watch?v=MyBnDxEUoqE
9. https://www.radiokrakow.pl/aktualnosci/krakow/zakonczyl-sie-proces-ws-wstrzasajacego-zabojstwa
10. https://gazetakrakowska.pl/zabil-ja-szeryf-z-berzy/ar/314288
11. https://www.magazyndetektyw.pl/na-poczatku-sledztwa-policja-miala-tylko-niektore-czesci-zwlok-ofiary-o-nieznanej-tozsamosci/
12. https://interwencja.polsatnews.pl/reportaz/2011-02-10/odcial-rece-nogi-i-glowe_860404/
13. https://gazetakrakowska.pl/szeryf-z-berzy-pocwiartowal-swoja-kobiete/ar/456268
14. https://gazetakrakowska.pl/tajemnicze-morderstwo-w-krakowie-policja-ma-trop/ar/3537243
15. https://dziennikpolski24.pl/dzialal-chaotycznie-po-tym-jak-zabil-odrabal-jej-tulow-tepym-narzedziem/ar/4676370
16. https://gazetakrakowska.pl/morderca-stanal-na-drodze-pani-zofii-policjanci-szukaja-jej-ciala-do-dzisiaj/ar/3478581

Autorka: Karolina Seremet, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: shutterstock.com

Dąbrowa sprawia wrażenie cichej, spokojnej dzielnicy Gdyni. Jest miejscem otoczonym lasami, polami, położonym wśród licznych stawów oraz zbiorników wodnych. To miejsce wolne od trójmiejskiego zgiełku i natłoku turystów. Nie dziwi zatem fakt, iż większość zabudowy tej stosunkowo młodej dzielnicy Gdyni stanowią domy jednorodzinne. W jednym z nich zamieszkiwała wraz z rodzicami oraz bratem 13-letnia Iza Strzałkowska. Dziewczynka, której życie zostało brutalnie przerwane nieopodal jej własnego domu.

Iza przyszła na świat 23 kwietnia 1998 roku.

Była drugim dzieckiem Państwa Małgorzaty oraz Sławomira Strzałkowskich. Ich syn – Patryk – miał 4 lata, gdy urodziła się jego siostra. We wspomnieniach bliskich oraz przyjaciół Iza jawi się jako radosna, pełna energii i bardzo towarzyska osoba. Wyróżniała ją nie tylko niesamowita uroda, ale również zamiłowanie do sportu.                       

W szczególności pasjonowała się unihokejem, w którym udało się jej odnosić sukcesy. Aktywny tryb życia dziewczynki sprawił, iż była ona wyjątkowo zwinna i wysportowana. Pomimo swojej delikatnej urody sprawiała wrażenie osoby silnej i nieco starszej niż faktycznie była.

Wakacje 2011 roku dobiegały końca.  Z początkiem września Iza miała rozpocząć naukę w gimnazjum. Korzystając więc z ostatnich wolnych dni przed powrotem do szkoły dziewczynka ochoczo spotykała się ze swoimi przyjaciółmi. 23 sierpnia w okolicy godziny 17:00 w odwiedziny do Izy przyjechała jej koleżanka Ola. Były to jej pierwsze odwiedziny u nastolatki, dlatego też odebrała ją ona osobiście z przystanku. Dziewczynki w pierwszej kolejności udały się na szkolne boisko, na którym spotkały brata Izabeli – Patryka – oraz grupę swoich znajomych. Po krótkiej chwili postanowiły pójść do domu Państwa Strzałkowskich. Spędziły razem czas w Izy pokoju do godziny 19:00.

Po wspólnie spędzonym czasie Iza postanowiła odprowadzić koleżankę na przystanek, który znajdował około 800 metrów od jej domu – dokładnie przy ul. Paprykowej. Gdy dziewczynki wychodziły z domu, Pani Małgorzata zapytała córki, czy mogłaby wziąć ze sobą psa swojej babci. Iza poinformowała mamę, że niestety tym razem nie uda jej się wziąć pupila na spacer, ponieważ wraz z Olą zamierzają jeszcze na chwilę zajrzeć na boisko szkolne, gdzie nie można było wprowadzać zwierząt a następnie chcą udać się jeszcze do sklepu na drobne zakupy.

Obiecała również mamie, że wróci do domu najpóźniej o 21:00 i wówczas wyprowadzi psa na spacer.

Nastolatki faktycznie pojawiły się jeszcze na chwilę na boisku przy ul. Nagietkowej. To tam po raz ostatni widział ją żywą jej brat Patryk. W drodze na przystanek wstąpiły również do pobliskiego sklepu Stokrotka, który znajdował się z kolei przy ul. Rdestowej. W okolicach godziny 20:20 jej przyjaciółka Ola wsiadła do autobusu linii 171. W okolicach tej godziny Izę po raz ostatni zarejestrowały kamery zamontowane przy ul. Paprykowej, gdy ta kierowała się w stronę ul. Sezamowej. Zastanawiający jest natomiast fakt, dlaczego dziewczynka nie wsiadła wraz z koleżanką do autobusu – jego kurs przebiegał w pobliżu giełdy towarowej, która znajdowała się w bliskiej odległości od jej domu. Po zmroku Iza bardzo często wybierała właśnie taką opcję powrotu, ponieważ teren giełdy był dobrze oświetlony. Niestety, tym razem postanowiła wrócić inną trasą. Drogą prowadzącą przez tereny leśne.

Nieco wcześniej Pani Małgorzata ze względu na pogarszającą się pogodę postanowiła sama udać się z psem na krótki spacer.  Wówczas wydarzyło się coś, co po raz pierwszy ją zaniepokoiło.

Spacerując ścieżkami w pobliżu lasu, zauważyła dziwnie zachowującego się mężczyznę.

Sprawiał wrażenie, jakby za wszelką cenę chciał ukryć swoją tożsamość. Nie rozpoznała w nim nikogo znajomego, a jego specyficzne zachowanie sprawiło, że zarejestrowała jedynie tył jego postury. W późniejszym czasie na podstawie wspomnień mamy Izy został sporządzony szkic, który przedstawia mężczyznę o krępej budowie ciała, ubranego w biały T-shirt oraz ciemne spodnie. Mężczyzna mógł mieć około 175 cm wzrostu. Jego cechą charakterystyczną były dłuższe włosy „przylizane do szyi”, najprawdopodobniej w odcieniu ciemnego blond.

Szkic mężczyzny, którego widziała matka zamordowanej.

[źródło: https://i.pl/zabil-ja-zbrodniarz-o-niebieskich-oczach-archiwum-x-szuka-mordercy-izy-z-gdyni/ar/12955020]

Po powrocie do domu, w okolicach godziny 20:30, Pani Małgorzata, kierując się dziwnym, niepokojącym przeczuciem próbowała po raz pierwszy skontaktować się z córką wysyłając jej smsa, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku. Nie otrzymała na niego odpowiedzi. Postanowiła więc poczekać do godziny 21:00, ponieważ zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami właśnie wtedy Iza miała wrócić do domu.

Gdy jej córka nie pojawiła się w domu o ustalonej godzinie, Pani Małgorzata zaczęła się poważnie martwić.

Jej strach spotęgował brak możliwości dodzwonienia się do córki oraz informacja od syna, iż widział siostrę ostatni raz godzinę temu, gdy opuszczała wraz z przyjaciółką szkolne boisko. Również znajomi dziewczynki, z którymi skontaktowała się jej mama, nie mieli pojęcia, gdzie może przebywać Iza. O 22:00 rodzice Izy postanowili wyjść i zacząć jej szukać.

Jest godzina 22:50. Pani Małgorzata udaje się na ścieżkę koło giełdy towarowej. Drogę musi oświetlać sobie latarką, ponieważ nie docierają tu żadne inne źródła światła. Gdy znalazła się na ulicy Leśna Polana uzmysłowiła sobie, że na końcu drogi, za giełdą, widziała miejsce, które przykuło jej uwagę. Zarówno ścieżka, jak i rosnąca obok niej wysoka trawa wyglądały, jakby ktoś próbował je przekopać. Kierowana instynktem szybko udała się w to miejsce. Gdy na nie dotarła uważnie przyjrzała się swojemu otoczeniu.

To wtedy dostrzegła but. But, który należał do jej córki.

Mama dziewczynki zaczęła krzyczeć. Znajdujący się nieopodal Pan Sławomir natychmiast dołączył do żony. Wiedzieli, że gdzieś tutaj musi być ich córka. Nie pomylili się. W wysokiej trawie leżała Iza. Dziewczynka znajdowała się na plecach, spodnie oraz bieliznę miała zsuniętą do kolan, zaś bluzkę podciągniętą do góry. Obok niej leżał rozładowany telefon. Na ręce miała zegarek, w którym została stłuczona szybka. Wskazówki zegara zatrzymały się na 20:37. Dziewczynka była skierowana twarzą w kierunku swojego domu, który był widoczny z tego miejsca. Nie dawała oznak życia.

Rodzice natychmiast przystąpili do resuscytacji oraz wezwali służby. Patrol policji oraz załoga pogotowia, którzy pojawili się na miejscu rozpoczęli walkę o życie dziewczynki. Niestety po ponad godzinnej batalii musieli się poddać. Lekarz obecny na miejscu stwierdził zgon Izy. Jak później dowiedziono, nie żyła już ona w momencie odnalezienia jej przez rodziców.

Sekcja zwłok wykazała, iż bezpośrednią przyczyną zgonu Izy Strzałkowskiej było gwałtowne uduszenie.

Zabezpieczono szereg dowodów, w tym DNA sprawcy, które wyodrębniono z odnalezionego na brzuchu nasienia sprawcy. Profil DNA zabójcy uzyskany już 3 dni po zdarzeniu zarejestrowano w bazie GENOM. Pomimo, iż morderstwo dziewczynki jest zaliczane do morderstwa na tle seksualnym, dowiedziono, iż do samego gwałtu nie doszło. Co interesujące, oprócz nasienia udało się zabezpieczyć drobinki powłoki malarskiej, które znajdowały się na ubraniu dziewczynki. Pojawiły się przypuszczenia, iż morderstwa mógł dokonać jeden z pracowników remontowo-budowlanych, których ze względu na mnogość nowo budowanych domów jednorodzinnych w okolicy, było bardzo dużo.

Kolejnym tropem, który podjęła policja, były zeznania 22-letniej studentki, Agnieszki.

Poinformowała ona śledczych o mężczyźnie, którego widziała w dniu śmierci Izy w pobliżu miejsca, w którym doszło do morderstwa. Została przez niego zaczepiona i według jej relacji mężczyzna proponował jej pójście na grzyby. Co więcej studentka wskazała, iż widywała go już wcześniej na tyłach szkoły znajdującej się przy ul. Nagietkowej. Na podstawie jej zeznań sporządzono portret pamięciowy mężczyzny, który został niezwłocznie przekazany mediom. Niestety, do dziś nie udało się ustalić tożsamości mężczyzny.

Portret pamięciowy mężczyzny, który został sporządzony na podstawie zeznań 22-letniej studentki.

[źródło: https://i.pl/zabil-ja-zbrodniarz-o-niebieskich-oczach-archiwum-x-szuka-mordercy-izy-z-gdyni/ar/12955020]

Do momentu umorzenia w 2013 roku śledztwa, przesłuchano ponad 800 osób, a ponad 700 zostało wyeliminowanych ze względu na wynik badań genetycznych.

Po latach do sprawy powróciło Archiwum X i liczba osób przesłuchanych w sprawie morderstwa Izy sięga już prawie tysiąca. 

Natomiast dzięki opinii zespołu prof. Wojciecha Branickiego z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie śledczy wiedzą już, że z prawdopodobieństwem na poziomie 94% domniemany sprawca ma niebieskie oczy oraz że z prawdopodobieństwem sięgającym 84% ma jasne włosy.

Iza Strzałkowska została pochowana na cmentarzu komunalnym w Gdyni Karwinach. W 2021 roku w tym samym miejscu została pochowana jej mama, Pani Małgorzata Strzałkowska, która odeszła niespodziewanie w przeddzień 23 urodzin córki – 22 kwietnia. Nie doczekała się sprawiedliwości i ujęcia sprawcy zabójstwa jej ukochanej córki. Na grobie, w którym spoczęły matka z córką widnieje napis: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą.

Archiwum X nie ustaje w poszukiwaniu mordercy. Dlatego też wszystkie osoby, które mogą posiadać jakiekolwiek informacje w sprawie mogą skontaktować z AX w Gdańsku pod numerem telefonu 477415282 oraz 477415861 lub pod adresem e-mail: sekretariat.wds.kwp@gd.policja.gov.pl

Źródła:

  1. Podcast kryminalny na kanale Tropiciele Zbrodni – Archiwum X szuka sprawcy! - Iza Strzałkowska
  2. https://niewyjasnione-zaginiecia.pl/iza-strzalkowska/

Autorka: Monika Danielska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: https://wiadomosci.onet.pl/trojmiasto/smierc-izy-strzalkowskiej-wciaz-nie-wiadomo-kto-i-dlaczego-ja-zabil/qb6z59p

Teresa Roszkowska to postać i artystka nietuzinkowa. Sposobem bycia oraz wyglądem wzbudza zainteresowanie. Jej dorobek artystyczny jest imponujący.

Pani Teresa urodziła się w Kijowie 23 listopada 1904 roku, miała korzenie Polsko-Rosyjsko-Szwajcarskie. W Kijowie spędziła dzieciństwo oraz okres nastoletni. Rodzina następnie przeniosła się do Warszawy, gdzie Teresa kontynuowała naukę rysunku. Studiowała w szkole sztuk pięknych pod opieką Tadeusza Pruszkowskiego, uczyła się również w Konserwatorium muzycznym. Przez kilka lat była zawodniczką Polonii Warszawa, gdzie grała w hazenie (to gra bardzo podobna do piłki ręcznej wywodząca się z Czech), ćwiczyła również lekkoatletykę. Angażowała się artystycznie w ugrupowaniu Pruszkowskiego, biorąc udział w wystawach w kraju i za granicą. Podróżowała po świecie, prezentując swoje prace, w Polsce również miewała wernisaże.

Pani Teresa Roszkowska słynęła ze swoich strojów.

Były one dość niezwykłe i niecodzienne, zazwyczaj projektowała sama dla siebie (szyć jednak nie potrafiła). Proszona niejednokrotnie o stworzenie czegoś dla kogoś czy też na zlecenie innego projektanta odmawiała. Styl Roszkowskiej był odważny, artystka mówiła, iż jej image nie jest przemyślany i stworzony. Twierdziła, że nosi to, co czuje.

Jej uroda, jak na tamte czasy, była – jak sama pani Teresa – niebanalna i na pewno nie mieściła się w kanonach ówczesnego piękna. Zawsze mocno opalona z kokiem umieszczonym z boku głowy, nierzadko we włosach miała wetknięte ptasie pióra. Sposób, w jaki mówiła, był równie oryginalny i nie do podrobienia. Ojciec z pochodzenia Polak, matka Szwajcarka – oboje posługiwali się ojczystymi językami, a na dodatek mieszkali w Rosji. Artystka od dziecka posługiwała się trzema językami. A może lepiej, gdybyśmy powiedzieli mieszaniną tych języków, do których w późniejszym okresie dołączył również francuski.

Jak wspominała sama Roszkowska, znajomi, zamiast poprawiać ją i uczyć poprawnej wymowy, żartowali z niej i ją naśladowali. Pani Teresa z biegiem lat zaczęła rozwijać swoją pasję jako scenograf. Współpracowała z Warszawskimi teatrami min, Polski oraz Ateneum, tworzyła również dla łódzkiego teatru Nowy. W czasie drugiej wojny zajmowała się wystrojem wnętrz, w swoim domu organizowała spotkania ludzi teatru. Jej życie, chociaż ciekawe i barwne zakończyła śmierć, niespodziewana, tragiczna i niezwykle brutalna. Kilka obrazów mogło wyjść jeszcze spod tych kruchych, delikatnych dłoni. Kobieta wolna, niezależna taką Pani Teresa została do ostatnich dni swojego życia.

Piękny dom można by rzec willa, na saskiej kępie przy Obrońców 15 był azylem artystki. Wstęp mieli nieliczni, bardzo ograniczona grupa znajomych oraz osób pomagających w utrzymaniu domu, gosposia, ogrodnik.

W 1992 roku pani Teresa Roszkowska nie była już rajskim ptakiem śmietanki towarzyskiej warszawy czy Kazimierza Dolnego a starszą osobą.

Z pewnymi zwyczajami, określoną rutyną i swego rodzaju obawami. 1992 rok był pełen wydarzeń politycznych. Zarejestrowanie samoobrony, przyjęcie uchwały dotyczącej bezprawnego wprowadzenia stanu wojennego, powołanie Suchockiej i wiele innych ważnych wydarzeń dla naszego kraju. Ustrój się zmienił, ludzie się zmienili, Polska rzeczywistość zaczynała wyglądać nieco inaczej. Mieszkańcy ul. Obrońców doskonale się znali, była to ulica spokojna, a i ówczesne władze dbały o jej bezpieczeństwo. Na Saskiej Kępie znajdowało się kilka placówek dyplomatycznych. Osoby, które nie były mieszkańcami dzielnicy lub nie były znane policji czy nadwiślańskim jednostkom wojskowym, które patrolowały i pilnowały Saskiej Kępy, musiały się legitymować.

Jak wiemy, przełom lat 80-90 był w Warszawie obfity w różnego rodzaju przestępstwa.

Kradzieże, morderstwa i rozboje były niemal na porządku dziennym. Jednak Saska Kępa zdawała się być wolna od przestępstw.

Teresa Roszkowska w październiku 1992 roku miała 88 lat. Przy Obrońców mieszkała od 70 lat, była znana sąsiadom i mieszkańcom dzielnicy, wyróżniała się.

Agnieszka Osiecka tak opisała swoją sąsiadkę „Filigranowa, smagła, aż prawie brązowa i dalekowschodnia, z owymi złocistymi kołami w uszach, z kokiem z ozdobną szpilką albo w aksamitnym berecie”. Pani Teresa zazwyczaj w październiku opuszczała Polskę, by udać się do Francji w odwiedziny do przyjaciółki w Nicei, jednak jesienią 1992 roku zdecydowała się pozostać w kraju. Nie najlepiej się czuła, miała zawroty głowy, pogorszył jej się słuch, wzrosło ciśnienie a do tego schudła, tuż przed śmiercią ważyła około 46 kg. Pani Teresa w środy zapraszała do siebie przyjaciół, była to stała grupa 5-6 osób. Jednak 21 października 1992 roku na spotkaniu pojawiły się dwie dodatkowe osoby, przyjaciel pani Teresy przyszedł z żoną oraz pani doktor, która od jakiegoś czasu zajmowała się artystką. Wszystko przebiegało tak jak zwykle, nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Nic niepokojącego nie zostało powiedziane.

23.10, w piątek, Pani Teresa rozmawiała z przyjaciółką przez telefon, wspomniała, że najprawdopodobniej zgubiła klucze od domu, zamek w drzwiach wymienił niezwłocznie przyjaciel. Panie umówiły się na poniedziałek tj. 26.10. 1992 roku. W sobotę Pani Teresa rozmawiała z przyjacielem, który to wymienił jej zamki, rozmowa miała miejsce przed północą i przebiegała w normalnym tonie.

Niedzielny poranek dla znajomych Roszkowskiej był niepokojący, starsza Pani nie odbierała telefonu.

Pan R. pojechał pod dom przyjaciółki, nawet próbował dostać się do środka. Miał klucze, jednak za nic zamek nie chciał ustąpić. Mężczyzna skontaktował się z panią Izabelą. Umówili się na 10:00 pod domem artystki. Zjawiła się również gosposia, która to u pani Teresy sprzątała od 20 lat. Wszyscy przybyli próbowali dostać się do środka za pomocą klucza, bez rezultatów. Padła decyzja o wybiciu szybki w drzwiach, drzwi były zamknięte od środka na zamek, zasuwkę i łańcuszek. Kolejne drzwi do domu również stawiały opór, również wybito w nich szybę, te jednak były zamknięte na zamek, w którym znajdował się klucz. Dom artystki jest/ był pokaźnych rozmiarów, przyjaciele rozeszli się po różnych jego częściach w poszukiwaniu właścicielki.

W pokoju na pierwszym piętrze pod materacem, który znajdował się na podłodze, ujawniono ciało artystki.

Na miejsce została wezwana policja. Żaden z sąsiadów nic nie widział i nie słyszał, mogło mieć to związek z faktem, iż u jednego z nich odbywała się huczna i głośna impreza. Mało tego, w noc, w którą doszło do zbrodni, okolice ulicy Obrońców spowiła gęsta mgła. Mordercy weszli do domu najprawdopodobniej drzwiami prowadzącymi do piwnicy na tyłach domu od podwórka. Jeden z zamków był całkowicie zniszczony, drugi zaś wyłamany. Aby wejść od strony ogrodu, trzeba było wiedzieć, iż istnieje tam wąska ścieżka, która przebiega pośród drzew i krzaków.

Pojawiły się zeznania osoby, która w noc morderstwa widziała w okolicy ścieżki prowadzącej do posesji artystki trzech młodych mężczyzn.

Na schodach znaleziono odcisk buta, niestety tylko jeden. Wiadomo, iż zabezpieczono przy drzwiach pudełko z odciskami linii papilarnych (zdaje się, że było to opakowanie po kremie). Pani Teresa ewidentnie była dręczona przez mordercę lub morderców. Miała liczne złamania, zasinienia oraz jej twarz pokrywała krew, przyczyną zgonu było złamanie kręgosłupa szyjnego. Napastnik wetknął w usta kobiety knebel, z takim impetem aż złamał kręgosłup.

W tej sprawie zdaje się, iż nie było podejrzanych, chociaż motyw jest jasny.

Z domu zginęły drogocenne przedmioty oraz pieniądze. Kobieta pochodziła z zamożnej rodziny, jej matka przed zamążpójściem była damą dworu, na cesarskim dworze. Pani Teresa Roszkowska odziedziczyła po matce sporo biżuterii.

Dom Roszkowskiej był ponoć niezwykłym miejscem pełnym antyków i przedmiotów z poprzedniej epoki. Mimo iż z biegiem lat stracił swój dawny blask i wymagał pewnego nakładu pracy, miał swoją duszę. Jeden ze znajomych Pani Teresy wspominał korytarz domu, znajdowało się tam lustro, zniszczone podczas wojny, na jego tafli było pęknięcie, w które artystka wtykała pióra znalezione na spacerze, jego zdaniem był to niezwykle ciekawa kompozycja.

Z wiekiem artystka zaczęła nieco izolować się od ludzi, jednocześnie zbliżając się do zwierząt. Bezpańskie koty i psy mogły liczyć na coś do jedzenia tak jak i ptaki mieszkające w jej ogrodzie.

Pani Teresa Roszkowska niedługo przed śmiercią spisała wszystkie drogocenne przedmioty.

Pani Izabela wiedziała również o testamencie, który sporządziła przyjaciółka. Z braku bliskich krewnych artystka wszystkie swoje dobra postanowiła przekazać różnym instytucjom, piękna przedwojenna willa została zapisana ośrodkowi szkolno-wychowawczemu dla dzieci niewidomych w Laskach, książki oraz obrazy miały trafić do muzeum Narodowego, biżuteria również miała trafić do muzeum, zaś antyczne meble do Zamku królewskiego.

Jednym z najbardziej nurtujących pytań jest to, czy Roszkowska znała swojego mordercę albo morderców?

Policja sądziła, iż była jedną z wielu starszych ofiar okradzionych na terenie Warszawy z początkiem lat 90, nie widzieli nic osobistego w tej zbrodni. Uważali, że mordercą nie był nikt znajomy, ale czy na pewno?

Pani Izabela przypomniała sobie, że w domu Roszkowskiej niedługo przed jej zbrodnią pojawiło się dwóch mężczyzn, przedstawili się jako elektrycy. Mieli naprawić, piec, chociaż pani Teresa nikogo nie wzywała. Czy usterka pieca i pojawienie się dwóch mężczyzn było zbiegiem okoliczności?

Pojawiła się również kobieta z muzeum, która pomogła Roszkowskiej katalogować cenne przedmioty, mało tego zaginęły klucze od domu artystki na dzień przed morderstwem… Jakby tych zbiegów okoliczności było mało, przedmioty, które zostały skradzione, nie zostały skatalogowane, policja nie miała ich zdjęć. Tu z pomocą przyszła pani Izabela, która to wskazała, czego brakuje i pomogła narysować skradzione rzeczy. Zatem co zginęło?

Jednym z najbardziej charakterystycznych przedmiotów, który zabrał lub zabrali mordercy była broszka w kształcie ważki wysadzana diamentami, oczy szmaragdowe, oprawa złota, złote monety, dziewiętnastowieczny srebrny rosyjski dzbanek do herbaty, mały dzbanuszek na śmietankę, przykrywka od cukiernicy, solniczka oraz kieliszek. Dwie srebrne patery w kształcie koszy, srebrne łyżki oraz łyżka wazowa, porcelana i wiele innych mniejszych przedmiotów, których to znajomi nie byli w stanie konkretnie wskazać. To, że obserwowano dom artystki wydaje się być oczywiste. Istotne jest to, czy włamywacze wiedzieli jakie dobra kryją się w willi?

Jeśli tak to wzięli niewiele… Porcelana, którą wskazano jako zaginioną, jest raczej trudnym przedmiotem do przeniesienia, bez porządnego spakowania. Kim byli sprawcy? Przypadkowymi osobami, czy może jednak znali ofiarę i wiedzieli o kosztownościach?

Policja przez dekady nie trafiła na trop skradzionych kosztowności.

Antykwariaty, galerie, lombardy nigdy nie zgłosiły, aby ktoś próbował sprzedać dobra Roszkowskiej.

Zaskakująca jest brutalność, z jaką pozbawiono życia tę kruchą staruszkę, nie trzeba było tyle agresji, aby ją obezwładnić. Od morderstwa Teresy Roszkowskiej za chwilę minie 32 lat, morderstwo tej wyjątkowej kobiety, osoby przedawni się za 8 lat. Czy ta sprawa nie została rozwiązana ze względu na brak krewnych, a co za tym idzie brak nacisku na śledczych, czy faktycznie poza liniami papilarnymi i odciskiem podeszwy policja nie miała nic?

„Mam nadzieję, że Teresa Roszkowska popatrzyła w twarz swojego oprawcy z pogardą. To znaczy: wszystko mi jedno, czy była to jego kaprawa twarz, maska czy skarpeta... W każdym razie, kiedy zadano trzeci cios, spojrzała pożegnalnie w złociste oczy swoich kotów, a potem, mimochodem, już w półśnie, już odpływając, dostrzegła spanikowany pysk mordercy i gdzieś na dnie ogłuszającej czerwieni usłyszała starą melodię, gdzieś stamtąd, z jej stron, spod Kijowa” – Agnieszka Osiecka.

Źródła:

  1. https://vod.tvp.pl/informacje-i-publicystyka,205/magazyn-kryminalny-997odcinki,281775/odcinek-132,S01E132,305773
  2. http://www.hypatia.pl/web/pageFiles/attachments/11913/wysokie-obcasy-8-kwietnia-2000.pdf
  3. http://www.isztuka.edu.pl/i-sztuka/node/771
  4. https://crime.com.pl/11253/zbrodnia-na-saskiej-kepie/
  5. https://wawainfo.pl/sprawa-morderstwa-teresy-roszkowskiej-md-291021
  6. http://www.hypatia.pl/web/pageFiles/attachments/11913/super-express-nr-219-6-8-listopada1992.pdf
  7. https://newsbook.pl/2019/10/07/zbrodnia-na-saskiej-kepie/
  8. http://gazetasledcza.pl/2021/09/polskie-sprawy-kryminalne/
  9. https://mnkd.pl/opowiesc-o-t-roszkowskiej-za-pomoca-jej-strojow-dlaczego-w-domukuncewiczow-pojawila-sie-akurat-taka-wystawa
  10. https://twitter.com/SzymonWochal/status/1453581121879412743

Autorka: Marcelina Biała, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: https://culture.pl/pl/tworca/teresa-roszkowska

Bogdan Eugeniusz Arnold (ur. 17 lutego 1933 w Kaliszu, zm. 16 grudnia 1968 w Katowicach) – polski seryjny morderca.

Kim był Bogdan Arnold?

Mężczyzna był polskim seryjnym mordercą. W latach 1966 - 1967 w Katowicach zamordował 4 kobiety a ich ciała przechowywał w swoim mieszkaniu. Swoje ofiary najpierw torturował. W Katowicach mężczyzna zamieszkał w 1960 roku. Był trzykrotnie żonaty, posiadał dwóch synów. Bogdan znęcał się nad swoimi małżonkami, nadużywał alkoholu co doprowadziło do rozstań. Dość często gościł w klubach nocnych, w których poznawał kobiety.

Pierwsza ofiara

Pierwszą ofiarą Bogdana Arnolda była Maria B., którą poznał w 1966 roku w barze „Kujawiak”. Maria była prostytutką pochodzącą z Wołynia. Kobieta wraz z Bogdanem udała się do mieszkania Arnolda, miała pozostać u niego na noc za 500 zł. Mężczyzna jednak oczekiwał darmowego seksu i odmówił płacenia jej za usługi. Zeznając powiedział „myślałem, że poszła ze mną z miłości, a nie dla pieniędzy”. Bogdan po tej propozycji wpadł w furię i uderzył Marię parokrotnie młotkiem w głowę. Następnie zwłoki rozczłonkował i zostawił w wannie. Starał się oblać je chlorem, aby przyspieszyć rozkład, a niektóre fragmenty ciał spalał w warunkach domowych. Wnętrzności natomiast odkrajał  i spuszczał w toalecie.

Druga ofiara

12 marca 1967 roku Bogdan Arnold ponownie zabił. Tożsamość ofiary nie jest znana, prawdopodobnie tak jak i Maria, była prostytutką. Mężczyzna swoją zbrodnię motywował tym, iż kobieta odkryła zwłoki Marii. Jej ciało również poćwiartował.

Kolejne ofiary

Trzecią i czwartą ofiarą były Stefania N. i Helga S., - prostytutki z ograniczonymi zdolnościami intelektualnymi. Mężczyzna przez wiele godzin gwałcił i bił kobiety. Ostatecznie udusił je a ze zwłokami postąpił tak samo jak z pierwszą i drugą ofiarą. Po dokonanej zbrodni pozostawił swoje lokum, pomieszkiwał w różnych ruderach. Po jakimś czasie postanowił jednak tam wrócić, aby odświeżyć mieszkanie.

Bogdan Arnold czerpał ogromną przyjemność z gwałcenia i poddawania swoich ofiar torturom.

W 1967 roku zbrodnie dokonane przez Arnolda dojrzały światło dzienne, gdy sąsiedzi zauważyli w oknie mieszkania Arnolda rój much. Z lokalu wydobywał się okropny zapach, spod drzwi natomiast wychodziły ogromne ilości robactwa. Tak też powstał przydomek  „Władca Much”.

Dnia 8 czerwca 1967 roku policja otrzymała zgłoszenie o następującej treści:

„Zza drzwi mieszkania nr 9 wydobywa się trudny do wytrzymania fetor. Szyby oklejone są papierem, a okna po zewnętrznej stronie obsiadły roje much”.

Sąsiedzi nie mieli świadomości co działo się w mieszkaniu mężczyzny, podejrzewali, że Bogdan Arnold zmarł i wezwali milicję.

Funkcjonariusze dostali się do mieszkania, z którego unosiła się silna woń zepsutego mięsa. Gdy weszli, doznali szoku, odór był tak silny, że nie byli w stanie dokonywać swoich czynności, jednak nie mieli wyboru. Na podłodze pełzało robactwo. Milicjanci weszli do łazienki, ujrzeli makabryczny widok skrzynię murarską, która służyła za wannę,  pełną ludzkich szczątek, rozdrobnionych fragmentów ciał i organy wewnętrzne. Na piecu zaś stał ogromny rondel, a w jego wnętrzu unosiła się ludzka głowa. W pralce pełnej rozkładających się szczątków znajdowały się dwie czaszki.

Rozpytano sąsiadów na temat Bogdana Arnolda, jednak nie mieli oni za wiele do powiedzenia, „był grzeczny, nie sprawiał problemów, tyle że często przychodził do domu totalnie zalany”, jednak na to nie zwracało się wtedy uwagi.

Rozpytano również byłe żony mężczyzny, okazało się, że za fasadą uprzejmego, grzecznego i niewinnego człowieka, ukrywał się potwór agresywnego seksu i przemocy. Była to jednostka o nieokiełznanym popędzie seksualnym, jednocześnie niezwykle brutalna i agresywna. Cieszył się, mogąc traktować kobiety jak przedmioty, będąc ich absolutnym panem i władcą.

„Wyzywał mnie od najgorszych. Wiązał ręce i nogi drutem, a do pochwy wkładał butelki po wódce. Dopiero kiedy mnie upokorzył, osiągał satysfakcję seksualną. Bił mnie, katował, a później przytulał i przepraszał. Wtedy osiągał orgazm, wiązał i bił – kazał gryźć się po całym ciele.” – zeznała jedna z jego partnerek.

Bogdan Arnold, gdy na jaw wyszły jego zbrodnie, zaginął bez śladu.

Milicja prowadziła masowe, rozległe poszukiwania mężczyzny podejrzanego o seryjne morderstwa. Ostatecznie sam zgłosił się na milicję, przyznając się do wszystkich zbrodni. Ku zaskoczeniu milicjantów Bogdan stwierdził również, że żałuje, że nie zdążył zabić swojej byłej żony.

„Początkowo chciałem palić części zwłok, ale nie miałem węgla, a przy drzewie to nie szło. Otworzyłem więc przy pomocy noża kuchennego jamę brzuszną, skąd wyjąłem wszystkie wnętrzności, które krajałem na kawałki i spuszczałem otworem kanalizacyjnym znajdującym się w moim mieszkaniu, zaś same zwłoki umieściłem w skrzyni drewnianej obitej od wewnątrz blachą” – zeznał później.

„Dla przyśpieszenia rozkładu zwłok chciałem kupić sodę kaustyczną, ale nie mogłem jej nigdzie dostać, wobec czego kupiłem około dziesięciu paczek chloru. Rozpuściłem go i zalałem gorącą wodą. (…) Obciętą głowę włożyłem do garnka z ciepłą wodą. Nie mogłem znieść tego widoku, dlatego poszedłem się napić do baru. Kiedy wróciłem, postawiłem kociołek na elektryczny grzejnik. Zasnąłem. Po obudzeniu stwierdziłem, że zawartość kociołka zagotowała się”.

Półroczne badanie psychiatryczne nie wykazało ani deficytów intelektualnych, ani zaburzeń psychicznych u mężczyzny. Był on świadomy swoich czynów.

Zdaniem specjalistów, Bogdan Arnold przejawiał wyraźne cechy psychopatii, a alkoholizm pogłębiał jego negatywne tendencje.

Niezmiennie pozbawiony był uczucia skruchy czy wyrzutów sumienia. Odczuwał przyjemność z okrutnych, seksualnych czynów torturowania, upokarzania i mordowania. Skala jego zbrodni pozostaje niejasna do dziś. Na pytanie sędziego, ile kobiet zamordował, odpowiedział:

– Czy to ważne, ile? Osiem, czy szesnaście i tak będę wisiał

Dnia 9 marca 1968 roku sąd wydał wyrok skazujący Bogdana Arnolda na karę śmierci. Wyrok został wykonany 16 grudnia 1968 roku o godzinie 18:40

Źródła:

  1. https://pl.wikipedia.org/wiki/Bogdan_Arnold
  2. https://ciekawostkihistoryczne.pl/2021/09/09/chuc-smierc-i-robactwo-czyli-obled-seryjnego-mordercy-bogdana-arnolda/

Autor: Magdalena Wychowska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: https://wiadomosci.onet.pl/kraj/seryjny-morderca-z-katowic-bogdan-arnold-zabijal-przypadkowo-poznane-kobiety/1l7fv1s

Serdecznie zachęcamy do lektury poprzedniego artykułu z serii – A jak Alcala Rodney.

Policjanci z łódzkiego Archiwum X rozwiązali sprawę zaginięcia Małgorzaty B. sprzed 16 lat. Zacznijmy jednak od początku.

Małgorzata B. była mieszkanką Starowej Góry, miała dwóch synów oraz partnera Mariusza. Pracowała w zakładzie krawieckim w Łodzi. Była szwaczką. Sąsiedzi wypowiadali się o Małgosi bardzo pochlebnie.

„Była ładną, bardzo miłą dziewczyną. Cała rodzina jest porządna. Gosia miała oryginalną urodę. Wyszła za mąż za Algierczyka. Ma z nim starszego syna. Młodszy jest dzieckiem partnera. Wiemy, że jakiś czas mieszkała w Algierii, ale wróciła do Polski. Na nowo ułożyła sobie życie”.

Mimo, że Gosia nie miała daleko na przystanek autobusowy, to zimą odprowadzał ją Mariusz, gdyż w godzinach ok. 6:00 rano było jeszcze ciemno. Gdy wracała z pracy również po nią wychodził. Gdy było jasno kobieta udawała się do pracy jak i wracała z niej sama.

26 lipca 2007 roku w Łodzi Małgorzata udaje się na przystanek autobusowy przez las, aby móc dojechać do pracy. Kobieta jednak do niej nie dociera, nagle zapada się pod ziemię, nie ma z nią kontaktu. Rodzina postanawia, więc zgłosić zaginięcie.

W mediach pojawia się komunikat dotyczący zaginięcia kobiety.

„Wiek z wyglądu 39 lat, wzrost około 171-175 centymetrów, sylwetka szczupła wysmukła, waga około 65 kilogramów, oczy ciemne, włosy koloru kasztanowego faliste długie. Twarz owalna, cera naturalna, nos średni prostolinijny, uszy normalne, wargi średnie, uzębienie zniszczone paleniem papierosów, buty typu klapki siateczkowe koloru czarnego. Na lewym ramieniu tatuaż w kolorze niebieskim przedstawiający motyw roślinny. W dniu zaginięcia była ubrana w spodnie typu dżinsy koloru jasnoniebieskiego z haftem na nogawce »motyl«, innych danych brak”.

Rozpoczynają się poszukiwania Małgosi. Na tę okoliczność policja przesłuchuje osoby, które potencjalnie mogą mieć jakiekolwiek informacje dotyczące zaginięcia, wykonują szereg czynności, m. in. wykorzystują do poszukiwań psy tropiące oraz helikoptery, jednak w dalszym ciągu los kobiety jest nieznany.

Od zaginięcia Gosi minęły lata, sprawą zajęło się Łódzkie Archiwum X, które sprawiło, że zagadka sprzed lat została rozwiązana.

Okazało się, że Małgorzata została zamordowana. Przełomowy w sprawie był rok 2022r.

W połowie 2022 roku policjanci z Archiwum X dostrzegli, że las między Łodzią i Starową Górą może być miejscem ukrycia zwłok kobiety, ponieważ został on najprawdopodobniej pominięty podczas poszukiwań w 2007 roku. Metr po metrze sprawdzano las Ruda-Popioły przez kilka miesięcy. Finalnie odnaleziono szczątki ludzkie i odzież, która należała do Gosi. Dla potwierdzenia jednak tego faktu zlecono przeprowadzenie badań DNA. Szczątki i odzież bez wątpienia należały do Małgorzaty.

Dzisiaj możemy stwierdzić, że kobieta padła ofiarą zabójstwa. Po trwających od grudnia poszukiwaniach na obszarze około jednego hektara z udziałem archeologów, antropologów i specjalistycznego sprzętu, w środę w lesie na terenie dzielnicy Łódź-Górna udało się odkopać ciało, wówczas 39-letniej kobiety" –  poinformował rzecznik prasowy nadzorującej śledztwo Prokuratury Okręgowej w Łodzi prok. Krzysztof Kopania.

Za morderstwo odpowiedzialny był wówczas 26-letni mężczyzna.

Jak się okazało, przygotował się on do tej zbrodni. Dzień przed zabójstwem wykopał grób, doskonale znał rozkład dnia Gosi, obserwował ją. Zaczaił się na nią w lasku, przez który przechodziła aby dojść na przystanek autobusowy.

42-letni Ryszard P., przyznał się do zbrodni. Pomimo upływu 16 lat doskonale pamiętał popełniony czyn.

„Jak podał, już w przeddzień, to jest 25 lipca 2007 roku, gdy tylko zobaczył kobietę zaplanował atak na nią. Wykopał nawet w lesie grób, w którym zamierzał ją pochować. Następnego dnia czekał aż ofiara będzie szła w kierunku autobusu, którym dojeżdżała do pracy. Podobnie jak on, zamieszkiwała w pobliżu" – wyjaśnił prok. Kopania.

Mężczyzna na początku dążył do zgwałcenia kobiety, następnie zabił, uderzając ją mocno w głowę, dusząc i dociskając klatkę piersiową kolanami. Po zamordowaniu Gosi, 42 – latek przeniósł ciało do wykopanego dzień wcześniej grobu i tam zakopał. Mówi się, że przed zakopaniem Małgorzaty jeszcze żyła.

„ Tą drogą ludzie chodzą do autobusu. Do tego lasku ludzie chodzili na grzyby, a ona tam leżała tyle lat — mówią wstrząśnięci mieszkańcy osiedla”.

Małgorzata B. osierociła dwóch synów.

Mężczyzna usłyszał zarzut zabójstwa ze zgwałceniem. Grozi mu za to od 12 lat więzienia do dożywocia.

Źródła:

  1. https://wiadomosci.wp.pl/zaginela-16-lat-temu-jest-przelom-6902109031946880a
  2. https://goniec.pl/po-16-latach-prawda-wyszla-na-jaw-39-letnia-malgorzata-nie-zaginela-tylko-zostala-zamordowana-jj-wbc-250523
  3. https://niezalezna.pl/polska/kryminalne/zabil-i-zakopal-kobiete-wpadl-po-16-latach/486081
  4. https://lodz.se.pl/zaplanowal-mord-na-gosi-w-najdrobniejszych-szczegolach-pamietal-wszystko-nawet-po-16-latach-aa-B3ky-VhDk-XaAr.html
  5. https://dzienniklodzki.pl/tajemnice-zaginiec-kolo-lodzi-zwloki-w-starowej-gorze-i-zaginiona-rodzina-pojechalismy-sprawdzic-co-tam-sie-dzieje/ar/c1-17589593
  6. https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/lodz/zabojstwo-w-starowej-gorze-morderca-i-gwalciciel-wykryty-przez-archiwum-x/v1vsxsq
  7. https://tvn24.pl/lodz/lodz-gorna-42-latek-z-zarzutem-zabojstwa-kwalifikowanego-do-zbrodni-doszlo-w-lipcu-2007-roku-st7145227

Autor: Magdalena Wychowska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: materiały łódzkiej policji, [za:] https://dzienniklodzki.pl/w-lodzi-odkryli-zwloki-kobiety-zamordowanej-16-lat-temu-ukryl-cialo-kobiety-w-grobie-to-byla-zbrodnia-na-tle-seksualnym-zdjecia/gh/c1-17575157

Serdecznie zachęcamy do lektury poprzednich artykułów z serii "Sukcesy Archiwum X":

  1. SUKCESY ARCHIWUM X: Sprawa Grażyny Ż., 41-letniej kobiety z Gdyni
  2. SUKCESY ARCHIWUM X: Zbrodnia sprzed lat - zabójstwo pielęgniarki Agnieszki D. w Białymstoku
  3. SUKCESY ARCHIWUM X: Sprawy zamordowanych chłopców – Marcina S. i Sebastiana T.
  4. SUKCESY ARCHIWUM X: Mieczysław K. z Krakowa. Zaginięcie, które okazało się być zabójczą intrygą
  5. SUKCESY ARCHIWUM X: Ewa Pilarska ze Zbylutowa i tragiczny finał jej zaginięcia
Fundacja ZAGINIENI
chevron-down