“Po 11 latach ciszy chcę, aby Polska zawrzała od tej sprawy. Mój ukochany wujek, brat mojej mamy, KRZYSZTOF POLKO, został zamordowany” - to fragment posta opublikowanego 5 stycznia ubiegłego roku przez panią Alicję. Kontaktuję się z autorką wpisu, chcę poznać historię Krzysztofa, dowiedzieć się, kim był. Pani Alicja nie ma nic przeciwko publikacjom na temat sprawy Krzysztofa, ale grzecznie i stanowczo odmawia rozmowy o wujku. Swoje stanowisko uzasadnia przykrymi doświadczeniami z dziennikarzami - ale nie tylko to jest powodem. Rozmowy na ten temat i konieczność wracania wspomnieniami do tamtych wydarzeń są dla rodziny jak posypywanie solą rany, która tak naprawdę nigdy do końca się nie zagoiła. Szanuję jej decyzję, nie naciskam...
Historią, którą dziś chcę opowiedzieć, przez chwilę żyła stolica - bo to właśnie w Warszawie życie stracił Krzysztof Polko.
Krzysiek urodził się 12 stycznia 1988 roku w Białej Podlaskiej. Był spokojnym, ułożonym chłopakiem, można nawet rzec: typem introwertyka. Jak wspominają bliscy, kiedy dostał swój pierwszy komputer, urządzenie pochłonęło go bez reszty. Jak to młody człowiek, spędzał sporo czasu na grach - lubił zwłaszcza te typu RPG. Brał udział w zlotach, organizował eventy związane z tym tematem. Był również członkiem lokalnego klubu o nazwie “Biały Kruk”, która zrzesza miłośników fantastyki.
Nie skupiał się jednak tylko na rozrywce - próbował również swoich sił w szeroko pojętej informatyce. W sieci robił różne rzeczy, niejednokrotnie udało mu się np. uzyskać dostęp do cudzych kont. Zdaje się jednak, iż te działania nie miały być złośliwe, chłopak raczej sprawdzał w ten sposób swoje możliwości i wiedzę. Krzysiu na tyle dobrze radził sobie z komputerami, że po ukończeniu liceum w rodzinnym mieście, postanowił wyjechać na studia do Warszawy.
Był to rok 2007. Młody mężczyzna wybrał Wydział Mechatroniki na Politechnice Warszawskiej. Interesował się informatyką, robotyką, fantastyką i kulturą japońską. Jego życie opierało się zatem w dużej mierze na łączeniu pasji i zainteresowań ze studiami i przyszłością.
Po rozpoczęciu nauki na uczelni Krzysiek zamieszkał w akademiku Żaczek na warszawskim Mokotowie.
Sytuacja materialna Krzysztofa nie była najlepsza. Oczywiście rodzice pomagali mu w miarę możliwości, ale nie opłacali wszystkich wydatków syna. Mógł z ich strony liczyć na zapłatę za akademik i torbę pełną smakołyków przyrządzonych przez mamę. Zatem, aby polepszyć swoją sytuację, chłopak pisał kolegom ze studiów prace zaliczeniowe.
Krzyś nie był duszą towarzystwa. Odwiedzali go czasem koledzy z liceum, sporadycznie wychodził gdzieś ze współlokatorem. Od czasu do czasu uczestniczył też w posiadówkach w większym gronie znajomych. Jego krąg bliskich przyjaciół był wąski. Tylko nieliczne osoby mogły powiedzieć o nim coś więcej poza tym, że był miły i wesoły.
Krzysiek jawi się raczej jako osoba w znacznej mierze pochłonięta swoimi zainteresowaniami, skupiona na swoich pasjach... A wśród tych, na główny plan wysuwała się chęć dogłębnego poznania Japonii - dlatego też młody mężczyzna uczył się samodzielnie języka japońskiego. Nie sposób jednak nie zauważyć, że stoi to w pewnej opozycji względem ostatnich wydarzeń z jego życia - można by wywnioskować, że skoro bez niczyjej pomocy uczył się “jednego z trudniejszych” języków, a do tego pomagał kolegom ze studiów podczas zaliczeń, to musiał posiadać niemałą wiedzę... Dlaczego zatem nie udało mu się obronić tytułu inżyniera?
Jesienią 2012 roku, wówczas 24-letni, Krzysztof musiał zwolnić pokój w akademiku. Został skreślony z listy studentów.
Młody mężczyzna niespecjalnie często jeździł do Białej Podlaskiej, z bliskimi kontaktował się raczej telefonicznie, czy pisał maile. Dzień, w którym zamierzał opuścić akademik, był jednocześnie tym, w którym, zgodnie z obietnicą złożoną rodzicom, miał zjawić się w rodzinnym domu. Może miał zamiar powiedzieć wówczas rodzicom, że nie udało mu się obronić na studiach...
1 października z całą pewnością nie przebiegał tak, jak normalny dzień z życia Krzyśka. Trzeba było się pożegnać i opuścić miejsce, które przez ostatnie kilka lat zdążyło niejako stać się dla tego młodego człowieka domem.
Krzysztof spakował więc swoje rzeczy do torby i poprosił współlokatora o możliwość zostawienia ich w pokoju na około tydzień. Zapytał również, czy po powrocie do Warszawy będzie mógł zatrzymać się tam, jeśli nic innego sobie nie znajdzie. Kolega się zgodził.
Nie jest jasne, co planował Krzyś. Wiadomo, że opuścił akademik o 14:14, co zarejestrował monitoring budynku. Kolejne nagranie przedstawiające studenta pochodzi z autobusu linii 164 o godzinie 14:40. Podróż chłopaka kończy się na przystanku Bartyki o 15:20. Przez kolejne 3 dni nikt nie ma kontaktu z Krzysztofem.
4 października, przed godziną 17:00, nad Wisłą zostają znalezione zwłoki młodego człowieka.
Mężczyzna leżał na plecach, a na jego piersi widniała tylko jedna rana kłuta. Denat nie miał przy sobie dokumentów ani nic innego, co pozwalałoby poznać jego tożsamość. Funkcjonariusze mają więc problem z ustaleniem jego tożsamości. W mediach pojawia się wizerunek młodego mężczyzny. To właśnie tak bliscy dowiadują się o śmierci Krzysztofa.
Miejsce ujawnienia zwłok jest oddalone od przystanku o około 500 metrów, zaś od lewego brzegu Wisły o około 10 metrów. Mężczyzna nie posiadał przy sobie portfela ani swoich dwóch telefonów. Przy ciele znaleziono tylko pewną karteczkę - znajdowała się na niej informacja, jak dostać się na Wał Zawadowski. Co ciekawe, obecnie wiadomo, że z całą pewnością nie napisał jej Krzysztof. Sprawdzono również pismo jego bliskich oraz znajomych, oni jednak także nie byli autorami notatki.
Mimo przeprowadzenia sekcji zwłok nie udało się ustalić dokładnej godziny, o której nastąpił zgon. Ramy czasowe są dość szerokie - patolożka oszacowała bowiem, iż do śmierci studenta mogło dojść między poniedziałkiem a czwartkiem.
Rana na piersi była tylko jedna. Jej głębokość wynosiła 1,5 cm. Zdaniem lekarzy Krzysztof zmarł z powodu krwotoku, a od momentu zadania rany aż do zgonu mężczyzny mogło upłynąć od kilkunastu do kilkudziesięciu minut. Mimo odniesionej rany Krzysiek najprawdopodobniej był przytomny jeszcze przez jakiś czas; uważa się nawet, że mógł się przemieszczać.
Pojawiły się także informacje o otarciach na nadgarstkach, które mogłyby sugerować ciągnięcie denata za ręce, czy też ich związanie. Nie znaleziono jednak żadnych innych śladów mogących wskazywać na tego typu napaść. Brak jest jakichkolwiek obrażeń świadczących o samoobronie. Nie jest również jasne, czy te ślady na nadgarstkach w ogóle miały związek z ostatnimi godzinami życia Krzysztofa.
Co interesujące, na miejscu zdarzenia nie znaleziono narzędzia zbrodni. W okolicy ujawnienia ciała nie było śladów krwi bądź odcisków obuwia, które wskazywałyby na przemieszczanie się ofiary czy napastnika. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że pogoda 1., jak i 3 października była deszczowa, co mogło spowodować zatarcie tych śladów.
Policja ujawniła ujęcia z kamer komunikacji miejskiej. Śledczych zainteresował mężczyzna widoczny całkiem dobrze na nagraniach z pewnego autobusu. Ów człowiek ubrany był w ciemną kurtkę i najprawdopodobniej dżinsy w kolorze niebieskim. Miał krótkie, ciemne włosy. Opuścił autobus na tym samym przystanku i o podobnej godzinie, co Krzyś. Co ciekawe, po opuszczeniu pojazdu mężczyzna zerkał na jakąś kartkę...
Narzędzie zbrodni nie zostało nigdy znalezione, stwierdzono za to brak oznak samoobrony na ciele zmarłego. Śladów osób trzecich na miejscu ujawnienia zwłok także nie było.
Mimo sprawdzenia komputera Krzysztofa przez specjalistów z USA oraz przesłuchania rodziny i znajomych, nie udało się nic ustalić.
Nie jest jasne, w jakim celu młody mężczyzna udał się w okolice Wisły.
Była dziewczyna 24-latka podejrzewa, że mógł umówić się z kimś, żeby odebrać zakup dokonany przez Allegro, ale nie zostało to w żaden sposób potwierdzone. Bliscy Krzysztofa mają pewność co do tego, że chłopak nie popełnił samobójstwa.
Początkowo sądzono, że zaginął zarówno portfel, jak i dwa telefony należące do mężczyzny, jednak ostatecznie rodzice znaleźli aparaty telefoniczne w jego rzeczach. Zatem jedyną rzeczą Krzyśka, która po dziś dzień nie została odnaleziona, jest jego portfel.
Sprawa została umorzona. Decyzja ta zapadła między innymi ze względu na brak narzędzia zbrodni bądź jakichkolwiek śladów na miejscu zdarzenia czy na ciele denata. Po dziś dzień nie udało się także ustalić tożsamości tajemniczego mężczyzny z autobusu ani do kogo należała karteczka znaleziona przy zwłokach.
Nie da się ukryć, że wersja o samobójstwie jest wygodna... ale czy prawdziwa?
JEŚLI JESTEŚ W POSIADANIU INFORMACJI NA TEMAT ZDARZENIA Z DNIA 1 PAŹDZIERNIKA 2012 ROKU, SKONTAKTUJ SIĘ Z POLICJĄ!
Autorka: Marcelina Biała, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: Facebook
Mary Shelley w jednej ze swoich książek napisała, że „nikt nie wybiera zła: jest ono mylone ze szczęściem i dobrem, którego każdy poszukuje”. I faktycznie, gdy przyjrzeć się nawet złym i okrutnym zachowaniom ludzi, mało które z nich jest przez kogoś podejmowane dlatego, że po prostu jest „złe”. Należy bowiem zauważyć, ze każde działanie ma jakiś cel i sens: celem kradzieży jest zdobycie danego przedmiotu lub dóbr materialnych, na które dany przedmiot można wymienić; celem porwania drugiego człowieka może być zdobycie pieniędzy z okupu, bądź nielegalnej sprzedaży, czy zasianie strachu w społeczeństwie. A więc jeśli jakieś działanie uznane jest przez nas za bezsensowne, oznacza to mniej więcej tyle, że my tego sensu (jeszcze) nie widzimy.
Po pierwsze, wyobraźmy sobie, że zostaliśmy wychowani w środowisku, które zamiast cenić postępowanie zgodnie z prawem, daje nam komunikaty, że musimy je łamać, aby przetrwać. I mowa tutaj nie tylko o środowiskach, w których bieda i niski status społeczny zmuszają ludzi do postępowania wbrew prawu, ale i o zorganizowanych grupach przestępczych, czy środowiskach, w których status wywalcza się sobie przemocą i okrucieństwem. Osoba przebywająca długo w takiej grupie przejmuje jej normy – zasady, którymi należy się kierować, aby pozostać członkiem grupy i być jako taki członek akceptowany.
W pewnych momentach, do głosu dochodzi również konformizm, czyli taka jednostka zaczyna zmieniać swoje zachowania i opinie, aby dostosować się do większości. Jeśli więc grupa mówi, że należy być okrutnym, jest duża szansa że jednostka się do tych wymagań dostosuje. Jaki ma w tym cel? Nie zostać wyśmianym oraz wykluczonym. Takie zjawisko jak się okazało zachodzi nie tylko u dorosłych, ale i u dzieci i młodzieży.
Znęcanie się, rozumiane jako długotrwałe stosowanie agresji fizycznej i/lub psychicznej przez jednostkę bądź grupę w stosunku do innej jednostki, również można nazwać aktem okrucieństwa.[1] Oczywiście podejmowane przez dzieci będzie się opierało na działaniach, na które są one w stanie się zdobyć. A więc rzadziej będzie to poważne pobicie, częściej raczej przepychanki, wyśmiewanie, pomijanie czy zabieranie przedmiotów. Znęcanie opiera się na tym, że ofiara zazwyczaj niczym nie zawiniła swojemu oprawcy. Po co więc oprawca to robi? Aby zdobyć bądź zaznaczyć swoją pozycję w grupie rówieśniczej. Osobom zaś biernie przyglądającym się aktom agresji, przyświecać może cel, o którym była mowa w powyższym akapicie – nie chcą one zostać wyrzucone z grupy, aby nie podzielić losu ofiary. Warto tutaj zaznaczyć, że dla dzieci i młodzieży pozycja w grupie rówieśniczej jest niezwykle istotna, stąd nawet dobrze wychowane dzieci, które dobrze wiedzą, że mogą zostać ukarane za takie zachowanie, mogą je podejmować.
Nauczycielami i rodzicami, którzy mogliby zatrzymać nieodpowiednie zachowania? Owszem, rola autorytetów jest tutaj nieoceniona. Niemniej, zostawiając na chwilę podwórko szkolne, warto zauważyć, że wpływ autorytetów nie ogranicza się tylko do wpływu na dzieci i młodzież, ale również na dorosłych. Pod ich naciskiem ludzie myślący, można by pomyśleć, w pełni krytycznie, potrafią robić złe i okrutne rzeczy.
Przykładem tego, może być eksperyment Stanleya Milgrama. Zapraszał on ludzi do specjalnie przygotowanego pokoju, w którym mieli się oni wcielić w rolę „nauczycieli” i uczyć innego uczestnika (w rzeczywistości pozoranta) par słów. Jeśli ich „uczeń” udzielał złej odpowiedzi na pytanie, mieli oni wymierzać mu wstrząsy elektryczne o coraz to większym natężeniu. Wszystkiemu przyglądał się rzekomy eksperymentator, czyli w rzeczywistości niezbyt doświadczona osoba w białym kilcie, która gdy tylko „nauczyciel” się zawahał, zachęcała go do kontynuowania badania. Jak się okazało, pomimo próśb i krzyków „ucznia” aby w pewnym momencie przerwać badanie, „nauczyciele” nadal wymierzali mu coraz to większe wstrząsy elektryczne. Nawet, gdy pod koniec badania „uczeń” przestawał się w ogóle odzywać, co oznaczałoby, że zemdlał lub nawet nie żyje, duża część badanych nadal decydowała się wymierzać mu wstrząsy, choć na zdrowy rozsadek, nie dało się już takiego człowieka niczego nauczyć.
Okazuje się, że za wszystkim stoi owy człowiek w białym kilcie, który zachęca do kontynuowania eksperymentu. Niejako ściąga w ten sposób z osoby wymierzającej karę część odpowiedzialności, co ułatwia wytłumaczenie sobie, że nie robi się nic złego, a jedynie wykonuje polecenia. Ale skoro, jak już było wspomniane, nie ma działań bezcelowych, to jaki jest cel bezkrytycznego słuchania drugiego człowieka? Otóż owo zjawisko działa wtedy, gdy drugi człowiek postrzegany jest jako autorytet, a więc ktoś cieszący się uznaniem. Do głosu dochodzi wtedy strach przed popełnieniem błędu w obliczu tak znaczącej jednostki, a także strach przed sprzeciwieniem się jej. Być może w niektórych przypadkach również chęć zaimponowania. Badanie pokazało, że nieistotne są tu cechy osobowości badanego, ani nawet jego płeć, a to właśnie obecność autorytetu odgrywała tu najistotniejszą rolę.
Kiedy nie zależy nam aż tak na zdobyciu pozycji w grupie, a nasze normy mówią, aby postępować zgodnie z prawem? Czy wtedy jesteśmy skazani na dobre postępowanie? Okazuje się, że nie jest to takie proste. Dochodzi tutaj jeszcze istotna rola systemu, w którym działamy.
Aby zilustrować wpływ systemu na jednostkę Philip Zimbardo przeprowadził „stanfordzki eksperyment więzienny”. Podzielił on losowo swoich studentów na dwie grupy – więźniów i strażników, a następnie zamknął ich w specjalnie przygotowanych pomieszczeniach imitujących więzienie. Studenci będący strażnikami mieli w tym stworzonym systemie władzę, podkreślaną choćby przez mundury wojskowe, czy noszone przy pasie pałki policyjne i kajdanki. „Więźniowie” zaś, mieli być im posłuszni. Jak się okazało, z dnia na dzień podczas trwania eksperymentu, „strażnicy” stawali się coraz bardziej wrodzy i dopuszczali się coraz okrutniejszych aktów wobec „więźniów”, ci drudzy zaś, stawali się coraz bardziej posłuszni. Mimo, że początkowo wszyscy byli zwykłymi studentami o niewyróżniającym się rysie osobowościowym, w zależności od roli jaką dostali w systemie potrafili stać się bardzo agresywni lub bierni i wycofani. Eksperyment, mimo że zaplanowany był na 2 tygodnie, zakończono po 6 dniach ze względu na poniżanie i akty sadyzmu, które były podejmowane wobec części badanych.
Co więc zmusiło tych młodych ludzi do takiego traktowania swoich rówieśników? Przecież mieli już pozycję w grupie, której nie mogli utracić, a nie stał nad nimi żaden autorytet. Okazuje się, że zadziałał zgubny wpływ systemu. Posiadając w nim określoną rolę, wypełniali ją, działając zgodnie z systemem. Aż w końcu się w danej roli zatracali, widząc że działania przynosiły zamierzony skutek - wzmacniali je.
Jak pokazuje życie, istnieją na tym świecie bohaterowie, którzy potrafią postawić odpowiednie postępowanie ponad wpływem grupy, systemu czy autorytetu. Czytając to, większość osób ma nadzieję, że oni byliby właśnie takimi wyjątkowymi jednostkami, jednak psychologia pokazuje, że taka postawa jest niezwykle trudna. Często wiąże się z byciem niezrozumianym, wykluczonym i działaniem samotnie przeciw całemu systemowi. W ekstremalnych przypadkach może wiązać się z zagrożeniem życia zarówno jednostki, jak i jej bliskich. Niemniej, popkultura daje nam obraz bohaterów jako uwielbianych przez tłum, wdzięczny za ich dokonania. I choć jest wielu, których właściwe czyny nie wychodzą na światło dzienne, odpowiednie postępowanie ostatecznie bywa zazwyczaj chwalone i nagradzane. Stąd mimo trudności, które stawia przed nami nasza psychika oraz środowisko, warto choć próbować odróżniać dobro od zła i nie pozostawać biernym.
[1] Według PWN „okrucieństwo” to „skłonność do znęcania się”.
Bibliografia:
Autorka: Klaudia Sak, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: https://tygodnikits.pl/
W grudniu 2014 roku Jakub Kazała odwiedził w Białej Rawskiej swoją dziewczynę, a następnie razem wybrali się na imprezę. Wówczas nie wiedział, że już nie wróci do domu. Jego zwłoki znaleziono na pobliskich bagnach.
Świdrygały to miejscowość położona około 100 km od Warszawy. To właśnie tu, wraz ze swoimi rodzicami – mamą Renatą i tatą Sylwestrem, a także rodzeństwem, mieszkał Jakub Kazała. Był zwykłym chłopakiem – szczupłym, wysokim, o pociągłej twarzy. Uchodził za duszę towarzystwa; postrzegano go jako dobrze wychowanego, spokojnego, sympatycznego, rodzinnego i wygadanego, a także ambitnego, chcącego czerpać z życia pełnymi garściami. Kuba miał różne zdolności, jednak jego pasją była głównie informatyka. Lubił poświęcać czas na majsterkowanie przy sprzęcie. W tym kierunku chciał się rozwijać. Aby móc to realizować, postanowił uczyć się w pobliskiej Białej Rawskiej. W szkole Kuba poznał Olę.
Czas nauki minął szybko, a Jakub już snuł plany dalszego kształcenia. Swoje kroki skierował do stolicy. Ku zdziwieniu rodziny i znajomych nie zdecydował się na ścieżkę kariery opartą na swojej pasji do informatyki, lecz wybrał budownictwo. Szybko okazało się, że decyzja była słuszna – kierunek bardzo mu się spodobał. Choć był dopiero na początku studiów, już zamierzał silnie związać swoją przyszłość z tym kierunkiem. Interesowało go założenie działalności gospodarczej.
Jakub Kazała studiował zaocznie, miał więc czas, by na co dzień pomagać w pracy swojemu ojcu, prowadzącemu działalność w branży instalacji i serwisu urządzeń chłodniczych. Pracy w firmie raz było więcej, a raz mniej – zwłaszcza poza sezonem, dlatego Kuba, wiedziony chęcią odciążenia budżetu domowego i uzyskania niezależności finansowej, postanowił zatrudnić się na etacie. Szybko uśmiechnęło się do niego szczęście – pobliskie przedsiębiorstwo ogłosiło rekrutację. Jednym z elementów wpływających na dobrą opinię o kandydacie była umiejętność swobodnego porozumiewania się w języku angielskim, co dla Kuby nie stanowiło problemu. Chłopak sprawdził się – został przyjęty. Pracę miał rozpocząć od 2015 roku. Wtedy jeszcze nie wiedział, że nie dojdzie to do skutku.
Życie Jakuba, poza studiami i pracą w firmie ojca, mniej więcej od połowy 2014 roku wypełniały sprawy sercowe. Kuba miał dziewczynę – starszą od siebie Olę, z którą znali się jeszcze z czasów technikum. Wtedy jednak była w związku z Sebastianem. Dziewczyna podobała się Kubie od dawna i gdy tylko dowiedział się, że jest wolna, postanowił spróbować swoich sił, by z Olą się związać – i tak też się stało. Był w niej szaleńczo zakochany. Niewiele przed końcem roku Olę poznali także członkowie rodziny chłopaka. Podczas spotkania Jakub wydawał się być szczęśliwy – przytulał dziewczynę i próbował zagadywać. Ta jednak, jak oznajmiła rodzina Kuby, choć sprawiała dobre wrażenie, nie mówiła za dużo. Patrząc na parę, można było mieć poczucie, że świetnie się rozumieją, jednak prawda odbiegała od tego sielskiego obrazka.
26 grudnia 2014 roku nie wyróżniał się spośród innych dni. Wieczorem Kuba pojechał do niezbyt odległej od Świdrygałów Białej Rawskiej, by spotkać się tam z Olą, a następnie także z jej znajomymi. Aleksandra i Jakub planowali, że będą pić na imprezie. Ustalili, że po zabawie chłopak przenocuje u niej – z tego względu auto pozostawił pod jej domem. Do miejsca, w którym organizowano domówkę, podobno zawiozła ich koleżanka. Rzekomo miała ich także odebrać. Tak się jednak nie stało.
Przyjęcie było kameralne. Brały w nim udział zaledwie cztery osoby – Jakub Kazała z Olą oraz gospodarz imprezy wraz ze swoją partnerką. Młodzi bawili się raczej nieźle. Choć chłopak przyjaciółki Oli nie przepadał za nią, dobrze dogadywał się z Jakubem, który opowiadał o studiach i swoich planach. Chłopcy wymienili się nawet numerami telefonów. Według późniejszych zeznań, dziewczyna Jakuba zachowywała się co najmniej dziwnie. Po zaledwie dwóch łykach alkoholu (podczas imprezy podobno wypito 0,7 litra wódki i nieco nalewki) stwierdziła, że źle się czuje. Postanowiła więcej nie pić. Później zaś co chwilę chodziła do toalety – i dość nietypowo wybierała tę zlokalizowaną na parterze, chociaż młodzi na czas zabawy mieli do swojej dyspozycji łazienkę na piętrze.
Wielokrotne schodzenie po schodach powodowało niechęć zwłaszcza ze strony matki gospodarza przyjęcia, gdyż było już późno, a kobieta chciała się wyspać. Najpierw upomniała imprezowiczów, natomiast potem, zniecierpliwiona, weszła do pokoju i powiedziała, że chyba czas zakończyć spotkanie. Kuba i Ola zaczęli zbierać swoje rzeczy. Tuż przed wyjściem Jakub przeprosił matkę chłopaka, u którego odbyła się zabawa, za zachowanie swojej towarzyszki.
Było po północy, a koleżanka, która deklarowała, że odbierze Olę i Kubę, nie pojawiła się pod wskazanym adresem. Stwierdziła, że całość zbytnio się przeciągnęła, dlatego zamiast na nich czekać, postanowiła zająć się załatwianiem swoich spraw. Młodzi zdecydowali się zadzwonić po taksówkę. Aleksandra tłumaczyła później, że choć miała swój telefon, poprosiła, by komórkę pożyczył jej Kuba. Podobno konto w jej aparacie zostało zablokowane. Jak twierdziła, oczekiwanie na transport trochę się przeciągało. Wraz z Kubą wyszła na dwór. Skierowali się w stronę centrum miejscowości. W wolnej chwili ponownie zadzwoniła do kierowcy, by powiedzieć, że będą czekać na niego koło lokalnego przystanku. Szli we wspomnianym kierunku. Wkrótce okazało się jednak, że Kuba… zniknął.
Gdy zamówiona taksówka dotarła na miejsce, Ola miała wsiąść do samochodu, a następnie wraz z kierowcą krążyć w poszukiwaniu Jakuba. Przypuszczała, że chłopak na pewno kręci się gdzieś po okolicy. Po Jakubie jednak nigdzie nie było śladu. Taksówkarz rzekomo zostawił Olę przy działkach. Ponoć tam też szukała Jakuba. Według przedstawionej relacji, mniej więcej pół godziny później Ola kolejny raz zadzwoniła po taksówkę. Tym razem poprosiła, by zawieziono ją w okolice przystanku autobusowego. Sądziła, że Kuba być może tam będzie na nią czekał. Domysły znów okazały się nietrafione. Zaniepokojona skontaktowała się z kolegą 20-latka – Kamilem.
Pomimo że było późno, Kamil odebrał. Ku jego zdziwieniu w telefonie nie usłyszał głosu Kuby. Ola spytała chłopaka, czy Jakuba nie ma u niego. Kamil zaprzeczył. Później dowiedział się, że jego przyjaciel „zaginął”. Kamil skontaktował się z Wojtkiem, swoim znajomym. Nakreślił mu sytuację i zapytał, czy ten nie pomógłby w poszukiwaniach. Wojtek przystał na tę prośbę i wraz z Kamilem udał się do Białej Rawskiej. Gdy przybyli na miejsce, Ola opowiedziała im raz jeszcze, co się stało. Po wysłuchaniu jej wersji natychmiast ruszyli, by odnaleźć kolegę.
Olę podobno odwieźli do domu – to przecież u niej miał nocować Kuba, więc istniało duże prawdopodobieństwo, że właśnie tam poszedł. Mieli nadzieję, że poszukiwania ułatwi im pogoda – wszędzie zalegał śnieg, który przestał padać około 22. To oznaczało, że ślady butów, zwłaszcza te prowadzące w rejony słabo uczęszczanych ścieżek, powinny być dobrze widoczne. Mimo że młodzi ludzie lustrowali nie tylko tereny przy ulicach, ale także ścieżki prowadzące na pola czy w stronę sadów, używając przy tym źródła światła, i nawoływali „zaginionego” po imieniu, po chłopaku zdawało się nie być śladu. Poszukiwania Kuby przerwali dopiero nad ranem.
W nocy z telefonu Kuby wykonano również połączenie do siostry chłopaka. Ta powiadomienie zobaczyła dopiero rano. Natychmiast oddzwoniła. Komórki jednak nikt nie odebrał. Przed południem do domu Kuby, w towarzystwie Aleksandry, przyjechał Kamil. Spytał, czy zastał kolegę. Gdy wyszedł, pani Renata zaczęła się mocno niepokoić. Telefon syna nadal uporczywie milczał. Po wykonaniu wielu sygnałów komórkę odebrał jednak… Kamil. Tłumaczył, że wraz z dziewczyną Kuby są na miejscowym komisariacie, bo nigdzie nie mogą go znaleźć. Komórka Jakuba w rękach jego dobrego kolegi znalazła się dość przypadkowo. Ola przekazała mu ją, gdy wraz z Wojtkiem spotkali się w celu prowadzenia wspólnych poszukiwań 20-latka.
Oficjalne zawiadomienie o zaginięciu Jakuba Kazały złożył jego ojciec. Lokalna policja uspokajała go, twierdząc, że chłopak z pewnością szybko się znajdzie. Mimo to rodzice 20-latka bardzo się niepokoili. Kuba, gdy miał się spóźnić, zawsze dzwonił. Gdy rozładował mu się telefon, pożyczał od kogoś, aby skontaktować się z bliskimi i powiedzieć, że u niego wszystko w porządku.
Rodzice chłopaka wkrótce po tym, jak zgłoszono jego zaginięcie, udali się do Białej Rawskiej, a konkretnie do domu, w którym wieczorem odbyła się impreza. Tam dowiedzieli się, że po zabawie Ola wraz z Kubą zamówili taksówkę. Zidentyfikowanie przewoźnika nie było trudne, gdyż w Białej Rawskiej usługi tego typu świadczyła tylko jedna osoba. Mężczyzna, do którego rodzice dotarli jeszcze przed służbami, potwierdził, że rzeczywiście jeździł z dziewczyną po mieście w poszukiwaniu chłopaka. Później taksówkarza przesłuchano, jednak jego zeznania nie zgadzały się z wersją Oli. Ponadto paragon, który wystawił klientce i na którym uwzględniono liczbę kilometrów pokonanych w ramach kursu oraz należną kwotę, opiewał na 14 zł za przebyte 2,4 km.
Jak zauważono, a następnie przekazano policji, trasa, którą ponoć wraz z Aleksandrą pokonał taksówkarz, powinna wynosić sporo więcej niż tylko nieco ponad 2 km. To spostrzeżenie po pewnym czasie zainicjowało przeprowadzenie eksperymentu. Wziął w nim udział kierowca taksówki. Metodą prób i błędów udało się wreszcie osiągnąć wspomniany wynik. Kierowca stwierdził, że wcześniej musiał się pomylić, gdyż razem z Aleksandrą jeździł różnymi trasami.
Na jaw wyszła jednak jeszcze jedna rażąca nieścisłość: paragon wystawiony przez taksówkarza, oprócz wspomnianych danych, zawierał także godzinę rozpoczęcia kursu (było to 45 minut po północy) oraz jego zakończenia (51 minut po północy). Analiza bilingów Kuby (jego telefonem dysponowała wtedy Ola) wykazała zaś, że feralnej nocy, 48 minut po północy, także odbyło się połączenie z taksówkarzem i trwało ono 10 sekund. To dziwne, gdyż z rzeczonych danych płynął wniosek, że wówczas trwał kurs, a jak na zwykłą pomyłkę w wybieraniu numeru połączenie było dość długie.
Warto dodać, że „podróż” Oli i Kuby została zarejestrowana przez kamery. Na dostępnych zapisach z monitoringu można zauważyć, że Ola szturchała Kubę, wymachiwała rękoma; ten zaś nie reagował na zaczepki. Na drugiej kamerze widać już wyłącznie dziewczynę. Na nagraniu można było dostrzec także „kręcący się” w pobliżu samochód, jednak jakość obrazu była zbyt słaba, by dało się ustalić więcej szczegółów dotyczących pojazdu.
Najpierw Ola przekonywała, że nie kłóciła się z Kubą, potem jednak przyznała, że między nią a chłopakiem doszło do sprzeczki. Powodem konfliktu miało być to, że Kuba za dużo wypił na imprezie. Zmianę zeznań tłumaczyła prosto: tamtej nocy dużo wypiła (chociaż jej znajomi twierdzili inaczej).
– Szliśmy razem, jednak tak zajęłam się rozmową z taksówkarzem, że w pewnym momencie, kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że Jakub jest dużo dalej za mną i idzie w przeciwnym kierunku – zeznała.
W innej z rozmów mówiła:
– Słyszałam od różnych osób, nawet mówiłam pani Renacie (mamie Kuby), że gdy Kuba uczestniczył wcześniej w innych imprezach, np. przy ognisku, i nie tylko, gdy wypił z kolegami, podobno odchodził, oddalał się, nie odbierał telefonu. Słyszałam to od któregoś z chłopaków. Nie wiem, czy to prawda. Mówiłam o tym pani Renacie. Natomiast na pewno raz na weselu, na którym byliśmy razem, zachował się tak, że odszedł.
Poszukiwania Kuby trwały, jednak patrząc na Olę, dało się odnieść wrażenie, że niezbyt mocno zależało jej na rozwiązaniu sprawy zaginięcia chłopaka. Podobno już 28 grudnia spędziła noc ze swoim byłym partnerem – Sebastianem.
Światło dzienne ujrzały też inne kwestie: chociaż dziewczyna na pierwszy rzut oka wydawała się sympatyczna, a Jakub był nią mocno zauroczony, ich związkowi dużo brakowało do ideału. O tym rodzice chłopaka dowiedzieli się po zalogowaniu się na profil facebookowy syna. Treści, które można tam było znaleźć, nie napawały optymizmem. Wynikało z nich, że Ola była apodyktyczna w stosunku do Kuby. Około dwóch tygodni przed pechową nocą dziewczyna wymieniła z chłopakiem kilka SMS-ów. Pisała, że bardzo go kocha, ale zrobiła coś strasznego, i chce, by jej wybaczył. Pomimo że Kuba drążył temat, jako odpowiedź otrzymał tylko wzmiankę, by się nie martwił – na pewno go nie zdradziła (choć innym razem oznajmiła, że tak właśnie zrobiła, po czym niedługo wszystko odwołała), ale boi się, że ją zostawi, jeśli się o tym dowie.
Według relacji mamy Kuby inne wiadomości brzmiały mniej więcej tak: „Czekam na kasę do niedzieli”. Odpowiedź Kuby: „Ale może spuść z tonu”. I kolejna wiadomość: „No może trochę za ostro, ale myślę, że to nie zburzy naszej namiętnej przyjaźni”. Żeby tego było mało, po śmierci Kuby wyszło na jaw, że na początku grudnia starał się o kredyt. Nie wiadomo na jaką kwotę, pełnomocnik rodziny będzie wnioskował o to, żeby dokładnie to sprawdzić. Jest to o tyle dziwne, że nikomu o tym nie powiedział, a pieniądze na wyjazdy, czy inne wydatki zawsze dostawał od rodziców i nie było z tym problemu.
Zdecydowano się przesłuchać Sebastiana, który mieszkał w miejscowych blokach. Chłopak zeznał, że w nocy z 26 na 27 grudnia przebywał w domu. Taką wersję potwierdziła jego matka. Później z kolei, jak twierdził, przypomniał sobie, że wybrał się wtedy do sklepu monopolowego. Na dodatek ktoś widział go, gdy ten jeździł po mieście. Rzekomo Sebastian nie był osobą bez skazy. Wśród plotek, które krążyły w przestrzeni publicznej, dało się usłyszeć także takie, że z lokalną policją łączyły go układy, a przy tym handlował narkotykami. Miał grozić Kubie. Podobno kiedyś nie dawał parze spokoju, wydzwaniając zarówno do chłopaka, jak i swojej byłej dziewczyny. Ponoć mówił chłopakowi Oli, że się z nim policzy, jeżeli ten nie zostawi Aleksandry. Dodał, że będzie lepiej dla Jakuba, by nie odwiedzał Białej Rawskiej. W innym wypadku może stać mu się krzywda.
Ola podczas składania zeznań również opisywała swoje relacje z Sebastianem. Mówiła, że pomimo faktu, że był jej byłym, wydzwaniał do niej i przychodził (robił nawet remont tam, gdzie mieszkała, z czego Kuba, delikatnie mówiąc, nie był zadowolony). Sebastian chciał, by rozstała się z chłopakiem. Dodatkowo w nerwach potrafił powiedzieć, że może mu coś zrobić.
– Ale u niego to było normalne – skwitowała dziewczyna.
Bliscy Kuby w toku prywatnego śledztwa dotarli do innego byłego chłopaka Oli. Też miał zatargi z Sebastianem. Otrzymywał od niego groźby. Widząc, z jakim typem człowieka ma do czynienia, odpuścił.
W przypadku kwestii zaangażowania w poszukiwania, Ola mówiła, że dziwi ją stanowisko znajomych czy rodziny Kuby, traktujące o tym, iż nie pomagała znaleźć swojego chłopaka. Twierdziła, że trudno jest współpracować, gdy druga strona ją straszy, grozi jej (choć owa „druga strona” oznajmiła, że nic takiego nie miało miejsca). Podobno o wszystkim Aleksandra opowiedziała funkcjonariuszom, a ci poradzili, by odsunęła się od poszukiwań, aby nie doszło do gorszych sytuacji. Ola Kuby szukała, jak przekonywała, na własną rękę.
Na początku Jakuba szukało kilka osób, później liczba ta wzrosła. W działania, oprócz rodziny, zaangażowano znaczną część służb, w tym rzeszę przedstawicieli policji, psy tropiące, straż pożarną i ochotników. Kawałek po kawałku przeczesywano podmokłe tereny Białej Rawskiej. Z czasem ciała Kuby zaczęto szukać w okolicznych stawach, a 29 grudnia po raz pierwszy do akcji włączono helikopter. Widoczność była dobra, gdyż poszukujący mogli dostrzec z góry nawet niewielkie rzeczy.
Dodatkowo na Facebooku powstała grupa o nazwie „Zaginął Jakub Kazała”. Pojawiło się jeszcze więcej informacji i plakatów. Sprawą zaczęły interesować się media, a na dodatek co jakiś czas odzywały się osoby, które udzielały bądź próbowały udzielać wskazówek mających na celu pomoc w odnalezieniu chłopaka. Niestety „ślady” raczej nie prowadziły do niczego konkretnego. Jedną z pomocniczek była jednak Maja Danilewicz. Wysłała zdjęcie satelitarne z widocznym domem. Danilewicz dodała, że Kuba jest na podmokłym terenie w pobliżu tego zabudowania. Nie myliła się. Zgodnie z tym, co mówiła ciotka Jakuba, w toku sprawy korzystano też z usług innego znanego w Polsce jasnowidza. Ten przyznał, że Kuba nie żyje, jednak, według relacji kobiety, inne elementy wersji, jaką zaprezentował jasnowidz, nie pokryły się z rzeczywistością.
Mimo przedsięwzięcia zakrojonego na szeroką skalę, na zwrot w sprawie trzeba było trochę poczekać. 14 stycznia 2015 roku na terenach podmokłych znaleziono but (leżał obok opuszczonego domu, w niewielkim bagnie, podeszwą do góry). Co ciekawe, but był mokry, ale czysty. Znaleziono także kluczyki do samochodu, którym jeździł Jakub Kazała. Może nie było to wiele, jednak owe ślady należały do wartościowych chociażby z uwagi na fakt, że mogły stanowić jakikolwiek przejaw obecności Kuby w tym miejscu (zakładając, że rzeczy nie podrzucono).
Według relacji rodziny zaginionego, ślady nie zostały jednak zabezpieczone prawidłowo. Policjantka uczestnicząca w akcji, prawdopodobnie myśląc, że kluczyki zgubił ktoś z poszukujących, miała bez namysłu podnieść je z ziemi, uprzednio nie założywszy rękawiczek.
– Jeśli chodzi o but, to też nie jestem przekonana co do odpowiedniego zabezpieczenia. Policja twierdzi, że znaleźli go w zbiorniku wodnym, jednak zdjęcie buta jest zrobione na trawie. Chyba powinni udokumentować zdjęciem to miejsce, w którym but leżał…? – takie pytanie padło z ust pani Eweliny Majewskiej, ciotki Jakuba, w rozmowie z Anną Ruszczyk, dziennikarką „Gazety Śledczej”.
Ciało Jakuba znaleziono 20 stycznia. Ojciec chłopaka, który zidentyfikował zwłoki, oznajmił, że ich stan zupełnie nie wskazywał na to, żeby przez tak długi czas przebywały w trudnych warunkach atmosferycznych. Kuba leżał na plecach, był częściowo rozebrany (jego spodnie były opuszczone mniej więcej na wysokość kolan/ud, mimo że pasek był zapięty; miały zepsuty zamek). Na nosie Jakuba było zadrapanie, nogi były zgięte w kolanach. Okazało się, że pod kolanami znajdowała się czerwona pręga (według policji mogła ona powstać w wyniku zagięcia spodni). Lewą rękę, lekko uniesioną, „trzymał” na piersi. Prawa była wyprostowana, leżała wzdłuż ciała. Chłopak miał otwarte oczy i usta.
Portfel oraz dokumenty, jak mówiła ciotka Kuby, były w jego kurtce. Wśród wielu osób zdziwienie wzbudzał jeszcze jeden aspekt: teren, na którym znaleziono zwłoki Kuby, to obszar bagnisty, położony pośród lasów zamieszkałych przez dziką zwierzynę. Gdyby chłopak „spacerował” tam dłużej, z pewnością wielokrotnie zapadłby się, przewracał w grząskim gruncie, a na dodatek asekurował rękoma. Jednak zgodnie z tym, co zawarto w materiałach traktujących o sprawie, ręce oraz ubrania 20-latka były czyste.
Jak to możliwe, że tak wielu ludzi szukających Jakuba (plus helikopter) nie zauważyło zwłok wcześniej? Tym bardziej, że jest to miejsce, w którym korony drzew, zgodnie z tym, co szeroko twierdzono, raczej nie zasłaniają widoku.
Pani Renata, jak uważała, dobrze zapamiętała, o czym podczas akcji poszukiwawczej rozmawiała z przewodniczką psa tropiącego. Twierdziła, że poprosiła kobietę, by ta sprawdziła teren, na którym później znaleziono zwłoki Jakuba. Wcześniej chciała pójść tam sama, jednak miała krótkie buty i zapadała się w błocie. Przewodniczka miała odpowiedzieć, że pies najpierw musi napić się wody i trochę odpocząć, a potem ruszą, by przeszukać wskazany obszar. Kiedy zwłoki już odnaleziono, mama Jakuba poprosiła, by przewodniczkę przesłuchano, a nawet zadeklarowała chęć uczestniczenia w rozmowie. Kobietę przesłuchano, lecz nie odbyło się to przy udziale matki Jakuba.
Przewodniczka twierdziła, że tamtego dnia rzeczywiście rozmawiała z osobą, która przedstawiła się jej jako matka zaginionego, i chciała uzyskać informacje na temat działań prowadzonych na miejscu. Wtedy miała polecić kobiecie, by udała się do osoby odpowiedzialnej za koordynowanie akcji poszukiwawczej, a jako taką wskazała bodajże komendanta miejscowego komisariatu. Kobieta spytała, czy może pogłaskać psa – przewodniczka pozwoliła, po czym rozmówczyni odeszła. Przesłuchiwana tłumaczyła, że wykonywała polecenia dowódcy akcji, a szczegóły działań, jakie prowadziła, zostały opisane w notatce służbowej. Stwierdziła, że nie przypomina sobie, by rozmówczyni prosiła ją o sprawdzenie jakiegoś dodatkowego obszaru.
Wkrótce po tym rodzina Jakuba dotarła do zapisów z monitoringu umieszczonego przy ul. Mickiewicza. Na nagraniach widać, że przewodniczka idzie w okolice miejsca, gdzie za jakiś czas ujawniono ciało. Później zaś, już po odnalezieniu chłopaka, bez problemu można dostrzec, jak jego zwłoki na noszach są stamtąd zabierane. Po interwencji rodziny nagrania zabezpieczono.
Jak można przeczytać w reportażu Marty Bilskiej: „Od miejsca ujawnienia zwłok do głównej, ul. Mickiewicza, jest dokładnie 56 metrów. Czy z takiej odległości, po 3 tygodniach, pies do wykrywania zwłok ludzkich nie wyczułby ciała leżącego na powierzchni ziemi? Pani przewodnik zeznaje też, że szła z psem wzdłuż rzeki od początku do końca. Od rzeki do miejsca odnalezienia ciała jest około 10 metrów w linii prostej. Czy z takiej odległości pies też nie podjąłby tropu?”.
Rodzice Kuby poprosili o wgląd do zdjęć wykonanych z pokładu śmigłowca. W odpowiedzi usłyszeli, że akcja zwiadu realizowana za pomocą helikoptera nie była oficjalnie rejestrowana, więc takich fotografii po prostu nie ma. Po pewnym czasie najbliżsi chłopaka dowiedzieli się, że zdjęcia z powietrza są dostępne na profilu facebookowym pewnego funkcjonariusza, który brał udział w akcji poszukiwawczej. Bliscy złożyli skargę. W ramach jej rozpatrzenia akta zostały wzbogacone o rzeczone fotografie.
Prokuratura tłumaczyła przy tym, że zdjęcia były robione prywatnym telefonem policjanta. Co więcej, w zasadzie to, że je udostępnił, było wyłącznie przejawem jego dobrej woli. Rodzina analizowała fotografie bardzo dokładnie. Stwierdziła, że pewnych zdjęć może brakować – chodziło o te, które po połączeniu ich z poprzedzającymi i następnymi wskazywałyby, że zostały zrobione właśnie tam, gdzie za jakiś czas znaleziono ciało. Bliscy Jakuba skierowali wniosek dotyczący możliwości sprawdzenia telefonu policjanta oraz przekazania niedołączonych zdjęć. Prokuratura natomiast nie widziała powodu, by uważać, że nie wszystkie zdjęcia zostały udostępnione.
Nadto, według twierdzeń ciotki Jakuba, oprócz 29 grudnia, helikopter przeszukiwał okoliczne tereny jeszcze 30 grudnia i 12 stycznia. Policja zapewniała, że nad tym miejscem, gdzie później odnaleziono Kubę, nie latano. Rodzina dotarła jednak do świadka, który 12 stycznia nagrał helikopter znajdujący się praktycznie dokładnie nad tym fragmentem terenu, na którym niedługo potem stwierdzono obecność zwłok. Na dodatek, jak przekonywała matka Kuby, od momentu zgłoszenia zaginięcia syna do 7 stycznia nie przydzielono im konkretnej osoby, która poprowadziłaby poszukiwania. Skutkowało to tym, że każdego następnego dnia rodzina musiała od nowa tłumaczyć kolejnemu policjantowi, co się stało – i co ustalił ten, który już zakończył zmianę.
Ewelina Majewska ujawniła, że całą sprawą, oprócz służb, bliskich Jakuba i ochotników, zajmował się także detektyw z Łodzi, lecz jego działania ograniczyły się do rozwieszenia kilku plakatów na terenie Białej Rawskiej i (za dodatkową opłatą) przeprowadzenia badania wariograficznego. Swoją pracę oszacował na kilka tysięcy złotych, a na dodatek w kilku kwestiach podobno okłamał rodzinę Jakuba, dlatego zrezygnowali z jego usług.
Podczas sekcji, którą przeprowadzono 23 stycznia 2015 roku w Zakładzie Medycyny Sądowej w Łodzi, stwierdzono, że u chłopaka wystąpiły obrzęk oraz przekrwienie mózgu, płuc i innych narządów wewnętrznych. Żołądek Kuby był praktycznie pusty. W przełyku nie znaleziono resztek jedzenia, co dowodziło, że chłopak nie wymiotował. Z przodu, pod kolanami, dało się zauważyć czerwoną pręgę. Ustalono, że do śmierci młodego mężczyzny doszło najprawdopodobniej tej nocy, której zaginął. Orzeczono, że na podstawie przeprowadzonej sekcji i wyników badań dodatkowych, nie można w sposób pewny określić przyczyny zgonu Jakuba Kazały. Uwzględniając jednak okoliczności jego zaginięcia oraz ujawnienia ciała, można przyjąć, że chłopak najprawdopodobniej zmarł w wyniku niedomogi krążeniowo-oddechowej występującej w przebiegu hipotermii.
Sekcyjnie nie stwierdzono obrażeń mogących wskazywać na udział osób trzecich, a kwestia częściowego rozebrania zwłok, jak informowano, mogła być związana z głębokimi zaburzeniami orientacji i odczuwania bodźców termicznych w przypadku osób doświadczających głębokiego wychłodzenia (ściągających ubrania z powodu fałszywego uczucia gorąca). Pozostawała kwestia alkoholu bądź innych substancji odurzających. Znajomi wszakże wspominali, że Jakub Kazała pił na imprezie. Badanie rzeczywiście wykazało, że miał w organizmie alkohol, jednak dokładne określenie jego zawartości z racji zmian pośmiertnych było niemożliwe. Nie wykryto obecności środków odurzających.
Niepokojący w sprawie pozostawał również inny temat: do miejsca, w którym znaleziono ciało Jakuba, można dojść z różnych stron. Jednym z nich jest wąska ścieżka. Na tej nie było jednak żadnych śladów na śniegu w noc zaginięcia. Kuba musiałby więc przyjść z drugiej strony, na co wskazywały odnalezione kluczyki oraz but. Problem w tym, że wówczas, mimo ciemności i na mrozie, będąc w jednym bucie (chyba że zgubił go na przykład podczas hipotetycznego cofnięcia się), miałby do pokonania niezwykle nieprzyjazną, bagnistą okolicę, co wydawało się niezwykle trudne, a na dodatek nielogiczne.
Na zdjęciach z sekcji, według tego, co mówiła ciotka chłopaka, uwieczniono obie stopy i obie wyglądały identycznie. „Jak to jest możliwe, że przeszedł ok. 70 metrów po zmrożonej ziemi, pełnej gałęzi i patyków, bez buta, i nie pokaleczył stopy…?! Odpowiedzi nam nie udzielono” – stwierdziła kobieta w pewnym wywiadzie.
Jeden z przyjaciół Kuby zdecydował się nawet na wzięcie udziału w eksperymencie. Doświadczenie było bardzo proste: kolega po uwzględnieniu warunków atmosferycznych zdecydował się przejść drogę podobną do tej, jaką najprawdopodobniej musiałby pokonać Jakub. Wyniki były jasne: mimo asekuracji, którą dysponował, brodzenie w grząskim terenie należało do zadań wyjątkowo trudnych, a po wszystkim jego buty były niezwykle brudne.
Chociaż podczas sekcji pobrano materiał spod paznokci Jakuba, próbki nie przebadano od razu – zrobiono to dopiero na wniosek jego rodziców. I tu wynik okazał się dość tajemniczy: przebadana substancja nie zgadzała się z DNA Kuby, jednak podobno było jej zbyt mało, by dało się mówić o szerszej analizie. Co ciekawe, w opinii uzupełniającej biegłego zwrócono uwagę na fakt, że objawy, które wystąpiły u Jakuba, mogły świadczyć o duszeniu, lecz ze względu na brak widocznych obrażeń na ciele tę teorię wykluczono.
„20 stycznia 2015 godzina 13:30 stwierdzono zgon mężczyzny lat około 20. Na lewej nodze brak buta, na prawej but typu sportowego. Czarna kurtka z kapturem. Spodnie typu jeans zsunięte do połowy kości udowej. Pozycja zwłok na wznak, nogi podgięte w kolanach. Przyczyna zgonu nieznana” – jest to fragment z oględzin miejsca znalezienia ciała Jakuba Kazały. Jak wykazała późniejsza sekcja zwłok, nie można w sposób pewny określić przyczyny zgonu. Uwzględniając jednak okoliczności jego zaginięcia i okoliczności ujawnienia zwłok, można przyjąć, że Kuba najprawdopodobniej zmarł w wyniku niedomogi krążeniowo-oddechowej na skutek hipotermii, czyli wychłodzenia.
Nie mniej tajemnicze były bilingi, do których dotarła rodzina zmarłego. Wynikało z nich, że były chłopak Aleksandry rozmawiał przez telefon z policjantem z Komendy Powiatowej Policji w Rawie Mazowieckiej, a jedna z rozmów miała miejsce podobno w dniu, w którym wystawiono pismo o wszczęciu dochodzenia w sprawie zaginięcia chłopaka. Na dodatek rozmowy były prowadzone z innego numeru Sebastiana niż ten, który został podany przy przesłuchaniu. Sytuacja z Aleksandrą również nie napawała optymizmem: postanowiono przesłuchać ją za pomocą wariografu. Miało to przynajmniej częściowo rozwiać wątpliwości. Niestety dziewczyna na badanie dojechała pod wpływem niedozwolonych substancji, a na kolejne nie chciała się zgodzić. Miała do tego prawo. Badaniu wariografem za sprawą wynajętego detektywa poddała się za to druga z dziewczyn, która była na imprezie. Wynik optował za tym, że mówiła prawdę.
– My jej nie obwinialiśmy, tłumaczyłam sobie, że jeśli go kochała, to może jest w szoku i dlatego nie chciała brać udziału w poszukiwaniach. Nawet jej mówiłam: „No Ola, idź na ten wariograf, przecież się oczyścisz z zarzutów, to nawet lepiej dla Ciebie”. „Nie. Nigdzie nie pójdę. Na żaden wariograf” – odpowiedziała – relacjonuje pani Justyna, matka Kuby.
Rodzina Kuby poprosiła biegłego sądowego, aby na ich koszt przeprowadził eksperyment procesowy: działanie polegało na ułożeniu młodego mężczyzny o posturze podobnej do 20-latka i zbieżnie ubranego, w takiej samej pozycji i w tym samym miejscu, gdzie odnaleziono Kubę. Od strony, którą rzekomo miał udać się Kuba, wysłano człowieka, który pierwszy raz był w Białej Rawskiej. W celu zarejestrowania obrazu zamontowano mu kamerę. Wskazana osoba w kilkanaście minut dotarła do miejsca, w którym leżała postać.
Wyniki przeprowadzonych działań optowały za stanowiskiem, że ciało Jakuba podrzucono. Jednak z drugiej strony policja zapewniała, iż wszelkie czynności przeprowadziła zgodnie ze sztuką, a to, co stało się z chłopakiem, było po prostu wynikiem nieszczęśliwego wypadku. Byt lokalnej społeczności zdawał się powracać do normalności. Również Ola zaczęła układać sobie życie.
Jakiś czas temu do rodziny Kuby zgłosił się nowy świadek. Oznajmił, że słyszał intrygującą rozmowę. Wynikało z niej, że w śmierć chłopaka ktoś jest zamieszany. Człowiek ten zadeklarował, że może to zeznać, jednak pod warunkiem, że postępowanie zostanie przeniesione do innej prokuratury. Wyznał, że boi się z uwagi na układy, które tu panują. By uczcić pamięć 20-latka i pomagać innym, zawiązano nawet Stowarzyszenie im. Jakuba Kazały – Iskierkę.
Choć sprawę umorzono 30 czerwca 2017 roku, wiele osób nadal uważa, że to, co stało się z Kubą, nie było tylko zwykłym wypadkiem. Do Ministerstwa Sprawiedliwości w 2016 trafił raport informujący o szeregu nieprawidłowości, jakie były wykonywane podczas śledztwa. Zawarta jest w nim także prośba o skontrolowanie pracy rawskich policjantów i prokuratorów pracujących przy sprawie.
Autorka: Angelika Więcław, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: https://tygodnikits.pl/