KRS: 0000870180

Stanisława urodziła się 17 listopada 1901 roku w Warszawie, była córką Walerii oraz Antoniego. Umińscy byli rodziną wielodzietną, mieli sześć córek i trzech synów.

Młody talent i kontrowersje

Stanisława od najmłodszych lat przejawiała talent aktorski, a w wieku nastoletnim, jeszcze przed uzyskaniem pełnoletności, zaczęła uczęszczać na kurs wokalno-dramatyczny Heleny Józefy Hryniewieckiej.

Po ukończeniu kursu podjęła pracę w Teatrze Polskim. Młoda aktorka przypadła do gustu warszawiakom, krytycy również byli przychylni. Mimo młodego wieku Umińska odniosła w stolicy duży sukces; nie bała się ról, które w tamtym czasie mogły budzić niesmak u bardziej konserwatywnej publiki. Zdarzało się, iż grała role młodych chłopców, mężczyzn.

Przez pięć lat wcieliła się w 25 ról, występując w najbardziej popularnych sztukach, takich jak „Nie-Boska komedia”, „Sen nocy letniej”, „Wesele Figara”.

W roku 1923 zagrała swoją pierwszą rolę w filmie „Pan Twardowski”, otrzymała również Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki. Teksty kabaretowe dla niej pisał nawet sam Julian Tuwim.

Talent Stanisławy stanowił przedmiot zachwytów, jej role były doceniane i podziwiane, wróżono jej wielką przyszłość.

Dobre złego początki

Na jednym z wernisaży w wieku 22 lat aktorka poznała Jana Żyznowskiego, oboje przypadli sobie do gustu niemal natychmiast. Jan był już wówczas bardzo cenionym artystą; przez wiele lat mieszkał w Paryżu, na tamtejszym uniwersytecie ukończył malarstwo i literaturę. Był wszechstronnym artystą, którego sam Stefan Żeromski chwalił za powieść „Krwawy strzęp”.

Jan był człowiekiem honorowym, w trakcie pierwszej wojny światowej należał do szeregów oddziału Bajończyków Legii Cudzoziemskiej, którego też sztandaru został współautorem.

Żyznowski w swoim życiu mimo młodego wieku osiągnął bardzo wiele. Udzielał się wielu znakomitych pismach takich jak „Pani”, „Wiadomości literackie”, „Tygodnik ilustrowany”, „Formiści”. Malował, a jego obrazy zdobiły między innymi ściany Klubu Futurystów Polskich w Hotelu Europejskim, miewał też swoje wystawy.

Choć Jan był starszy od Stanisławy o 12 lat, oboje zapałali do siebie wielkim uczuciem – para nie czekała długo z zaręczynami.

Miłość w obliczu choroby

Szczęście, radość i wielka miłość nie były im jednak pisane. Jan zachorował – być może był już chory, kiedy poznał Umińską. Diagnoza była okrutna i nie pozostawiała złudzeń – rak wątroby, w tamtych czasach praktycznie wyrok śmierci. Para jednak nie zamierzała się poddać. Szukali ratunku dla Jana, a Stanisława przestała grać, skupiając się jedynie na znalezieniu lekarza, który będzie w stanie pomóc ukochanemu. Specjaliści rozkładali ręce, nie widząc sposobu na ratunek dla chorego. Ostatecznie para przeniosła się do Paryża, gdzie podjęto się leczenia Żyznowskiego. Lekarze zdecydowali o operacji usunięcia guza, zabieg nie przyniósł jednak pożądanych rezultatów, a stan artysty znacznie się pogorszył.

Jan po operacji przebywał w szpitalu, bardzo cierpiąc, mimo podawanej mu morfiny. Stanisława dzielnie radziła sobie z sytuacją, w której się znalazła, organizowała nawet dla ukochanego dodatkowe dawki morfiny, ponieważ z racji okresu powojennego lekarze nie mogli podawać mężczyźnie wystarczającej ilości leku, aby uśmierzyć jego ból. Kobieta niemal we wszystkich czynnościach wyręczała pielęgniarki, budząc tym samym uznanie i podziw personelu szpitala. Kiedy przychodziły lepsze chwile, wolne od przygniatającego bólu, skrupulatnie notowała to, co dyktował Jan – była to ostatnia jego powieść „Z podglebia”.

Śmierć jako skrócenie cierpień

Para rozmawiała kilkukrotnie o śmierci i skróceniu cierpień Żyznowskiego. Mężczyzna prosił lekarzy o pomoc – chciał umrzeć, gdyż ból był nie do zniesienia. Lekarze starali się podawać odpowiednie dawki leków przeciwbólowych, a i Stanisława dostarczała dodatkowe racje morfiny, jej tylko znanym sposobem, mimo to ulga przychodziła jedynie na krótko.

Sytuacja była patowa, wszyscy wiedzieli, iż Jan umiera. Jego śmierć była kwestią dni, może tygodni, przeżytych w niewyobrażalnym cierpieniu.

15 lipca 1924 roku Stanisława czuwała przy Janie. Kiedy mężczyzna zasnął po przyjęciu leku przeciwbólowego, kobieta wzięła jego pistolet i strzeliła ukochanemu w skroń. Huk wystrzału poniósł się po szpitalu, a chwilę później w sali, którą zajmował Jan, zjawiły się pielęgniarki i lekarze. Stanisława Umińska zdążyła tylko powiedzieć „Zabiłam go”, po czym runęła na podłogę. Kiedy ocucono kobietę, nie była już sobą, najprawdopodobniej doznała załamania nerwowego. Jan zmarł kilka godzin później w paryskim szpitalu Paul Brousse.

Proces i wyrok

Stanisława Umińska została oskarżona o zabójstwo ukochanego Jana Żyznowskiego. Stał się to temat poruszany przez prasę w całej Europie. Kobietę okrzyknięto mianem Anioła Śmierci, a informacje, jakie przedostały się do gazet i publicznej wiadomości, miały z pewnością duży wpływ na proces.

Prokurator Donat Guigne, któremu przyszło oskarżać młodą kobietę, akt oskarżenia sformułował w taki sposób, aby tłumaczyć działania oskarżonej. Najlepsi prawnicy oferowali swoje usługi, do Paryża z Warszawy przyjechał Gustaw Beylin.

Gustaw po pierwszej wojnie światowej nawiązał współpracę ze Związkiem Artystów Sceny Polskiej. Jedną z głośniejszych spraw, w jakich brał udział i bronił oskarżonego, był proces dziennikarza Jana Seinfelda-Chłodnickiego, oskarżonego o podsłuchiwanie adiutantów Piłsudskiego i Mościckiego, który to udało mu się wygrać.

Proces Umińskiej odbywał z dużym poszanowaniem wobec oskarżonej. Można wnioskować, że wszyscy zdawali sobie sprawę, ile ten czyn kosztował Stanisławę, jak duży miał wpływ na jej psychikę.

Sama Umińska ponoć na sali sądowej była jakby nieobecna, bierna, zamyślona. Na miejscu dla świadków stanął naczelny lekarz szpitala, gdzie zajmowano się Janem. Zeznając, nie szczędził pochwał Stanisławie, mówił o jej poświęceniu ukochanemu i wspaniałej opiece nad nim. Po zeznaniach doktora Roussy Stanisława wstała i podziękowała mu za opiekę nad ukochanym i za wszystko, co dla nich zrobił. Świadkiem w sprawie była również pielęgniarka, a zarazem przyjaciółka Umińskiej, pani Gottlieb. Przed sądem stwierdziła, że była obecna podczas sytuacji, kiedy Jan prosił Stasię, aby ulżyła mu w cierpieniu. Powołano również przed sąd eksperta medycznego, który stwierdził, iż przed Żyznowskim nie było więcej niż 8 dni życia.

Odczytano także listy, które miały świadczyć na korzyść oskarżonej.

August Zamoyski, rzeźbiarz, pisał, iż Stanisława okazała niezwykłą lojalność wobec narzeczonego, a jej czyn był świadectwem miłości.

Nieobecna na sali matka Jana pisała, że wybacza niedoszłej synowej.

Ostatniego dnia przed wydaniem wyroku prokurator Donat Guigne stwierdził, że „w tej sprawie wolałby być obrońcą niż oskarżycielem, bo sprawa Umińskiej to nie historia zbrodni, ale legenda wielkiej, pięknej miłości”. Prokurator zauważył również, iż Umińska jest cudzoziemką i jej postępowanie oraz tok myślenia mogą być inne, obce, nieznane paryskim przysięgłym. Wyrok zapadł w 5 minut – tyle czasu potrzebowano, by zdecydować, że Stanisława jest niewinna.

Dalsze losy Umińskiej

Po procesie Umińska zamieszkała w zakonie Benedyktynek na terenie Francji, powoli odzyskując równowagę psychiczną. Po późniejszym powrocie do ojczyzny Stanisława miała nadzieję, że uda jej się znów stanąć na deskach teatru. Nadzieja ta okazała się złudna, bowiem kobieta nie była w stanie grać tak jak dawniej. Aktorka zdecydowała ostatecznie, że chce przywdziać habit i służyć Bogu. Po śmierci Jana nie widziała dla siebie miejsca w społeczeństwie, pragnęła zaszyć się w klasztorze. Okazało się to problematyczne, bowiem o jej czynie oraz procesie rozpisywały się gazety także w Polsce, w wyniku czego w środowisku duchownych Stanisława nie była mile widziana. Wstawił się za nią aktor Aleksander Zelwerowicz, który osobiście udał się do przełożonej domu zakonnego Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego, mieszczącego się przy szpitalu św. Łazarza w Warszawie, i poprosił o przyjęcie Umińskiej. Stanisława dołączyła do zakonu 17 marca 1927 roku, mając 26 lat.

Pierwszą pracę podjęła w Zakładzie Rehabilitacyjnym dla Nieletnich Przestępczyń i Prostytutek „Przystań”. Stanisława przyjęła śluby wieczyste w 1936 roku, wybrała sobie imię Benigna, oznaczające „dobroduszna, uprzejma, przyjazna, życzliwa”.

Podczas II wojny światowej siostry w zakładzie prowadziły działalność konspiracyjną. Pomagały rannym partyzantom oraz dziewczynom, którym udało się uciec z getta, ukrywały broń. Stanisława starała się zaszczepić w tych młodych dziewczynach miłość do teatru i sztuki. Z pomocą reżysera Leona Schillera Umińska wyreżyserowała „Pastorałkę”, w której zagrały jej podopieczne. Na widowni zasiedli między innymi Czesław Miłosz, Witold Lutosławski, Jerzy Andrzejewski, Danuta Szaflarska i Andrzej Łapicki. Łapicki tak wspominał, to co zobaczył: „Niezwykłe wrażenie. Przejęcie i czystość tych dziewcząt udzieliły się widowni. Jedno z najpiękniejszych wzruszeń teatralnych, jakie przeżyłem"

Podopieczne Umińskiej zagrały około 20 przedstawień, koniec „Przystani“ nadszedł wraz z powstaniem warszawskim.

Stanisława do ostatnich swoich dni opiekowała się dziećmi, które wymagały specjalnej opieki. Zmarła w Boże Narodzenie 1977 roku, mając 76 lat.

"Chciałam oszczędzić mu świadomości, że będzie umierał. A może chciałam oszczędzić siebie, bojąc się niemożności patrzenia na nieludzkie cierpienie..."

Źródła:

Autorka: Marcelina Biała, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: unsplash.com

Kraków, Stary Bieżanów. Słoneczne, ciepłe popołudnie 28 maja 2003 roku. Przypadkowy przechodzień spacerujący leśnym fragmentem ulicy Kokotowskiej zauważa coś leżącego w przydrożnym rowie, przy wydeptanej ścieżce. Zaniepokojony podchodzi bliżej i dostrzega zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Wezwany zespół policyjnych śledczych na podstawie obrażeń od razu stwierdza, że prawdopodobnie wchodzi w grę zabójstwo z motywów seksualnych – kobieta jest częściowo obnażona, została zgwałcona, ma połamane żebra, nos, czaszkę i żuchwę. Ciało zostało jednak porzucone w widocznym miejscu. W głowie śledczych zapala się czerwona lampka – to, co widzą, w jakimś stopniu przypomina im modus operandi seryjnych sprawców zabójstw.

Czarnochowice k. Krakowa, późny wieczór, 27 maja 2003 roku. Rodzice Katarzyny Gądek niepokoją się, ponieważ córka długo nie wraca do domu. 18-letnia Kasia jest uczennicą szkoły zawodowej, marzy o zostaniu fryzjerką i odbywa praktyki w salonie w Wieliczce. Miała wrócić autobusem, który na pętli był około godziny 22. Od domu dzieli ją przejście przez pola i lasek – tędy zawsze wracała do domu, jak każdy z jej okolicy. Jednak mijają kolejne minuty, a Kasia nie wraca. Jej telefon nie odpowiada.
W międzyczasie powiadomiona o sytuacji koleżanka Kasi, Magda, dostaje SMS-a: “Spuznilam sie na autobus. Bede pozniej” (sic!). Magdę niepokoi błąd ortograficzny w wiadomości, bo wie, że Kasia bardzo przykłada uwagę do pisowni – czuje, że wydarzyło się coś złego, a tej wiadomości wcale nie pisała Kasia.

Śledczy rozpoczynają dochodzenie, sprawdzając z początku możliwych świadków zdarzenia.

Docierają do kierowcy MPK, z którym Kasia odbyła swoją ostatnią podróż. Kierowca najpierw stwierdza, że dziewczyna samotnie opuściła pojazd, jednak później zmienia zeznania. Za Kasią wysiadł z autobusu jakiś mężczyzna. Kierowca, zapytany o powód składania fałszywych zeznań, tłumaczy, że nie chciał się mieszać w sytuację.

Sprawdzenie bilingów telefonicznych doprowadza śledczych do kobiety, która około godziny 23 otrzymała telefon z numeru Kasi. Kobieta wyjaśnia, że z tego numeru dzwonił do niej jej narzeczony, Maciej K.. 24-letni mężczyzna wracał od niej do swojego domu, do Czarnochowic. Rozpytani sąsiedzi mówią, że para zachowywała się normalnie, a sam Maciej K. był sumienny i obowiązkowy. Od 6 lat pracował bowiem w masarni jako rzeźnik. Codziennie zabijał około 6-8 bydląt specjalnym pistoletem. Współpracownicy cenili go – uważali, że zna się na fachu.

Dzień po zabójstwie Maciej pojawia się w pracy, jak gdyby nigdy nic.

Z relacji jego współpracowników wynika, że nawet nie drgnął, gdy usłyszał radiowy komunikat o poszukiwaniach zabójcy Kasi. Policja zatrzymuje go w trakcie pracy, po 24 godzinach od ujawnienia zwłok. Mężczyzna przyznał się. Tłumaczył, że był nietrzeźwy oraz potwierdził motyw seksualny zabójstwa. Mówi też, że Kasia była przypadkowym celem, nawet jej nie znał – po prostu spotkał ją na swojej drodze. Po gwałcie i zabójstwie wysłał SMS-a do jej koleżanki, żeby kupić sobie więcej czasu i opóźnić poszukiwania. Zadzwonił też do swojej dziewczyny, prawdopodobnie w celu zabezpieczenia sobie swego rodzaju alibi.

Według śledczych, sprawca ma skłonności do sadyzmu.

Jego zamiłowanie do wykonywanej profesji oraz popełniony czyn mogą świadczyć, że mógłby popełniać w przyszłości kolejne zbrodnie.

Maciejowi K. przedstawiono zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem i otrzymał karę 25 lat pozbawienia wolności, co oznacza, że wyjdzie na wolność w 2028 roku lub już opuścił więzienie za dobre sprawowanie.

Źródła:

Dzięki uprzejmości Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie:

Autor: Karolina Seremet, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: unsplash.com

Fundacja ZAGINIENI
chevron-down