Tym, którzy więcej czują
i inaczej rozumieją
i dlatego bardziej cierpią
a których często nazywamy
schizofrenikami
~ Antoni Kępiński, “Schizofrenia”
W obowiązującej w polskiej psychiatrii i psychologii klasyfikacji ICD-10 wymienia się 9 specyfikatorów, czyli w dużym uproszczeniu, “rodzajów” schizofrenii. Dzięki tym odnośnikom lekarze mogą sprecyzować pacjentowi obraz choroby z jaką się zmaga. Mogłoby się wydawać, że ujęcie w ramę tego zaburzenia psychotycznego na podstawie podawanych i zauważalnych objawów jest dość szybkim procesem. Nic bardziej mylnego, a świadczy o tym jeden podstawowy czynnik - doświadczenia schizofreniczne są niezwykle różnorodne. Oczywiście dysponujemy statystykami, które mówią o tym jaki rodzaj jest najczęściej spotykany - paranoidalny. Jest to jednocześnie obraz schizofrenii jaki najczęściej przedstawiają sobie w głowach osoby zdrowe - głosy, urojenia, odbiegające znacznie od normy dziwaczne zachowania. Mało kto zagląda jednak głębiej, bowiem cytując definicję choroby jaką jest schizofrenia możemy przeczytać:
“Najważniejsze objawy psychopatologiczne obejmują: echo myśli, nasyłanie oraz zabieranie myśli, rozgłaśnianie (odsłonięcie) myśli, postrzeganie urojeniowe oraz urojenia oddziaływania, wpływu lub owładnięcia, głosy omamowe komentujące lub dyskutujące o pacjencie w trzeciej osobie, zaburzenia myślenia i objawy negatywne.”
~ Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób ICD-10
A zwracając szczególną uwagę na podtyp paranoidalny czytamy:
“[...] dominują stosunkowo trwałe urojenia, często paranoidalne, którym zwykle towarzyszą omamy, w szczególności słuchowe, jak również inne zaburzenia postrzegania.”
~ Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób ICD-10
Także można powiedzieć, że ogólna definicja schizofrenii obejmuje informacje o objawach jakie pojawiają się w każdym podtypie, a same rodzaje opierają się na poszczególnych tylko wyznacznikach. W tej chwili podstawę mamy za sobą.
Postawienie prawidłowej diagnozy jest kluczem do ustalenia najlepszego sposobu postępowania wobec choroby. Oczywistym jest to, że owy sposób postępowania musi być rozpatrywany na poziomie indywidualnych potrzeb pacjenta, ale wiele źródeł mówi też o kontekście kulturowym. Kultura może mieć bowiem znaczenie nie tylko w tym, jak powstaje patologia, a również w tym jak się objawia.
W krajach rozwijających się odnotowuje się lepsze wyniki leczenia schizofrenii. Może to być dość oczywisty wniosek - większy dostęp do specjalistycznej opieki, przekonania i sieci wsparcia społecznego, mniejsza stygmatyzacja spowodowana większą świadomością społeczeństwa.
Przykładem mogą być migranci na terenie Wielkiej Brytanii. W społecznościach azjatyckich prawdopodobieństwo osiągnięcia lepszych wyników w nowym środowisku zależało od stopnia zachowania przez migrantów tradycyjnych zwyczajów i własnych wartości kulturowych. Autorzy badań zwracają również uwagę na zgodność i tożsamość kulturową. Z kolei gorsze wyniki obejmują społeczność afro-karaibską, gdzie czynnikami ryzyka nawiązującymi do kultury były np. tendencja do izolacji, wysoka ekspresja emocji czy słaba zdolność do adaptacji psychospołecznej.
Pozostając na terenie Wielkiej Brytanii - Azjaci cierpiący na epizody psychozy częściej pozostają w związkach małżeńskich i są leczeni w domu. Charakterystyczne dla kultur z tamtej części świata jest kolektywistyczność, czyli nacisk na relacje społeczne, hierarchię i szacunek w grupie, czy ogółem rzecz biorąc interes wspólnoty. W tym samym czasie osoby pochodzenia afro-karaibskiego, w szczególności mężczyźni, byli w dzieciństwie oddzieleni od swoich ojców na ponad 4 lata. Wykształcone przez to niepełne wzorce przywiązania mogą znacznie przekładać się w negatywny sposób na relacje terapeutyczne.
Nawet statystyki ilościowe dotyczące szacunku ryzyka wystąpienia schizofrenii dają do myślenia. W porównaniu z rdzennymi Brytyjczykami, w przypadku Brytyjczyków pochodzenia karaibskiego ryzyko to jest od 5 do 13 razy większe! Z kolei zachorowalność Azjatów mieszkających na co dzień na terenie Wielkiej Brytanii szacuje się na 5-8 razy wyższą.
“Fung, Bhugra i Jones konkludują, że siła korelacji między faktem przynależności do grupy imigrantów z Karaibów w Wielkiej Brytanii a zachorowalnością na schizofrenię jest niemalże taka, jak między paleniem a rakiem płuc.”
~ “Problemy psychiczne w grupach mniejszości etnicznych i narodowych.”, Justyna Kucharska
Dodatkowo, jeszcze bardziej zagłębiając się w społeczność migrantów, to dzieci ludzi przeprowadzających się do innego kraju są znacznie bardziej narażone na wystąpienie zaburzeń psychicznych.
Na samym początku wspominałam o różnych rodzajach schizofrenii. Samo występowanie schizofrenii jako choroby, biorąc pod uwagę ogólną epidemiologię, szacuje się na zaledwie 1% - jest to niski znacznik. W tym najczęściej objawiającą się postacią jest schizofrenia paranoidalna, także opisana wyżej. Ciekawostką nawiązującą do kultury jest jednak to, że ta odmiana odnotowywana jest najczęściej u mieszkańców Europy czy Ameryki Północnej. Nawiązując do państw azjatyckich - tam możemy się spodziewać większej ilości pacjentów ze schizofrenią katatoniczną…
“[...] dominują nasilone zaburzenia psychomotoryczne, oscylujące pomiędzy takimi skrajnościami jak pobudzenie i osłupienie lub automatyczna uległość i negatywizm. Nienaturalne postawy i pozycje ciała mogą utrzymywać się przez długi czas.”
~ Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób ICD-10
czy hebefreniczną.
“[...] zmiany afektywne są bardzo nasilone, urojenia i omamy – zwiewne i urywkowe, zachowania – nieodpowiedzialne i nieprzewidywalne, a manieryzmy – powszechne. Nastrój jest płytki i niedostosowany, myślenie jest zdezorganizowane, a mowa – rozkojarzona. Występuje tendencja do izolacji społecznej.”
~ Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób ICD-10
Mimo lepszych wyników w leczeniu schizofrenii, sam jej przebieg jako choroby w krajach wysoko rozwiniętych jest na ogół ostrzejszy i bardziej depresyjny w porównaniu z innymi państwami.
Warto też zwrócić uwagę na fascynujący fakt jakim jest to, że w poszczególnych częściach świata urojenia - czyli w skrócie zazwyczaj dziwaczne treści myślenia w trakcie stanu psychotycznego - różnią się od siebie. Na przykład:
Istnieją też raporty mówiące o tym, że omamy słuchowe znacznie różnią się treścią w zależności od miejsca w którym osoby ze schizofrenią przebywają.
“At home my hallucinations can sometimes be violent, graphic and very disturbing. In contrast during my recent stay with a Bedouin camp in the Sinai desert in Egypt I found my symptoms eventually started to become much more calm, bordering on euphoric. I put this down to what you could almost call a form of sensory deprivation when compared to life at home.”
~ anonimowe wyznanie osoby chorującej na schizofrenię
Tanya Luhrmann, profesor antropologii, badała wpływ kultury na doświadczenia osób cierpiących na halucynacje słuchowe, szczególnie w Indiach, Ghanie i Stanach Zjednoczonych. 60 dorosłych osób chorujących na schizofrenię z powyższych państw zostało zapytanych m.in. o to:
Wnioski z badania były następujące:
Akulturacja jest definiowana jako przemiana wzorców kulturowych w przypadku zetknięcia się ze sobą przez długi czas dwóch grup. Zjawisko to może dotyczyć również procesów psychicznych. Występuje bowiem konieczność wchodzenia w relacje społeczne w inny niż dotychczasowy, “ustanowiony kulturowo” sposób. Generować to może stres, a jest on jednym z głównych czynników zwiększających ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych.
Powracając do społeczności karaibskiej - wśród imigrantów z Karaibów istnieje kulturowe przyzwolenie na zażywanie narkotyków, co w przypadku oczywiście wszystkich zaburzeń psychicznych może mieć bardzo złe skutki, lecz w szczególności profesjonaliści przestrzegają przed nimi w zaburzeniach psychotycznych. Owe przyzwolenie zapewnia jednak łatwiejszy dostęp do środków psychoaktywnych, co zwiększa ryzyko do nadużyć, które z kolei zwiększa ryzyko wystąpienia patologii w obszarze zdrowia psychicznego
W tym przypadku akulturacja może być pomocna. Co prawda w dalszym ciągu generuje prawdopodobny szok i wyzwanie dla kulturowej tożsamości, natomiast z punktu widzenia zdrowia psychicznego daje ona możliwość na rozwijanie zdolności komunikowania się, a także zmienienia dotychczasowych, nawet szkodliwych nawyków w obszarze zupełnie nowego kręgu kulturowego. Potwierdza się kolejny raz to, że w kulturach odznaczających się kolektywizmem przyjęte wzorce stanowią czynnik ochronny.
Na sam koniec jako ciekawostkę zostawię temat zespołów uwarunkowanych kulturowo. Zanim przejdziemy do definicji, poniżej zamieszczam przykłady takowych.

Powyższe choroby charakteryzuje to, że nie spełniają wymogów diagnostycznych zaburzeń psychicznych występujących w klasyfikacjach przyjętych na świecie. Taką klasyfikacją jest właśnie np. ICD-10 z którego na dzień dzisiejszy korzystamy m.in. w Polsce oraz tutaj, w tym artykule : )
Mimo tego, że powyższe dolegliwości nie klasyfikują się w bezpośredni sposób jako “zaburzenie psychiczne”, to występują w określonych obszarach kulturowych w znacznej większości.
Zachęcam do pogłębienia wiedzy w tym temacie, ponieważ jest to dość intrygujący temat!
Autorka artykułu: Julia Skrzypiec, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Bibliografia:
, co ewiden
W 2024 roku użytkownicy Facebooka byli świadkami licznych apeli o pomoc w odnalezieniu Zbigniewa Kozubińskiego. Bliscy mężczyzny udostępnili ostatnie zdjęcia, jakie im przesłał. Widok ten zapadł w pamięć wielu osobom: na twarzy Zbigniewa widoczne były obrażenia, co ewidentnie wskazywało, że w jego życiu wydarzyło się coś niepokojącego.
Zbigniew Kozubiński zaginął 24 kwietnia 2024 roku na terenie Niemiec, w niewielkiej gminie Fredersdorf-Vogelsdorf, liczącej niespełna 13 tysięcy mieszkańców. Od Polski dzieliło go zaledwie około 80 kilometrów. Zbyszek wyjechał do pracy w marcu 2024 roku. Nie był to jego pierwszy wyjazd do Niemiec, jednak po raz pierwszy przebywał w Krefeld. Mężczyzna podjął pracę w gospodarstwie na obrzeżach miasta, gdzie miał zajmować się bydłem. Praca miała być legalna, jednak – jak wynika z relacji bliskich – Zbigniew nie otrzymał umowy.
Początkowo narzekał jedynie na samotność. „Nie znał tam nikogo” – wspomina pani Katarzyna, mama zaginionego. Z czasem jednak jego samopoczucie wyraźnie się pogarszało. Bliscy zauważyli zmianę, ale Zbyszek tłumaczył ją samotnością i trudami pracy. Jak mówi jego mama, po pracy zdarzało mu się jeździć do miasta coś zjeść lub zrobić zakupy. Nigdy nie wspominał, że kogoś tam poznał czy nawiązał bliższe relacje.
Po niespełna miesiącu Zbyszek poinformował rodzinę, że wraca do Polski. Nie tłumaczył dokładnie swojej decyzji. Bliscy wiedzieli jedynie, że nie odpowiadało mu miejsce i że czuł się tam źle psychicznie. O ile na pracę nie narzekał, o tyle wizyty w mieście sprawiały, że czuł się nieswojo.
Ostatnie chwile przed zaginięciem
23 kwietnia Zbyszek rozpoczął podróż w kierunku Polski. Po dotarciu do Vogelsdorf pasażerowie busa, którym podróżował, mieli się przegrupować na parkingu przy sklepie Hornbach. Z informacji przekazanych przez przewoźnika wynika, że 29-latek miał tam czekać na kolejnego busa przez około 30–40 minut.
Kierowca oraz inni pasażerowie zeznali, że Zbigniew podczas podróży spożywał alkohol, jednak do czasu postoju jego zachowanie nie budziło niepokoju. Dopiero podczas oczekiwania na kolejny transport Zbyszek zaczął oddalać się od grupy. Jedna z kobiet próbowała go zatrzymać; miał wtedy powiedzieć, że ma zarezerwowany hotel i właśnie tam się udaje. Zabrał ze sobą dwie torby podróżne, jednak w busie na siedzeniu zostawił plecak zawierający jedynie dokumenty, parę drobnych monet, bluzę i czapkę. Portfela przy sobie nie miał.
Zbigniew wyglądał, jakby wdał się w bójkę lub został pobity – jego twarz była opuchnięta i posiniaczona, miał podbite oko. Na pytania bliskich o powody takiego stanu udzielił trzech różnych odpowiedzi: upadek z łóżka, upadek z roweru, a także pobicie. Choć sytuacja wyglądała niepokojąco, rodzina liczyła, że wszystko wyjaśni się po jego powrocie. Mężczyzna nie skarżył się na żadne dolegliwości fizyczne związane z tymi wydarzeniami.
Okolica, w której znajdował się Zbigniew, nie była odosobniona – w pobliżu znajdowały się supermarkety, fast foody, sklep meblowy i inne punkty usługowe. Wiadomo, że Zbyszek udał się do oddalonego o ok. 500 metrów Kauflandu. Tam rozmawiał z jedną z pracownic. Jego stan wzbudził w niej niepokój, dlatego wezwała karetkę, jednak Zbigniew odmówił przewiezienia do szpitala.
Mężczyzna pytał o hotel, ale w okolicy nie było miejsca, gdzie mógłby spędzić noc. Ekspedientka zaoferowała mu pomoc, proponując nocleg. Zbyszek przystał na propozycję. Kiedy poczuł się słabo, kobieta pomogła mu wyjść przed sklep. Ostatni raz widziała, jak oddala się w stronę lasu za marketem. Miała nadzieję, że wróci, gdy będzie kończyć zmianę – tak się jednak nie stało. Współpracownicy kobiety twierdzili, że widzieli Zbyszka jeszcze następnego dnia rano, jednak ona sama nie może tego potwierdzić.
Brak działań służb i poszukiwania rodziny
Rodzice Zbyszka przyjechali do Vogelsdorf 7 maja. Na własną rękę przeszukiwali lasek, z którego to miejsca ich syn kontaktował się po raz ostatni – informował wówczas, że jego telefon się rozładowuje, a samopoczucie „pozostawia wiele do życzenia”. Niestety nie udało im się trafić na żaden ślad. Nie znaleziono rzeczy osobistych ani oznak przebywania w tamtym miejscu.
Odwiedzili także Kaufland i porozmawiali z pracownicą, która próbowała pomóc Zbyszkowi. Twierdziła, że współpracownicy widzieli Zbyszka z początkiem maja, ale sama go nie spotkała. Rodzina dowiedziała się również, że policja nigdy nie zjawiła się w sklepie, by zabezpieczyć monitoring czy przesłuchać pracowników. Brak było też większych poszukiwań w lesie, którego powierzchnia wynosi ok. 1,5 km².
Rzeczy zostawione przez Zbyszka w busie zostały zwrócone rodzinie. Rodzice rozmawiali z kierowcą i nie mają do niego pretensji – sytuacja została wyjaśniona. Zbigniew nie został wyrzucony z busa, jak sugerowały niektóre media. Miał po prostu czekać na przesiadkę.
Nadzieja w Monachium
Państwo Kozubińscy kilkukrotnie wracali do Niemiec, by rozwieszać plakaty i szukać informacji w miejscach, gdzie sugerowano, że Zbigniew może przebywać. Najwięcej sygnałów pochodziło z Berlina. Niedługo po zgłoszeniu zaginięcia polska policja otrzymała e-mail od Polki mieszkającej w Niemczech. Twierdziła, że spotkała Zbigniewa w Berlinie i pomogła mu wsiąść do metra. Według niej mężczyzna był zdezorientowany, miał ograniczony kontakt z rzeczywistością i nie do końca wiedział, dokąd zmierza. Kobieta zauważyła na jego ręce opaskę szpitalną – najprawdopodobniej ze szpitala Charité lub Charlottenburg. Niemieckie służby wykluczyły jednak, by był to Zbigniew Kozubiński.
Najnowsze doniesienia pochodzą z Monachium. Z rodziną zaginionego skontaktował się Polak, który twierdził, że widział Zbigniewa w szpitalu – w towarzystwie kobiety i dwójki dzieci. Mężczyzna nie zareagował od razu, dopiero po czasie uświadomił sobie, że rozpoznaje tę twarz. Dodał, że człowiek ten mówił po polsku i był łudząco podobny do zaginionego.
Rodzina wciąż ma nadzieję na szczęśliwy finał, choć nie brakuje także przykrych doświadczeń. Bliscy otrzymują również nieprzyjemne wiadomości, w tym wulgarne komentarze, które nie pomagają w poszukiwaniach, a jedynie pogłębiają cierpienie. Pani Katarzyna, mama Zbyszka, codziennie zmaga się z ogromnymi emocjami. Chce jedynie wiedzieć, że jej syn jest bezpieczny i żyje. Rodzina nie traci nadziei

32-letni Daniel Gil całe życie mieszkał w Prudniku – mieście położonym w województwie opolskim, liczącym niespełna 19 tysięcy mieszkańców. Daniel miał sześcioro rodzeństwa, a rodzina żyła w bliskich relacjach – zawsze mogli na sobie polegać. Mężczyzna był przez bliskich wspominany jako niezwykle pomocny, spokojny i przyjazny. Z ojcem, panem Konstantym, łączyła go wyjątkowa więź – nie było tematów tabu, rozmawiali niemal o wszystkim. Przez pewien czas pracowali nawet w tych samych firmach.
Daniel był grzecznym dzieckiem, nie sprawiał problemów wychowawczych. Choć nie zdobył konkretnego wykształcenia, jego celem było jak najszybsze podjęcie pracy, by wspomóc rodzinny budżet. Przed trzydziestką został ojcem. Z czasem jednak sytuacja zaczęła się komplikować. W pewnym momencie to Daniel, z pomocą ojca, zajmował się dziećmi, gdyż jego relacje z partnerką znacznie się pogorszyły.
Rok 2020 był trudnym okresem dla wszystkich – nie inaczej było w przypadku Daniela. Mimo że nie miał problemów zdrowotnych, to finansowo radził sobie kiepsko. Na początku roku stracił pracę i mimo poszukiwań – zarówno na własną rękę, jak i za pośrednictwem urzędu pracy – nie mógł znaleźć zatrudnienia. Wiosną zaczął wspominać bliskim o planach wyjazdu za granicę. Kolega mieszkający w Holandii kilkukrotnie oferował mu pomoc w znalezieniu pracy i zakwaterowania. Praca miała polegać na zbiorze pomidorów. Daniel znał Adriana od dawna – kiedyś kolega ten pomieszkiwał nawet u niego.
Z informacji przekazanych ojcu przez Daniela wiadomo, że Adrian pożyczył mu pieniądze na bilet. Zaoferował także dach nad głową na 3–4 miesiące. Po tym czasie Daniel miał wrócić do Prudnika. Pan Konstanty twierdzi, że syn miał konkretne plany po powrocie do Polski. Chciał wyremontować mieszkanie i zamieszkać w nim z dziećmi. Chciał też pomóc ojcu, który od dawna wspierał go na wielu płaszczyznach.
Decyzja o wyjeździe nie spotkała się z entuzjazmem bliskich – sytuacja nie była kryzysowa, rodzina poradziłaby sobie bez jego wyjazdu. Wówczas wszyscy sądzili, że kryzys jest przejściowy. Daniel jednak był zdeterminowany – chciał zapewnić dzieciom godne życie i wesprzeć tych, na których sam zawsze mógł liczyć. Na czas jego nieobecności dziećmi mieli zająć się pan Konstanty i jego żona. Siostry Daniela również miały pomagać w opiece.
Daniel opuścił Polskę 17 czerwca 2020 roku. Po dotarciu do Mierlo, gdzie mieszkał Adrian, zadzwonił do ojca. Opowiadał, że zorganizowali sobie spotkanie. Mówił, że wszystko jest w porządku, że następnego dnia wybiera się do agencji pracy w Helmond – mieście oddalonym od Mierlo o 6–7 km.
Kolejny kontakt z bliskimi miał miejsce 18 czerwca, dzień po przyjeździe. Daniel zadzwonił do ojca, prosząc, by ten skontaktował się z policją. Pan Konstanty twierdzi, że syn był przerażony i spanikowany. Mówił, że ktoś go goni, że musi się ukryć i potrzebuje pomocy. Z obawy, że dzwoniący telefon może zdradzić położenie Daniela, pan Konstanty zadzwonił ponownie dopiero po kilkunastu minutach. Daniel odebrał, ale prosił, by tata więcej nie dzwonił – „bo mogą mnie namierzyć” – mówił. Kim byli ci „oni”?
Ojciec poradził przerażonemu synowi, by wszedł do jakiegoś sklepu lub innego miejsca, gdzie są ludzie. Niestety, od tego momentu kontakt z Danielem urwał się. Bliscy próbowali się z nim skontaktować, ale bez skutku. Próbowali również nawiązać kontakt z Adrianem, u którego Daniel przebywał – ten jednak starał się ich unikać. Gdy macosze Daniela udało się porozmawiać z Adrianem, ten tłumaczył, że nie wie, co się stało. Twierdził, że nie ma z Danielem kontaktu.
Na pytanie, dlaczego Daniel poszedł sam do agencji pracy, odpowiedział, że to niedaleko. Bus podjeżdża niemal pod biuro, gdzie pracują Polacy. Sam nie mógł mu towarzyszyć, ponieważ musiał iść do pracy. Był to jeden z nielicznych kontaktów z Adrianem – mężczyzna nigdy nie zaangażował się w poszukiwania.
Rodzina Daniela była zrozpaczona. Policja w Prudniku miała ograniczone możliwości. Dodatkowo kontakt z holenderską policją był utrudniony i odbywał się przez osoby trzecie. Tu z pomocą przyszedł znajomy pana Konstantego – to on zgłosił zaginięcie do holenderskich służb. Rozwieszono plakaty w Mierlo i Helmond. Pracownicy agencji pracy potwierdzili, że Daniel pojawił się w biurze, wypełnił dokumenty i został zarejestrowany. Jednak jakiś czas później – pan Konstanty nie wie dokładnie, czy chodzi o kilkanaście minut, godzinę czy więcej – Daniel wrócił do agencji i zażądał usunięcia go z bazy.
Co zatem wydarzyło się w tym krótkim czasie, i dlaczego Daniel nagle zmienił zdanie?
W Polsce bliscy nagłaśniali zaginięcie – wierząc w siłę mediów społecznościowych, publikowali zdjęcia Daniela i wszelkie informacje mogące pomóc. Pan Konstanty zgłosił zaginięcie do fundacji i stowarzyszeń zajmujących się takimi przypadkami. Pod jednym z postów ktoś zamieścił krótkie nagranie. Widać na nim trzech mężczyzn: dwóch postawnych i jednego drobniejszego, obok leżała walizka. Ten drobniejszy, według partnerki pana Konstantego, przypominał Daniela i był „eskortowany” do samochodu. Zdarzenie miało miejsce na przystanku autobusowym. Kobieta twierdzi, że jego zachowanie wskazywało na strach i stres. Niestety, nie zdążyła pobrać nagrania ani ustalić, kto je opublikował – później filmik zniknął z internetu. Żona pana Konstantego wspomina, że osoby z nagrania mogły być Romami lub Bułgarami – miały śniadą karnację.
Kilka miesięcy po zaginięciu pojawiła się nadzieja. Z macochą Daniela skontaktowała się kobieta, która twierdziła, że może mieć informacje. Jej partner miał wspominać o Danielu – obaj mieli przebywać w tzw. „barakach śmierci” pod Rotterdamem. Jemu udało się uciec, Daniel miał tam zostać. Policji udało się odnaleźć wspomnianego mężczyznę. Ten jednak twierdził, że spotkał Daniela jedynie na przystanku i wymienili kilka uprzejmości. Bliscy w to nie wierzą. Są przekonani, że mężczyzna coś ukrywa. Nie wierzą też, że kobieta, która się z nimi skontaktowała, miała powody do kłamstwa.
Rodzina otrzymywała wiele niesprawdzonych informacji – część sugerowała, że Daniel żyje w Holandii i po prostu zerwał kontakt. Bliscy są pewni, że nigdy nie zrobiłby tego dobrowolnie. Mężczyzna był silnie związany z ojcem i z pewnością powiedziałby mu o takim zamiarze. Zaginięcie Daniela było dwukrotnie poruszane w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…”. Co jakiś czas pojawiają się posty przypominające o jego losie. Niestety, brak jest konkretnych tropów.
Ostatnie doniesienia od pana Konstantego dają jednak nadzieję. Skontaktował się z nim znajomy, który twierdził, że widział Daniela w Holandii w towarzystwie kobiety i dziecka. Przekazał też adres domu, przy którym mężczyzna był widziany. Poproszono pewną Polkę, by sprawdziła to miejsce – powiedziała, że nie spotkała tam Daniela, a okna w domu były pozasłaniane. Z obawy nie zapukała do drzwi.
Z niepotwierdzonych informacji wynika, że osoba, z którą mógł przebywać Daniel, mogła mieć związek z handlem ludźmi. Mowa tutaj o przymusowych obozach pracy.
Od wielu lat notuje się liczne przypadki zaginięć Polaków w Holandii. Obywatele Polski chętnie emigrują tam w poszukiwaniu lepszego życia, ale nie wszystkim się to udaje. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło „zaginieni w Holandii”. Wtedy możemy zobaczyć długą listę osób, które przepadły bez śladu na terytorium tego kraju.
Artykuł opracowany na podstawie informacji od rodziny Daniela Gila
Autorka: Marcelina Biała, wolontariuszka Fundacji Zaginieni