Deprecated: Creation of dynamic property Oxygen_VSB_Dynamic_Shortcodes::$custom_dynamic_datas is deprecated in /home/fundacj5/domains/fundacjazaginieni.pl/public_html/wp-content/plugins/oxygen/component-framework/includes/oxygen-dynamic-shortcodes.php on line 18
kontakt, Autor w serwisie Fundacja Zaginieni - Strona 6 z 7
KRS: 0000870180

Polski porządek prawny nie przewiduje powszechnie obowiązującego źródła prawa, który regulowałby problematykę zaginięć czy też statusu osoby zaginionej. Przez powszechnie obowiązujące źródła prawa, zgodnie z art. 87 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. należy rozumieć m.in. ustawy, ratyfikowane umowy międzynarodowe oraz rozporządzenia. Podstawowym aktem prawnym odnoszącym się do problematyki zaginięć jest Zarządzenie nr 48 Komendanta Głównego Policji z dnia 28 czerwca 2018 roku w sprawie prowadzenia przez Policję poszukiwania osoby zaginionej oraz postępowania w przypadku ujawnienia osoby o nieustalonej tożsamości lub znalezienia nieznanych zwłok oraz szczątków ludzkich.  Policja, zgodnie bowiem z art. 14 ust. 1 pkt 3 Ustawy z dnia 6 kwietnia 1990 r. o Policji zobowiązana jest do poszukiwania osób, które na skutek wystąpienia zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca ich pobytu należy odnaleźć w celu zapewnienia ochrony ich życia, zdrowia lub wolności. Powołane Zarządzenie Komendanta Głównego Policji jest wewnętrznie obowiązującym źródłem prawa, to znaczy, iż wiąże jedynie daną strukturę organizacyjną, w tym przypadku Policję, pozostając bez wpływu m.in. na inne służby mundurowe. Problematyka zaginięć nie została uregulowana w żadnej ustawie, w konsekwencji nie zostało wydane również żadne rozporządzenie, innymi słowy akt wykonawczy ustawy.

Nie została również ustanowiona definicja legalna osoby zaginionej, tj. definicja wynikająca z konkretnego przepisu prawnego, w sposób wiążący ustalająca znaczenie określonego pojęcia prawnego, zazwyczaj na użytek korzystania z zawierającego ją aktu prawnego. Nie oznacza to, iż pojęcie „osoby zaginionej” nie funkcjonuje w polskim porządku prawnym. Ustawa z dnia 23 kwietnia 1964 r. Kodeks cywilny w art. 29-32, stanowi bowiem na temat instytucji uznania za zmarłego „zaginionego”. Podobnie jak art. 526 oraz 534 Ustawy z dnia 17 listopada 1964 r, Kodeks postępowania cywilnego. Natomiast art. 184 Ustawy z dnia 25 lutego 1964 r. Kodeks rodzinny i opiekuńczy stanowi o „osobie nieobecnej”. Przedstawiciele doktryny prawa cywilnego za osobę zaginioną postrzegają zaś osobę, o której nie wiadomo czy żyje.

Od pojęcia „osoby zaginionej” należy odróżnić pojawiające się obrocie prawnym pojęcie „osoby zagubionej” czy też „osoby uciekającej”.  Osoba zagubiona to jednostka, która nie jest w stanie powrócić do domu, np. na skutek nieszczęśliwego zdarzenia. Natomiast osoba uciekająca to osoba, która świadomie i dobrowolnie postanowiła „bez żadnego słowa” zmienić swoje dotychczasowe życie, nie informując o tym nikogo, korzystając przy tym z przysługującego jej prawa do samostanowienia osobie. W praktyce jednak, ze względu na brak wystarczającej ilości informacji, odróżnienie wskazanych pojęć może okazać się bardzo trudne. Stąd też koniecznym wydaje się usystematyzowanie i ujednolicenie terminów odnoszących się do „osoby zaginionej”, poprzez wprowadzenie m.in. definicji legalnej.

Wspomniane wcześniej Zarządzenie nr 48 Komendanta Głównego Policji z dna 28 czerwca 2018 roku w §2 ust. 1 pkt 2 za osobę zaginioną uznaje osobę, którą na skutek zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca jej pobytu należy odnaleźć w celu zapewnienia ochrony jej życia, zdrowia lub wolności. Natomiast w §2 ust. 1 pkt 1 ww. akt prawny wyjaśnia pojęcie zaginięcia osoby, wskazując, iż jest to zdarzenie, uniemożliwiające ustalenie miejsca pobytu osoby fizycznej, wymagające jej odnalezienia albo udzielenia pomocy w celu zapewnienia ochrony jej życia, zdrowia lub wolności.

Należy również zaznaczyć, iż omawiane zarządzenie w §2 ust. 1 pkt 3 wprowadza trzy poziomy poszukiwań, uzależniając niezwłoczność i zakres podjęcia czynności poszukiwawczych m.in. od stwierdzonego ryzyka wystąpienia zagrożenia dla życia, zdrowia lub wolności osoby zaginionej. Poziom pierwszy dotyczy osoby, której zaginięcie związane jest z realnym, bezpośrednim występowaniem zagrożenia dla jej życia, zdrowia lub wolności, dla którego ratowania wymagane jest bezpośrednie i natychmiastowe podjęcie czynności poszukiwawczych z zaangażowaniem znacznych sił i środków ze strony Policji. Poziom pierwszy odnosi się przede wszystkim do małoletniego oraz osoby niezdolnej do samodzielnej egzystencji. Poziom drugi dotyczy osoby, której zaginięcie związane jest z uzasadnionym podejrzeniem wystąpienia ryzyka zagrożenia dla jej życia, zdrowia lub wolności. Poziom trzeci zaś odnosi się do osoby, której zaginięcie nie jest związane z bezpośrednim oraz uzasadnionym zagrożeniem dla jej życia, zdrowia lub wolności. 

Mając na uwadze powyższe należy stwierdzić, iż de facto osoba zaginiona, na skutek zaginięcie nie traci zdolności prawnej, która przysługuje każdej osobie od chwili narodzin aż do śmierci czy też zdolności do czynności prawnej, tj. zdolności do dokonywania we własnym imieniu czynności prawnych, czyli do przyjmowania i składania oświadczeń woli, mających na celu wywołanie powstania, zmiany lub ustania stosunku prawnego. Innymi słowy nie traci przysługującej jej praw i obowiązków. Stąd też wniosek, iż taka osoba nadal może skutecznie funkcjonować w obrocie prawnym, np. w innym kraju. 

W przypadku jednak wypełnienia się przesłanek wynikających z art. 29 oraz art. 30  Kodeksu cywilnego status prawny osoby zaginionej ulegnie zmianie, w ten sposób, że zaginiony zostanie uznany za zmarłego. Tym samym utraci zdolność prawną jak i zdolność do czynności prawnych. Instytucja uznania za zmarłego ma bowiem na celu wyeliminowanie pewnego stanu niepewności, w związku z brakiem przekonywujących informacji na temat tego czy dana osoba żyje czy też nie.

W art. 29 §1 Kodeksu cywilnego ustawodawca wskazał następujące przesłanki od ziszczenia których uzależnione jest uznanie danej osoby za zmarłą, tj. upływ dziesięciu lat od końca roku kalendarzowego, w którym według istniejących wiadomości zaginiony jeszcze żył. W przypadku osoby, która ukończyła siedemdziesiąt lat za wystarczający ustawodawca uznał upływ 5 lat. Z kolei z art. 29 §2  Kodeksu cywilnego wynika, iż uznanie za zmarłego nie może nastąpić przed końcem roku kalendarzowego, w którym zaginiony ukończyłby lat dwadzieścia trzy.

Natomiast z art. 30 §1 Kodeksu cywilnego, stanowiącego na temat uznania za zmarłego w związku z katastrofą należy wywieść, iż osoba, która zaginęła w czasie podróży powietrznej lub morskiej, w związku z katastrofą statku lub okrętu albo w związku z innym szczególnym zdarzeniem może być uznana za zmarłego po upływie sześciu miesięcy od dnia, w którym nastąpiła katastrofa albo inne szczególne zdarzenie. Jeżeli jednak nie można stwierdzić katastrofy statku lub okrętu to bieg terminu sześciomiesięcznego rozpoczyna się z upływem roku od dnia, w którym statek lub okręt miał przybyć do portu przeznaczenia, a jeżeli nie miał portu przeznaczenia - z upływem lat dwóch od dnia, w którym była ostatnia o nim wiadomość. W przypadku zaś zaginięcia w związku z innym, niż wskazanym powyżej bezpośrednim niebezpieczeństwem dla życia, zaginiona osoba może zostać uznana za zmarłą po upływie roku od dnia, w którym niebezpieczeństwo ustało albo według okoliczności powinno ustać. 

Podsumowując, w polskim porządku prawnym nie istnieje akt rangi ustawowej, stanowiący na temat problematyki zaginięć, a co za tym idzie statusu osoby zaginionej. Podstawowym aktem prawnym, skupiającym wokół zagadnienia zaginięć czy też osoby zaginionej jest Zarządzenie Głównego Komendanta Policji z dnia 28 czerwca 2018 roku. Sam fakt zaginięcia danej osoby nie powoduje z mocy prawa zmiany statusu prawnego tej osoby poprzez m.in. utratę zdolności prawnej czy też zdolności do czynności. Osoba ta zachowuje dotychczasowe prawa i obowiązki. Podjęcie dopiero odpowiednich kroków prawnych, najczęściej przez najbliższych osoby zaginionej, zainteresowanych uregulowaniem sytuacji prawnej zaginionego, w określonych ustawowo przypadkach może doprowadzić do uznania tej osoby za zmarłą. Tym samym do utraty przez nią zdolności prawnej czy też zdolności do czynności prawnych.

Natalia Wojtkowska - dział prawny fundacji Zaginieni

Psycholog, psychoterapeuta, coach lub interwent kryzysowy - łatwo się pogubić w tych określeniach. A czy Ty znasz różnicę między nimi i wiesz jakiej formy pomocy psychologicznej oczekiwać od każdego z nich?

Psycholog bardzo często utożsamiany jest z psychoterapeutą. Warto jednak wiedzieć, że psychoterapia jest zaledwie jedną z wielu form profesjonalnej pomocy psychologicznej, czyli pomocy świadczonej przez specjalistów, działającej na określonych zasadach i warunkach.
Istnieje także pomoc paraprofesjonalna, która w pewnych aspektach przypomina profesjonalną, jednak jest udzielana z ramienia osób o niepełnym spectrum kwalifikacji, choć może być ustrukturyzowana. Pomoc nieprofesjonalna opiera się zaś głównie na wsparciu bliskich osób.

Form pomocy profesjonalnej jest kilka. Różnią się od siebie pod wieloma względami – czy to ukierunkowaniem, rodzajem pracy, czy też grupą odbiorców. Wspomniana wcześniej psychoterapia jest właśnie jedną z form pomocy psychologicznej. Trudno byłoby podać jej uniwersalną definicję, ponieważ różni się ona w zależności od nurtu i szkoły psychoterapeutycznej. Każda z nich oferuje nie tylko inny język opisywania zjawisk psychologicznych, ale przede wszystkim zupełnie inne podejście do danego tematu, zrozumienie mechanizmów psychologicznych oraz formę i rodzaj pracy stosowany w celu osiągnięcia pożądanej zmiany. Warto więc pamiętać, zwłaszcza, gdy mamy w planach rozpoczęcie terapii, że każda z jej odmian ma swoją odrębną charakterystykę, która nie każdemu może odpowiadać. Dlatego warto poświęcić chwilę na poznanie charakterystyki każdego z nurtów.

Nie każdy psycholog jest terapeutą, tak samo jak nie każdy terapeuta jest psychologiem. Są to dwa różne zawody, które mają jednak kilka punktów wspólnych. Psycholog to magister psychologii, który ukończył pięcioletnie studia w tym zakresie. Aby mieć kompetencje do prowadzenia psychoterapii, oprócz ukończenia studiów, należy ukończyć kilkuletnią szkołę psychoterapii. Najczęściej psychoterapeutami zostają absolwenci psychologii, jednak nie tylko. Do szkoły terapii mogą również uczęszczać lekarze, pedagodzy i osoby mające pokrewne wykształcenie (np. pielęgniarki) – w tej kwestii każda szkoła ma swoje wewnętrzne, uregulowane zasady. Oprócz „standardowej” psychoterapii, rozumianej jako długa praca psychologiczna, mamy do czynienia z terapią krótkoterminową, która koncentruje się raczej na rozwiązaniu konkretnego, bieżącego problemu i realizację jakiegoś zadania, lub przyswojenie sobie jakiejś umiejętności. Warto o niej pamiętać, ponieważ wiąże się z innym sposobem myślenia i działania niż w przypadku „klasycznej” psychoterapii. Opiera się ona na założeniu, że istnieje jeden, konkretny problem, z którym pacjent bądź klient przychodzi i chce pracować nad jego rozwiązaniem. Nie mamy tu do czynienia z zaburzeniami lub pogłębionymi problemami. O ile „standardowa” terapia jest długoterminowa i opiera się na wielu spotkaniach, które dotyczą natury problemu oraz zrozumieniu go, krótkoterminowa ogranicza się do zaledwie kilku wizyt. Trzeba jednak pamiętać, że ten rodzaj terapii nie jest magicznym sposobem na rozwiązanie wszystkich problemów. Nad niektórymi trzeba pracować dłużej i bardziej się w nie zagłębić podczas psychoterapii.

W kontekście wsparcia w sytuacji załamania psychicznego, warto wspomnieć także o interwencji kryzysowej. Jest to pomoc doraźna, udzielana w konkretnym momencie pogorszenia stanu zdrowia psychicznego. Ma na celu przywrócenie równowagi przynajmniej do poziomu niezagrażającego zdrowiu i życiu. Interwencje kryzysowe są bardzo szerokie i stosuje się je w odpowiedzi na różne sytuacje. Przykładem mogą być różnego rodzaju telefony zaufania, z których osoby mogą skorzystać momencie nagłego załamania, będąc w pewnych gorszych okresach życia, takie jak: telefon zaufania dla dzieci i młodzieży (tel. 116 111) czy ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia” (tel. 800 120 002).

Formą pomocy psychologicznej nastawionej na całkiem inne cele jest poradnictwo, które skupia się przede wszystkim na dostarczeniu informacji o ważnych dla klienta kwestiach, jak choćby doradztwo zawodowe. Czasami przez element poradnictwa możemy również rozumieć konsultację, podczas której dobiera się inną formę pomocy, w tym skierowanie danej osoby na konkretną formę terapii. Niektórzy jako poradnictwo rozumieją udzielanie pomocy psychologicznej w poradniach, niekoniecznie przez psychologów. Inne definicje podchodzą do tego tematu szerzej i mówią, że jest to pomoc osobom z najróżniejszymi rodzajami problemów, nie tylko tych natury psychicznej. Jak widać, powyższa definicja ma wiele wspólnego z definicją terapii krótkoterminowej oraz interwencji kryzysowej.

Ostatnią formą pomocy psychologicznej, choć w opinii specjalistów nieco kontrowersyjną, jest coaching, czyli pomoc, która kładzie nacisk na rozwój osobisty. Celem coachingu jest wzbudzanie refleksji, wzmacnianie i udoskonalanie działania, skupienie na tym, jak człowiek pracuje, myśli, aby dzięki polepszonej samoświadomości mógł się rozwijać. Coaching skupia się na wizualizowaniu realizacji marzeń w odniesieniu do miejsca w życiu, w którym znajdujemy się obecnie oraz na metodach osiągania celów.

Jest kilka kryteriów doboru odpowiedniej formy profesjonalnej pomocy psychologicznej.

Pierwszym z nich jest poziom zdrowia, czyli stopień zaburzeń psychicznych. Istotne są tu również osobiste preferencje danej osoby i jej uwarunkowania – zarówno te biologiczne, jak i dotyczące sytuacji, motywacji czy osobowości. Jeśli mamy problem z wyborem odpowiedniej formy wsparcia, możemy skorzystać z konsultacji psychologicznych, podczas których specjalista wskaże nam odpowiedni kierunek.

Z konsultacji psychologicznych możesz skorzystać również w Fundacji Zaginieni. Jeśli potrzebujesz wsparcia, napisz i umów się na bezpłatne konsultacje online. Nasz adres mailowy to: psycholog@fundacjazaginieni.pl.

O AUTORCE:

Zuzanna Czerniawska:
Jestem studentką IV roku psychologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Poświęcam się w całości psychologii, swoją przyszłość wiążę z szeroko pojętą psychologią sądową i z pracą naukową. Rozwijam się na różne sposoby, poszukując to nowych wolontariatów czy aktywnie działając w kołach naukowych, podejmując się tym samym kolejnych wyzwań. W czasie wolnym, którego nie mam wiele, lubię obejrzeć (niekoniecznie) dobry serial czy przeczytać książkę, pogłębić wiedzę dotyczącą mitologii czy mizianiem swojego kota.

Literatura: L. Cierpiałkowska, H. Sęk (red.), Psychologia kliniczna. Podręcznik akademicki, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.

Sylwia Podwysocka: Rozmawialiśmy ostatnio o Twoim dzieciństwie. Mówiłeś, że masz siostry, którymi opiekowałeś się, próbowałeś uchronić je przed złem. Jak potoczył się ich los?

Erik Lischka: Dziewczyny miały bardzo złe życie w domu dziecka. Dyrektor się z nich śmiał, że są Niemkami. Mówił, że nigdy nie uda się im pojechać do Niemiec. Gdy potrzebowały jakiegoś kieszonkowego, kazał im dzwonić do mnie. Bardzo chciałem je stamtąd zabrać do siebie. Po tym, jak sędzia nie zgodziła się na przyznanie mi praw rodzicielskich, cały czas myśleliśmy, co możemy zrobić dalej. Szukając pomocy, udaliśmy się do Ambasady Niemieckiej w Warszawie.Dlatego zaplanowałem z siostrami ich ucieczkę z domu dziecka. To były ferie zimowe. Dziewczyny wyskoczyły przez okno. Wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy na dworzec, gdzie głośno rozmawialiśmy o tym, że jedziemy do Krakowa, żeby dać fałszywy trop dla policji. Kupiliśmy nawet bilety, po czym wróciliśmy do Sanoka do mojej koleżanki na noc. Następnego dnia pojechaliśmy nocnym pociągiem do Warszawy. Bardzo się bałem, że na jakiejś stacji wejdzie policja. Całą noc nie spałem, cały czas czuwałem w pełni skupiony. Na szczęście udało się nam dotrzeć do Warszawy, poszliśmy do mojego przyjaciela Tomka Boruca do domu, gdzie mieszkał razem ze swoją dziewczyną. Pierwsze co zrobiłem po przyjeździe, to położyłem się spać. Byłem bardzo zmęczony. Oni poszli we czwórkę na spacer po Warszawie. Gdy wrócili, zabrałem siostry do McDonalda. Pierwszy raz w życiu jadły burgery. To był super wieczór. Zajadaliśmy się jedzeniem i rzucaliśmy w siebie frytkami. Na drugi dzień pojechaliśmy do Ambasady Niemieckiej. Mieliśmy wszystkie potrzebne dokumenty świadczące o tym, że jesteśmy Niemcami. Na recepcji wszystko wytłumaczyłem kobiecie, która nas powitała. Ona odparła, że musi zawołać Ambasadora. Wzięli nas do osobnego pokoju. Opowiedziałem mu naszą historię i poprosiłem o to, abyśmy mogli we trójkę pojechać i zamieszkać w Niemczech. Ambasador odpowiedział nam, że oczywiście jesteśmy Niemcami i bardzo chciałby nam pomóc, ale siostry posługują się polskimi legitymacjami szkolnymi, przez co podlegają polskiemu prawu, a ja dodatkowo nie mam praw rodzicielskich. Powiedział, że dziewczynki muszą tutaj zostać, a mnie mogą przetransportować na lotnisko, abym mógł wrócić bezpiecznie do Berlina, żeby policja mnie nie aresztowała za uprowadzenie. Odpowiedziałem tylko, że razem tu przyszliśmy i razem stąd wyjdziemy.Zastanawialiśmy się co zrobić dalej. Pomyślałem, że pójdziemy na policję, powiemy, że siostry same uciekły do mnie i nie wiemy teraz co robić. Na komisariacie młoda policjantka nas wysłuchała, popłakała się, zrobiła nam herbatę i poczęstowała ciastkami. Później przyszedł mężczyzna, którego w książce nazwałem hyclem. Przywitał się z dziewczynkami, wyciągnął do nich rękę i wtedy założył im kajdanki na ręce. Wszyscy zaczęliśmy protestować, nawet policjantka mu zwróciła uwagę. On jednak tylko odparł, że wie, jak ma wykonywać swoją pracę i musimy pójść z nim. Pojechaliśmy na pogotowie młodzieżowe. Na miejscu musieliśmy wszystko tłumaczyć od początku. Kobieta, która nas przesłuchiwała, bardzo się wzruszyła naszą historią. Zadzwoniła nawet na komisariat w Ustrzykach Dolnych. Policjanci z naszej miejscowości wszystko potwierdzili, a ona nie mogła w to uwierzyć. Powiedziała, że musimy to załatwić w legalny sposób. Oznajmiła, że został jeszcze tydzień ferii zimowych, więc ona przekaże informację dyrektorowi domu dziecka, gdzie się znajdujemy, i że jesteśmy pod ich kontrolą. Musieliśmy się do niej codziennie zgłaszać, meldując, że wszystko z nami w porządku.To był cudowny tydzień. Zwiedzaliśmy Warszawę, jedliśmy w McDonaldzie i chodziliśmy do kina. Po feriach wróciliśmy pociągiem do domu dziecka. Gdy byliśmy już w środku, przywitał nas dyrektor. Po chwili nagle rzuciło się na mnie czterech policjantów, zaczęli mnie bić pałami. Widząc to, moje siostry wpadły w histerie, aż piana leciała im z buzi. Zaczęły bić krzesłami dyrektora i policjantów. Małe dzieci, które tam były też wpadły w panikę, płakały i krzyczały „mama, mama”. Wychowawczynie również płakały. Nie wiedziały, co się dzieje, ani co mają zrobić. Policjanci skuli mnie kajdankami i zaciągnęli do radiowozu, gdzie też od nich oberwałem. Zawieźli mnie na dołek, zrzucili ze schodów, zapalili światło i powiedzieli: „Ty, sorry, zapomnieliśmy Ci powiedzieć, że tu schody są”. Nawet nie wiem, jak długo siedziałem w celi. Byłem cały roztrzęsiony, w głowie miałem tylko obraz moich sióstr w amoku. Po jakimś czasie zabrali mnie na przesłuchanie. Wzięli mój dowód niemiecki i nie wiedzieli, co to jest. Powiedziałem im, że są debilami. Wytłumaczyłem, że jestem Niemcem, dlatego mam taki dokument. Wystraszyli się, nie wiedzieli, co mają zrobić i zadzwonili do prokuratora. Słyszałem, jak mówią, że będzie przez to zadyma i dużo roboty, więc mnie wypuścili. Stamtąd wróciłem od razu do domu dziecka. Był już wieczór, siostry spały, były po zastrzykach uspokajających. Gdy wróciłem do hotelu, biorąc kąpiel, patrzyłem na swoje posiniaczone nogi i zacząłem bić się w nie pięściami. Mówiłem sobie, że jestem nic nie warty, bo nie potrafię pomóc swoim siostrom, a tylko pakuje je w kłopoty. To zaczynało mnie przerastać.

S.P.:Co postanowiłeś zrobić dalej?

E.L.: Skontaktowałem się z wysoko postawioną osobą w Sądzie w Bieszczadach. Ta osoba dobrze znała naszą sprawę i powiedziała, że oczywiście chciałaby nam pomóc, ale ta sprawa jest „bardzo skomplikowana”. Wtedy uświadomiłem sobie, że nie ma innego wyjścia, niż zebranie kwoty na łapówkę. Aby to zrobić, musiałem się łapać różnych zajęć.

S.P.: Jak zebrałeś kwotę na łapówkę?

E.L.: Biłem ludzi, ściągałem długi. Nie miałem z tym żadnego problemu, bo ci, których, biłem, byli łobuzami. Przewoziłem też auta z Niemiec do Polski. To paradoksalne, że musisz zrobić najpierw coś złego, żeby zrobić coś dobrego.

S.P.: Pewnie nie miałeś innych możliwości do zarobienia na łapówkę?

E.L.:Innej możliwości w ogóle nie było. Mieszkałem wtedy w schronisku dla bezdomnych z przestępcami i narkomanami. Przez to dochodziło czasami do konfliktów. Wylądowałem tam po tym, jak ojciec wyrzucił mnie z domu. Przeżywałem z nim straszną gehennę, ale musiałem to znosić. Tylko on mógł pomóc w załatwianiu wszystkich potrzebnych dokumentów, które pozwoliłyby ściągnąć siostry do Niemiec. Miał jedynie ograniczone prawa nad dziewczynkami, więc dalej mógł o pewnych sprawach decydować.

S.P.: Czy to Ty znalazłeś tę pracę, czy to praca znalazła Ciebie?

E.L.: Ta praca sama mnie znajdowała przez to, że trenowałem. Wtedy nie musisz się nigdzie werbować, Ciebie już znają. Gdy mieszkałem w schronisku, doszło tam do kilku zadym, w których musiałem brać udział w samoobronie i tak rozniosła się wieść o mnie.Gdy chodziłem na lekcje niemieckiego do szkoły językowej, poznałem pewnego Rosjanina, który potrafił mówić po polsku. Opowiedziałam mu moją historię życia, on widział czasami jak płacze na przerwie, bo nie mogłem połączyć się z siostrami. Dzwoniłem wtedy z budki telefonicznej i nie zawsze udawało mi się z nimi porozmawiać przez problemy z połączeniem.Pewnego dnia ten Rosjanin wyczuł mnie i mój problem. Powiedział, że ma znajomych urzędników w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w Berlinie, którzy pomogą mi wyciągnąć moje siostry, ale to będzie kosztować. Odpowiedziałem, że nie mam pieniędzy, na co on odparł, że w takim razie mu pomogę. Kiedyś zabrał mnie na spotkanie w centrum miasta z paroma osobami. Oni coś między sobą przekazali, wtedy doszło do sprzeczki i szarpaniny. Musiałem bronić swojego nowego znajomego. Pobiłem tych ludzi i uciekliśmy z „przesyłką”.W tamtym czasie było też modne przewożenie samochodów do Polski. Aby wywieść auto, wystarczyło mieć Niemieckie obywatelstwo. Jako że je miałem, wykorzystywałem to. Za przewiezienie auta 20 metrów przez granicę zarabiało się 50 marek. Czasami sam zgadywałem ludzi, czy nie potrzebują kogoś z niemieckim dowodem. Wtedy wskakiwałem do auta i przejeżdżałem z nimi granicę. Niestety, nie tylko ja tak sobie dorabiałem. Wielu ludzi to robiło i później zaczęło dochodzić do zadym. To był ciężkie bójki, gdy wjechała broń, to urwałem się stamtąd

.S.P.: Co jeszcze działo się w tamtym czasie?

E.L.: Pamiętam, że kiedyś przewoziłem starego Mercedesa Oldtimer do Polski. Byliśmy w cztery osoby. Z tyłu siedzieli „właściciele" auta, ja za kierownicą i kolega, który znał tych „właścicieli". Gdy zjeżdżaliśmy na autostradę, niemiecka policja blokowała zjazd i musiałem pomału hamować. W naszym kierunku szedł młody policjant, pokazując ręką, że mam całkowicie zwolnić. Nagle ten „właściciel", z tyłu za mną, wyciągnął spluwę, przystawił mi z tyłu do głowy i krzyknął: MŁODY JEDŹ KURWA, JEDŹ! Zaskoczony tą sytuacją, mimo to zwolniłem całkowicie, spuszczając rękę na pas bezpieczeństwa, żeby go szybko odpiąć. W tym samym momencie podszedł do nas policjant i powiedział po niemiecku, że musimy poczekać 20 minut, bo jedzie ciężki transport, który zajmuje całą autostradę. Wzrokiem próbowałem pokazać policjantowi, że jest coś nie tak. Niestety chyba tego nie zrozumiał. Po 20 minutach autostrada się zwolniła i pojechaliśmy dalej. Na następnym parkingu wysiadłem z samochodu i krzyczałem: Czy was pojebało!? Oni się tylko śmiali i mówili, że dobrze się sprawiłem i chcą, żebym dalej przewoził dla nich auta. Już nigdy więcej tego nie zrobiłem.Innym razem sprzedawaliśmy starego Opla Ascona. To było w jednej z przygranicznych miejscowości po stronie polskiej. Klienci chyba byli z Ukrainy. Rozmowy były bardzo przyjazne, dogadaliśmy się z tym klientem i mieliśmy z nim zrobić jazdę próbną. On wsiadł do samochodu z przodu ze swoim z kolegą. Ja siedziałem z tyłu z moim kumplem. Nagle, do tego faceta dosiadło się jeszcze dwóch kolegów. Poczułem się trochę nieswojo. Mój kumpel był wypity i w ogóle się tym nie zmartwił. Ja oczywiście byłem trzeźwy, mający wszystko pod kontrolą. Zresztą jak zwykle podczas takich „przygód” życiowych. Nagle kierowca skręcił w pole i dodał gazu. Zasuwał tym starym Oplem 80, 100, 120 na godzinę. Wszystko się trzęsło. Pojechaliśmy w kierunku małego lasku. Spytałem się go, czy dobrze się jedzie. Nic nie odpowiedział. Pomyślałem, że chyba chcą nas do tego lasu wywieźć i zakopać, o ile wcześniej wszyscy nie zginiemy przez tę jazdę. Miałem wtedy przy sobie nóż Butterfly, którym bardzo dobrze umiem się posługiwać. Powiedziałem do mojego kumpla, cicho po niemiecku, że dźgnę tego gościa, co siedział po mojej stronie i otworzę szybko drzwi, a on popchnie mnie i wyskoczymy podczas jazdy. To będzie chwila zaskoczenia. Kiedy sięgałem po nóż, w tym samym momencie kierowca skręcił na normalną drogę, mówiąc po rosyjsku i trochę po niemiecku: auto gut, auto gut . On chciał sprawdzić, jak to auto po polach jeździ, bo u nich na Ukrainie wszędzie dziury są. Odetchnęliśmy wtedy z ulgą. Pojechaliśmy z nimi, do ich „siedziby" w jednej z pobliskich wiosek. Podjechaliśmy pod dom, otworzyła się wielka brama. Na podwórku siedziały półnagie kobiety, które obierały gęsi. Obok nich faceci, którzy czyścili broń, a wokół biegały dzieciaki. Wszyscy byli dla nas bardzo mili. Dostaliśmy pieniądze za samochód, swojskie jedzenie i spiritus domowej roboty. Później odwieźli nas do miasteczka, gdzie poszliśmy z moim kumplem do klubu nocnego trochę odreagować. Zarobiłem wtedy 200 Marek i byłem o krok bliżej, aby wyciągnąć moje siostry z domu dziecka. Byłem też bogatszy o jedno doświadczenie życiowe.

S.P.: Co wydarzyło się później?

E.L.: Gdy uzbierałem 1500 marek, wykonałem telefon i umówiłem się z pewną osobą z Sądu w Bieszczadach w sprawie moich sióstr. Podczas spotkania, ta osoba powiedziała mi, że sprawa nadal jest bardzo skomplikowana. Odparłem, że ja i mój ojciec zdajemy sobie z tego sprawę i zasugerowałem, że jeśli kiedyś będzie w celach turystycznych w Berlinie, to tutaj jest nasz adres i wręczyłem mu kopertę. On wziął ją, przeliczył pieniądze i już dwa dni później dostałem telefon, że mogę zabrać dziewczyny z domu dziecka. Po tej informacji siedziałem i płakałem z radości. Ta walka trwała 5 lat i przez te 5 lat wydarzyło się tyle tragicznych rzeczy.

S.P.: Czy chciałbyś się podzielić wydarzeniem, które najbardziej Ci utkwiło w pamięci?

E.L.: To był moment, w którym mogłem odebrać moje siostry z domu dziecka. Przez lata marzyliśmy o tym, jak będzie wyglądać nasze życie, gdy w końcu będziemy razem. To był piękny, słoneczny, czerwcowy dzień. Z samego rana przyszedłem do domu dziecka. Wszyscy się cieszyli, wychowawczynie płakały. Były dumne, bo nie zostawiłem swoich sióstr. Zawsze je wspierałem. Dzwoniłem do nich kilka razy w tygodniu, wysyłałem paczki i odwiedzałem je, kiedy tylko mogłem. Gdy wyjeżdżaliśmy, załadowaliśmy cały bagażnik rzeczami dziewczyn, że aż samochód obniżył się o kilka centymetrów. Tego dnia wszystko było piękne, nawet nasze śmiechy czy muzyka, której słuchaliśmy. To była jedna wielka euforia, byłem z siebie bardzo dumny, że dopiąłem swego. Zabrałem swoje siostry, na swoje pierwsze mieszkanie w Berlinie.

Kochani rodzice! Obejmijcie wasze dzieci dzisiaj wieczorem, raz więcej niż zwykle.

Obejmijcie waszego synka i zróbcie go najsilniejszym Supermenem Świata.

Obejmijcie waszą córeczkę i zróbcie ją najpiękniejszą Księżniczką Świata.

Obejmijcie wasze dzieci, one wam tego nie zapomną! Wiem, o czym mówię.

Fundacja ZAGINIENI
chevron-down