Mikuszewo to mała wieś leżąca w województwie wielkopolskim, w gminie Miłosław, licząca zaledwie około 300 mieszkańców. To właśnie tu mieści się dom rodzinny Zyty Michalskiej, do którego dziewczyna przyjechała na święta wielkanocne w 1994 roku. Nic nie zapowiadało wtedy tragedii, do której miało dojść w Niedzielę Wielkanocną.
Zyta Michalska po skończeniu liceum ogólnokształcącego postanowiła wstrzymać się z pójściem na studia, ponieważ nie do końca jeszcze wiedziała, który kierunek będzie dla niej najbardziej satysfakcjonujący. W przerwie od nauki zdecydowała się zamieszkać u swojej ciotki na poznańskim Łazarzu i jednocześnie zapisać się na kurs języka angielskiego. W Poznaniu studiował również jej chłopak, Maciej, dzięki czemu młodzi mogli o wiele częściej się widywać.
Na kilka dni przed świętami wielkanocnymi, dwudziestoletnia już wtedy Zyta przyjeżdża do Mikuszewa. Niedzielę Wielkanocną, która wypadała wówczas 3 kwietnia, rodzina Michalskich spędza więc w komplecie, a po mszy świętej i obiedzie każdy z domowników udaje się w swoją stronę. Siostra Zyty – Justyna – wraz z mamą udają się na drzemkę, zaś pan Waldemar – ojciec dziewczyn – idzie podlać sadzonki.
Zyta natomiast udaje się do swojego pokoju, by rozwiązywać krzyżówki. Dwa dni wcześniej umówiła się również z Maciejem, że spotkają się w niedzielę o godzinie 17:00.
Punktualnie o umówionej godzinie Maciej zjawia się w domu Zyty. Drzwi otwiera mu Justyna i prowadzi chłopaka do pokoju siostry. Okazuje się jednak, że ani tu, ani w innych pomieszczeniach nie ma dwudziestolatki. Nie ma również butów dziewczyny, więc oboje są przekonani, że poszła na spacer. Znają doskonale trasę jej spacerów, która przebiega przez las, więc postanawiają wyjść jej naprzeciw. Niestety, nie spotykają Zyty na swojej drodze.
Na zewnątrz robi się coraz chłodniej i ciemniej, dlatego postanawiają wrócić do domu, z nadzieją, że dziewczyna już tam będzie. I tym razem spotyka ich zaskoczenie, ponieważ dwudziestolatki nadal nie ma. Zaalarmowani rodzice natychmiast udają się na poszukiwanie córki. Od jednego z sąsiadów uzyskują informację, że widział Zytę tego dnia i, że kierowała się wówczas w stronę lasu. Poszukiwania dziewczyny trwają do drugiej w nocy. Niestety, nie przynoszą żadnych rezultatów.
Następnego dnia, gdy losy dziewczyny nadal pozostają nieznane, pan Waldemar zgłasza zaginięcie córki na policję. Funkcjonariusze zjawiają się w Mikuszewie i zarządzają zorganizowane poszukiwania w terenie – dzięki obecności większości mieszkańców Mikuszewa, którzy odpowiedzieli na apel policji, stworzona zostaje tyraliera, a poszukiwania zostają skierowane na teren pobliskiego lasu.
Na ciało dwudziestolatki natyka się jej matka, pani Irena. Zwłoki dziewczyny zostały ukryte w sposób prowizoryczny, poprzez przykrycie ich ściółką leśną. Na głowie Zyty znajdują się obrażenia wskazujące na uderzanie ciężkim przedmiotem, na szyi widnieje zaś sina bruzda, świadcząca o tym, iż przed śmiercią dziewczyna mogła być duszona. Stan jej ubioru wskazuje, że napaści dokonano najprawdopodobniej na tyle seksualnym.
Sekcja zwłok oraz oględziny miejsca zdarzenia wykluczają jednak motyw seksualny zbrodni – nie zostają nigdzie odnalezione ślady nasienia. Udaje się za to ustalić, iż Zyta była ciągnięta twarzą po ziemi – w tym celu sprawca najprawdopodobniej chwycił ją za kaptur kurtki, co spowodowało obrażenia widoczne na szyi dziewczyny. Wyniki sekcji zwłok wykazują, że bezpośrednią przyczyną zgonu było uduszenie, które nastąpiło poprzez dostanie się ściółki leśnej do dróg oddechowych wskutek ciągnięcia twarzą po ziemi.
Śledztwo wszczęte w sprawie morderstwa Zyty Michalskiej już na początkowym etapie wyklucza z kręgu podejrzanych jej rodzinę oraz jej chłopaka, Macieja. Sprawa jest wyjątkowo trudna, ponieważ funkcjonariusze nie mają żadnego punktu zaczepienia – motyw zbrodni wciąż pozostaje nieznany. Pomimo podjętych na szeroką skalę działań operacyjnych, morderca pozostaje nieuchwytny. W związku z tym, po dziesięciu miesiącach śledztwa, które nie przyniosło żadnego rezultatu, prokurator podejmuje decyzję o umorzeniu sprawy.
Śledczy dysponują jednak naprawdę mocnym dowodem – pod paznokciami dziewczyny ujawniono bowiem krew mordercy. Niestety, w 1994 roku badania laboratoryjne w zakresie wyodrębniania DNA z materiału dowodowego są na niskim poziomie i istnieje ryzyko, iż dowód może zostać uszkodzony w trakcie wykonywania badań. Zostaje ostatecznie podjęta decyzja, by zachować materiał spod paznokci dziewczyny, i poczekać aż rozwój nauki pozwoli na bezpieczne przeprowadzenie badań, dzięki którym będzie można ustalić, kto jest sprawcą tego brutalnego pozbawienia życia młodej kobiety.
Jest rok 2018. Przy komendzie wojewódzkiej w Poznaniu powołany zostaje specjalny zespół zajmujący się sprawami niewyjaśnionymi – Archiwum X. Bardzo szybko zajmuje się on powrotem do sprawy Zyty Michalskiej. Jedną z pierwszych czynności podjętych przez śledczych jest zwrócenie się do biegłych z prośbą o ustalenie profilu psychologicznego sprawcy.
Sporządzona opinia wskazuje między innymi, iż z dużym prawdopodobieństwem należy przyjąć, że morderca mieszkał w okolicy i być może był nawet przesłuchiwany podczas pierwszego dochodzenia w tej sprawie. Ponadto niezwłocznie wysłany do badań zostaje materiał dowodowy spod paznokci ofiary, w celu wyodrębnienia DNA i ustalenia profilu genetycznego sprawcy morderstwa.
Uzyskany profil genetyczny zostaje wprowadzony do bazy DNA, nie przynosi to jednak przełomu w sprawie, ponieważ sprawca nie popełnił żadnego przestępstwa od 1994 roku i w związku z tym jego DNA nie figuruje w bazie. W żaden sposób nie zniechęca to śledczych z Archiwum X. Dzięki swojej determinacji i doświadczeniu typują 92 mężczyzn, którzy mogą teoretycznie stać za morderstwem Zyty Michalskiej. Jednocześnie policjanci z wielkopolski publikują na swoich stronach internetowych informację o poszukiwaniu osób, które mogą posiadać wiedzę na temat morderstwa z 3 kwietnia 1994 roku, i apelują, aby takie osoby się zgłaszały. Informację podchwycają media i na komendach rozdzwaniają się telefony. Jeden z tych telefonów kieruje podejrzenia na Waldemara B., który w czasie zabójstwa Zyty mieszkał w sąsiedniej wsi, i który był przesłuchiwany w tej sprawie we wrześniu 1994 roku.
Policjantom udaje się pozyskać niedopałki papierosów należące do podejrzanego i wysyłają je do badań porównawczych. Wykazują one zgodność. Do zatrzymania podejrzanego o morderstwo Zyty Michalskiej dochodzi 14 grudnia 2020 roku. Od Waldemara B. pobrany zostaje materiał biologiczny – ten jest ponownie wysłany do badań, które oficjalnie potwierdzają jego związek ze sprawą. Proces przeciwko Waldemarowi B. rusza w 2021 roku.
Z akt sądowych możemy się dowiedzieć, że tego feralnego dnia, po kłótni z rodziną, Waldemar B. udał się do lasu na rowerze. Na jednej z leśnych ścieżek doszło do spotkania ofiary z mordercą – Zyta Michalska weszła pod rower oskarżonego, a ten przewrócił się. Wywiązała się pomiędzy nimi kłótnia, podczas której dziewczyna uderzyła w twarz Waldemara B. Mężczyzna nie pozostał jej dłużny. W wyniku szamotaniny sprawca został następnie podrapany po twarzy.
W tym miejscu należy wspomnieć o jednej, zaskakującej kwestii – zadrapania na twarzy Waldemara B. zauważyła jego matka, która po tym, jak dowiedziała się, iż w okolicy zamordowano młodą kobietę, od razu domyśliła się całej prawdy. Nie została jednak przesłuchana w sprawie, sama zaś nie zdecydowała się złożyć obciążających jej syna zeznań.
Waldemar B. przed sądem zeznał ponadto, iż uderzył pięciokrotnie kamieniem w głowę leżącą na ziemi Zytę. Był przekonany, że dziewczyna nie żyje, dlatego też zaciągnął ją w głąb lasu i tam postanowił upozorować gwałt.
Po rozpoznaniu sprawy Sąd Okręgowy uznał winę oskarżonego i wymierzył mu karę 25 lat pozbawienia wolności – czyli maksymalny wymiar kary, który obowiązywał w Polsce w 1994 roku. Apelację od wyroku wniósł adwokat oskarżonego, jednakże w styczniu 2022 roku Sąd Apelacyjny podtrzymał orzeczenie Sądu I instancji.
Wyrok jest prawomocny.
Autor: Monika Danielska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Początkowo wydawało się, że był to tragiczny wypadek, w którym zginęła kobieta, pozostawiając na brzegu zrozpaczonego partnera. Jednak gdy śledczy zagłębili się w szczegóły sprawy, okazało się, że za pozornym nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności kryje się morderstwo z zimną krwią. Co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy i jak przebiegało dochodzenie, które doprowadziło do odkrycia przerażającej prawdy o śmierci 34-latki?
W nocy z 10 na 11 lipca 2021 roku w Roszkowie, pow. raciborskim, Andrzej J. wraz z Anetą H.-M. siedzieli w samochodzie nad zbiornikiem wodnym. Spożywali razem alkohol. Po godzinie 4 nad ranem rozległ się alarm – samochód osobowy stoczył się do zbiornika wodnego.
Andrzej J. poinformował, że samochód, w którym znajduje się jego partnerka, Aneta H.-M., znalazł się w wodzie. Tłumaczył, że oboje byli w samochodzie, gdy ten stoczył się do zbiornika wodnego. Mężczyzna twierdził, że obudził się, gdy auto znajdowało się już w wodzie. Wówczas on wydostał się z samochodu o własnych siłach, jednak nie zdołał już wyciągnąć z niego swojej partnerki.

Na miejscu pojawiła się zaalarmowana straż pożarna. Przybyły aż trzy zastępy Państwowej Straży Pożarnej dysponujące łodzią motorową, dwie najbliższe jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej oraz grupa ratownictwa wodno-nurkowego z Bytomia. Niestety, po wyłowieniu kobiety ratownikom nie udało się przywrócić czynności życiowych i stwierdzono zgon.
Wszystkim wydawało się, że był to tragiczny wypadek, a Aneta H.-M. nieszczęśliwie utonęła na oczach kochającego partnera. Nikt nie przypuszczał, że prawda jest jednak zupełnie inna.
13 lipca 2021 r. Prokuratura Rejonowa w Raciborzu wszczęła postępowanie przeciwko Andrzejowi J. o czyn z art. 155 Kodeksu Karnego, tj. nieumyślne spowodowanie śmierci Anety H.-M., za które grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat więzienia. Śledztwo zostało umorzone 31 grudnia 2021 r. Nie był to jednak koniec tej sprawy, bowiem Prokuratura Okręgowa w Gliwicach zdecydowała się na przeprowadzenie badań aktowych, które ukazały, że śledztwo zostało umorzone przedwcześnie.
22 lutego 2022 roku postanowiono wznowić śledztwo i wydano dyspozycję o przejęciu sprawy przez Prokuraturę Okręgową w Gliwicach.
Gdy policja rozpoczynała dochodzenie w sprawie brutalnego morderstwa, nikt nie spodziewał się, że przybierze ona tak dramatyczny obrót. Wstrząsające szczegóły zbrodni wychodziły na jaw jeden po drugim, a w międzyczasie morderca, osaczony przez własne czyny i wyrzuty sumienia, podjął desperacką próbę samobójstwa. Czy ten akt rozpaczy był próbą ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości, czy może ostatnim wołaniem o pomoc?
Andrzej J. 30 sierpnia 2021 roku poinformował swoich znajomych w mediach społecznościowych o swoich zamiarach, a ci zaalarmowali o tym odpowiednie służby. Andrzej J. wjechał samochodem do tego samego zbiornika wodnego w którym zginęła Aneta H.-M., jednak został uratowany. Okazało się, że był pod wpływem alkoholu. Przewieziono go do szpitala psychiatrycznego dla osób nerwowo i psychicznie chorych w Rybniku.
Sprawą zajęło się katowickie “Archiwum X”. Polskie Archiwum X to specjalna jednostka policyjna, zajmująca się rozwiązywaniem najtrudniejszych i najstarszych spraw kryminalnych w Polsce. Archiwum X skupia się na niewyjaśnionych zbrodniach, które często pozostawały nierozwikłane przez wiele lat. Funkcjonariusze tej jednostki, korzystając z nowoczesnych technik śledczych, analizy DNA, zaawansowanej kryminalistyki oraz współczesnych narzędzi informatycznych, podejmują próby rozwikłania spraw, które wydawały się beznadziejne.
Opinie biegłych w dziedzinie eksperymentów wodnych oraz ruchu drogowego, uzyskane w sprawie, podważyły wersję wydarzeń przedstawioną przez Andrzeja J. To rzuciło nowe światło na sprawę, która przestała być już postrzegana jako nieszczęśliwy wypadek, a stała się zabójstwem z zimną krwią.
Stwierdzono, że po śmierci ofiary Andrzej J. używał jej karty bankomatowej, za pomocą której wypłacał gotówkę i opłacał zakupy, w tym znicz, który zapalił na miejscu jej śmierci.
18 stycznia 2024 r. Sąd Rejonowy w Gliwicach na wniosek prokuratora zastosował wobec podejrzanego środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztu na okres 3 miesięcy.
Za zbrodnię przypisywaną podejrzanemu obecnie grozi mu kara pozbawienia wolności od 10 lat do dożywocia. Motyw działania Andrzeja J. na ten moment nie jest znany opinii publicznej. Możliwe jednak, że nowe informacje w tej sprawie przyniesie opinia sądowo-psychiatryczna oskarżonego.
Autor: Marta Piasecka, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: shutterstock.com
Na jednej z Zabrzańskich ulic, 22 października 2022 roku doszło do niecodziennej sytuacji. Funkcjonariusze policji zatrzymali 63-letniego mężczyznę.
Praca policjantów z Archiwum X z całą pewnością nie należy do najłatwiejszych. Lwia część spraw zaczyna się od akt, notatek służbowych, wielu stron dokumentów, które ktoś kiedyś napisał. Czytasz protokół przesłuchania i czekasz na to jedno pytanie, które chciałbyś zadać, a okazuje się, że nigdy nie padło.
Akta, które trafiają pod skrzydła Archiwum X, to nie są proste sprawy, z jakiegoś powodu nie zostały rozwiązane.
Bieszczadzka zmowa milczenia to sprawa niezwykle trudna, mataczenie, ukrywanie dowodów, zastraszanie świadków, morderstwa.
Dla oskarżonego cenniejsze niż ludzkie życie okazało się kilkanaście lat na wolności…
Tadeusz P. zastępca komendanta w Lesku, jego ojciec oraz ówczesny zastępca komendanta rejonowego urzędu spraw wewnętrznych jadą do Lesku. Panowie nim wsiedli do auta, spędzili wspólnie wolny czas, racząc się trunkami.
W okolicy zajazdu Pod Gruszą w Łączkach na drogę wybiegł im nietrzeźwy mężczyzna, wypadek okazał się śmiertelny dla pieszego. Osobą prowadzącą pojazd był Franciszek P. ojciec zastępcy komendanta i jedyny trzeźwy w samochodzie. Jak twierdził Franciszek P., nie miał pola manewru, pieszy pojawił się na jezdni nagle.
Świadków zdarzenia było kilkoro, kucharka z zajazdu, kolega denata, taksówkarz, który jechał z naprzeciwka oraz młody milicjant Krzysztof Pyka. Ten ostatni widząc, co się stało, miał niezwłocznie udać się do domu innego funkcjonariusza milicji, który mieszkał nieopodal, to właśnie od niego jechała wyżej wymieniona czwórka.
W domu Józefa B. telefon miał być popsuty. Obaj milicjanci tj. Krzysztof Pyka oraz Józef B., udają się na miejsce zdarzenia.
12 grudnia Krzysztof Pyka po służbie nie wrócił do domu, było to niepokojące dla jego żony. Młody milicjant nie należał do osób, które tak postępują. Sumienny, godny zaufania, cieszył się szacunkiem wśród ludzi mimo iż był obcy, przyjezdny.
Po ukończeniu szkoły podjął pracę w milicji, początkowo służył w Polańczyku. Funkcjonariusze pełniący tam służbę mieli również obowiązek patrolować jezioro Solińskie, Krzysztof nie najlepiej czuł się w okolicach wody, bał się żywiołu. Nie do końca jest jasne czy to z tego powodu został przeniesiony do Leska, gdzie pełnił służbę w wydziale kryminalnym.
Kiedy mężczyzna zaginął, koledzy po fachu starali się podążać wielotorowo, ucieczka od żony i problemów, wyjazd z kochanką, wyjazd za granice, samobójstwo. Wszystkim tym teoriom zaprzeczali bliscy zaginionego. Ruszyły poszukiwania terenowe, ale nim te się na dobre rozpoczęły, do funkcjonariuszy i ochotników dotarła wieść, że poszukiwanego ktoś widział w Szczytnie. Poszukiwania zakończono.
Wszyscy, którzy znali funkcjonariusza Pyka zdawali sobie sprawę, że jest to podejrzana sprawa.
Nim Krzysztof zaginął, zdążył podzielić się z kilkoma osobami swoimi obawami. Wypadek, który się wydarzył 21 listopada 1985 roku, nie wyglądał tak, jak oficjalnie go przedstawiano.
Prawda mogła ujrzeć światło dzienne dużo wcześniej, wymagało to jednak odwagi, na którą najprawdopodobniej był gotów jedynie Krzysztof Pyka.
Dziś wszystko wydaje się klarowne, spójne, mimo że wyrok jeszcze nie zapadł.
Mężczyzna najprawdopodobniej stracił panowanie nad kierownicą i zjechał na przeciwległy pas, a następnie na pobocze. Na pasie zieleni znajdował się 37-letni Edward Krajnik, który po kilku głębszych i kłótni z kolegą biegnąc, oddalił się od zajazdu Pod Gruszą. 37-latek chwilę później znalazł się na masce samochodu prowadzonego przez Tadeusza P.
Naocznym świadkiem zdarzenia była kucharka, gdy zobaczyła, co się dzieje, wydała z siebie głośny okrzyk, który zwrócił uwagę kolegi Edwarda. Mężczyzna odwrócił się w stronę szosy i zobaczył, że bezwładne ciało kompana upada na jezdnię. Z naprzeciwka nadjechała taksówka, kierowca się zatrzymał na widok zaistniałej sytuacji, kilka sekund później zatrzymał się również autobus, którym jechał Krzysztof Pyka.
Młody milicjant chciał pomóc, w zamian za dobre chęci, od mężczyzny w okularach usłyszał, że ma wsiąść z powrotem do autokaru i „wypier..”. Kierowca taksówki usłyszał rozmowę między Tadeuszem P., a Lucjanem P., (ten drugi był zastępcą komendanta rejonowego urzędu spraw wewnętrznych i nosił okulary) „nie bój się, nic z tego nie będzie”. Możemy jedynie wnioskować, jaki był dalszy przebieg zdarzeń, nieco rozjaśniają sytuację zeznania byłej żony Tadeusza P. Kobieta twierdzi, że mąż przyjechał po ojca i zabrał go na miejsce zdarzenia. Dalsze kroki Tadeusza P., zmierzały do wyciszenia sprawy.
Krzysztof Pyka został uwzględniony w protokole z miejsca zdarzenia, mimo iż kazano mu wsiąść do autobusu i odjechać. W dokumencie napisano, że udał się do domu Józefa B., by wykonać telefon. Józef podpisał się pod tym dokumentem, natomiast Krzysztof miał wątpliwości.
Pani Maria tak wspomina, to co powiedział jej funkcjonariusz Pyka:
– Krzysiek chciał pomóc, ale podszedł do niego Lucjan P., wziął pod ramię i powiedział: ty stąd wypier… Ciebie tutaj nie było i nic nie widziałeś.
Wiedział, że nic nie wskóra. Wsiadł do autobusu i odjechał.
Pani Maria nie jest jedyną osobą, której Krzysztof coś wspomniał o feralnym wieczorze. Ewidentnie go to gryzło, nie wiedział, co ma z tym zrobić, jak się zachować.
W dniu, w którym zaginął, dyżurnemu na komisariacie zostawił pieniądze i znaczki (Krzysztof Pyka był skarbnikiem).
– Panie Staszku, oddaję w pana ręce – powiedział.
– Krzysiu, ale co się stało? – odpowiedział zdziwiony C.
Pan Staszek nie doczekał się odpowiedzi.
Feralnego wieczoru towarzyszył mu Zbigniew L., poszli do domu wczasowego Jawor, tam jednak było wielu funkcjonariuszy, a Krzysztof niekoniecznie miał ochotę na ich towarzystwo. Panowie kupili to na co mieli ochotę, po czym zeszli do kotłowni. Niedługo później w owym miejscu zjawił się Wiesław M., milicjant. Zaproponował, że odprowadzi Krzysztofa do domu, przeciwny temu był jego kolega, z którym to przyszedł się napić. Wiesław opuścił kotłownie, ale chwilę później wrócił. Krzysztof Pyka opuścił kotłownię z Wiesławem.
Palacza, który przez cały czas był obecny w pomieszczeniu, tak wspomina tę sytuację:
– Wiesiek i Krzysiek z kotłowni wyszli razem ok. 20.30. Zbigniew L. wyszedł później. Nie wiem, w którą stronę poszli. Otworzyłem drzwi, podaliśmy sobie ręce i powiedzieliśmy sobie cześć. Krzysiek chciał iść do domu. Kurtkę mu podali. On wychodząc zawołał jeszcze do mnie: Mieciu, jeszcze dwa egzaminy i będę mieć z głowy.
Zbigniew L., złożył wyjaśnienia w prokuraturze, na tę chwilę nie jest wiadome co powiedział. Wiesław M., natomiast początkowo twierdził, że odprowadził Krzysztofa pod dom, później te zeznania się zmieniały, czegoś tam nie pamiętał, był pijany itp. Wiesław poddał się nawet hipnozie… (prawdziwej wersji zdarzeń nie znamy).
Jeden z ówczesnych funkcjonariuszy wspomina rozmowę z Wiesławem:
– Tuż po zaginięciu Pyki, Wiesiek dopytywał mnie, dlaczego Jezioro Solińskie nie zamarza. Byłem zaskoczony tym pytaniem. Zaczęliśmy też rozmawiać o zaginięciu Krzyśka. Wyrwało mu się, że tamtego wieczoru „musiał się go nadźwigać".
Wiesław M., pełnił dyżur w noc wypadku pod zajazdem, to również on miał powiadomić grupę poszukiwawczą, że Krzysztof był widziany w Szczytnie.
3 lutego 1986 roku w jeziorze Solińskim zauważono zwłoki, jeden z kolegów Krzysztofa wyciągał je z wody, do dziś pamięta twarz kolegi, w co był ubrany, ranę na czole denata, zaciśnięte dłonie a w nich trawę.
Sprawę śmierci Krzysztofa umorzono. Prowadził ją ten sam prokurator co sprawę wypadku pod zajazdem.
Cóż za przypadek…
Tata Krzysztofa Pyki nie dał się zwieść, na klepsydrze syna poprosił o napisanie "Zamordowany przez kolegów w Bieszczadach", taki też druk widniał na nekrologu.
Mimo chęci, nadziei i wiary, rodzinie Krzysztofa nie udało się dojść do prawdy.
Kilkanaście lat później ambitny młody dziennikarz sięga po skrzynkę Pandory. Robactwo, jakie wyjdzie i ujrzy światło dzienne, nigdy nie powinno mieć miejsca.
Mali ludzie, bez zasad, kręgosłupa moralnego w imię czego popełniali te czyny?
Większość w ówczesnym czasie może czerpała z tego jakieś profity, po latach zapomniani stróże na parkingach, sprzedawcy odzieży używanej…
Żadna praca nie hańbi, ale postępowanie już tak. Królowie życia i śmierci… Ci, którzy pisali scenariusze, decydowali o tym, jak kończył się czyjś los, królewsko nie skończyli.
Ostatnim miejscem pracy Pomykały była Gazeta Bieszczadzka. Dziennikarz pochodził z Sanoka oddalonego od Leska o ponad 120 km. Tata Marka Pomykały podejrzewa, że o sprawie sierżanta Krzysztofa Pyki i wypadku pod zajazdem ktoś Markowi musiał opowiedzieć. Wspomina również, że o matactwach w tych sprawach było dość głośno. Mężczyzna twierdzi, że gdyby wiedział, na jaki temat syn pisze artykuł, poradziłby odpuścić temat.
30 kwietnia 1997 roku żona Pomykały wszczęła alarm, Marek nie wrócił na noc do domu. Dla rodziców mężczyzny zachowanie synowej było zaskakujące, Pomykałowie wiedzieli, że synowi zdarzało się nie nocować w domu a i jego relacja z żoną nie była najlepsza. Rodzice dziennikarza jeszcze tego samego dnia decydują się na zgłoszenie zaginięcia. Marek jest dorosłym mężczyzną, zdrowym - jego zaginięcie nie jest traktowane priorytetowo.
Dwa dni później czyli 2 maja, na zaporze wodnej w Solinie policja odnajduje auto dziennikarza. Na miejsce przyjeżdża tata zaginionego, mały fiat jest zamknięty. Marek nie miał w zwyczaju zamykać drzwi na kluczyk, bak pojazdu jest pusty. Jednym z obecnych funkcjonariuszy na zaporze jest Wiesław M., o nim wspominałam już wcześniej…
Policja sprawdziła hotele i pensjonaty, nigdzie nie znaleziono śladu po dziennikarzu, nikt o takim nazwisku nie wynajął pokoju w tamtym czasie, w tamtej okolicy.
Zaczęły pojawiać się głosy, że Pomykała mógł popełnić samobójstwo. Mówiono o nieszczęśliwej miłości, nadużywaniu alkoholu, dwóch próbach samobójczych. Oczywiście sprawdzono jezioro, badali je nurkowie, pływano łodziami - nie udało się znaleźć śladu po Pomykale.
Ci próbowali wszystkiego łącznie z jasnowidzami, na krótką chwilę udaje się wznowić śledztwo, ale to po miesiącu ponownie zostaje umorzone.
Jak wspomina w swoim artykule dla INTERIA Wydarzenia, Dawid Serafin, w dokumentach ze śledztwa pojawia się informacja, że w wieczór kiedy zaginął Pomykała z jego domowego telefonu nikt nie wykonywał i nie odbierał połączeń. Jest to niezgodne z prawdą, tata Marka pobrał wykaz połączeń.
29.04.1997 r.
21:53 Ktoś z domu Pomykały łączy się z dyżurnym policji, rozmowa trwa ponad minutę.
21:59 Połączenie wychodzące z domu Pomykały, odbiorcą połączenia jest siostra byłego komendanta wojewódzkiego w Krośnie. Rozmowa trwa 115 sekund.
Chwilę później ponowne połączenie wychodzące z domu dziennikarza, tym razem do wyżej wspomnianego byłego komendanta. Połączenie trwa niespełna minutę.
22:05 Kolejne wychodzące połączenie do wojewódzkiego komendanta policji w Krośnie. Czas połączenia 222 sekundy.
22:18 połączenie przychodzące z baru Beerland, Pomykała rozmawia przez 112 sekund.
Ponowne przychodzące połączenie z baru trwało 33 sekundy i miało miejsce o 22:33
Kobieta, która opowiada śledczym o zbrodni jest koleżanką byłej partnerki Tadeusza P. Kobieta twierdzi, że o zbrodni opowiedziała jej właśnie Wioletta Z.
W 2012 roku przesłuchano Wiolettę Z. Była partnerka Tadeusza P., zeznała, że mężczyzna opowiedział jej o tym co zdarzyło się pod zajazdem oraz o morderstwie Krzysztofa Pyki, niebyło to jednak wszystko co miała do przekazania. Wioletta Z., twierdzi również, że Pomykała chciał porozmawiać z P., o wypadku, w związku z pisanym przez niego artykułem. Tadeusz P., powiedział kobiecie, że zaprosił dziennikarza do swojego domku w Wołkowie gdzie go udusił.
Kobieta w komputerze męża znalazła zapiski, które miały się znaleźć ponoć w książce byłego komendanta. Był tam fragment opisujący wypadek, w którym zginął Edward Krajnik. Kobiecie przypomniały się również słowa męża, którymi skwitował jej zapytanie o to jak może żyć ze świadomością, że zabił dwie osoby “mylisz się, nie dwóch, a trzech, bo trzeciego zakopałem”.
Do wydawnictwa Ruthenus w 2016 roku dociera mail, to jego fragment:
"Jestem emerytowanym oficerem policji. Pracowałem w Bieszczadach. Historia tych spraw jest do dziś żywa i bulwersująca w tym regionie. Nastąpiło przedawnienie, więc może ujrzeć światło dzienne (…). Właśnie z uwagi na przedawnienie dzisiaj bez obaw o pociągnięcie do odpowiedzialności można opowiedzieć i zrzucić z siebie jarzmo tych czynów i 30 lat jarzma życia w oczekiwaniu na karę lub przedawnienie. Mogę bez obaw podać nazwiska wszystkich osób związanych i żyjących do dziś".
Autorem wiadomości jest Tadeusz P.
Wyżej wspomniane wydawnictwo nie podjęło się napisania książki, ale Tadeusz P., koniecznie chciał wydać swoją historię. Mężczyzna zgłosił się do lokalnego dziennikarza z propozycją współpracy. Książka co prawda nie powstała, ale Tadeusz P., opowiedział dziennikarzowi jeszcze jedną historię o zbrodni.
Kolega Edwarda Krajana był świadkiem wypadku, aby go uciszyć następnego dnia aresztowano Czesława pod zarzutem kradzieży. P., miał powiedzieć dziennikarzowi, że z pijanym Czesławem wsiadł do łódki i wypłynął na jezioro, gdzie wyrzucił mężczyznę za burtę. Na obecną chwilę nie ma śladów po Czesławie, nie wiadomo czy żyje i gdzie przebywa.
W 2020 roku sprawą zajęła się krakowska prokuratura oraz krakowskie Archiwum X. Dwa lata później aresztowano Tadeusza P. Byłemu funkcjonariuszowi wymiaru sprawiedliwości postawiono cztery zarzuty m.in.,. zabójstwa Krzysztofa Pyki, Marka Pomykały oraz usiłowania zabójstwa byłej żony.
Akt oskarżenia zostanie przedstawiony najprawdopodobniej w najbliższym czasie.
Źródła:
Autor: Marcelina Biała, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: unsplash.com