Deprecated: Creation of dynamic property Oxygen_VSB_Dynamic_Shortcodes::$custom_dynamic_datas is deprecated in /home/fundacj5/domains/fundacjazaginieni.pl/public_html/wp-content/plugins/oxygen/component-framework/includes/oxygen-dynamic-shortcodes.php on line 18
Archiwa: strefa bezpieczeństwa - Strona 18 z 21 - Fundacja Zaginieni
KRS: 0000870180

"Jesteś dokładnie tą samą osobą, którą byłaś jakiś czas temu i możesz w dalszym ciągu się rozwijać. Nie myślmy o dziecku jak o ograniczeniu."

Natalia Muskała: Czy przed zajściem w ciążę słyszałaś o depresji poporodowej?

Iga Ore-Ofe: Pewnie gdzieś czytałam, ale ciąża i macierzyństwo nie leżały w kręgu moich zainteresowań. Byłam osobą, która w stu procentach poświęcała się pracy i nauce. Prowadziłam bardzo szybki tryb życia.

N: Spotkałaś się z pojęciem „baby blues” ?

I: Tak, z tym też się spotkałam. Pamiętam ten termin jeszcze z gazet, które kupowała moja mama. 

N: Jak zareagowałaś na wiadomość o ciąży?

I: Dostałam wcześniej diagnozę, że najprawdopodobniej nie będę mogła zajść w ciążę, ale lekarz dał mi do zrozumienia, że nie jest to ostateczne. Mimo to, gdy zaszłam  w ciążę, nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że to pomyłka. Miałam świadomość, że moje życie się zmieni. W niedalekiej perspektywie miałam przeprowadzkę do innego kraju, naukę języka i podjęcie nowej pracy. Nie byłam przygotowana na ciążę. Byłam w takim szoku, że po powrocie do domu z miejsca zatrudnienia, nie byłam w stanie przypomnieć sobie drogi, którą pokonałam. Dopiero po jakimś czasie zaczęło to do mnie docierać i zaczęłam się cieszyć. 

N: Jak wyobrażałaś sobie siebie roli matki?

I: Nie wiem. W tamtym czasie miałam znajome, które były już mamami. Obserwowałam je. Jako że moje koleżanki doskonale wychowywały swoje dzieci, macierzyństwo widziałam w wyidealizowanym świetle. Sądziłam, że to piękny czas w życiu kobiety, całkowicie pozbawiony ciemnych stron. Nie dostrzegałam natłoku obowiązków z tym związanych. Teraz widzę, że nie tylko ja żyłam złudzeniem. Wiele kobiet myśli, że macierzyństwo to rola rodem z pięknego filmu. Bohaterka co prawda zwymiotuje, bo chwilowo poczuła mdłości, ale zaraz po tym ubierze się w sukienkę, a poród potrwa kilka minut. 

N: Jak byś opisała swój okres ciąży?

I: Moja pierwsza ciąża była jednym z najgorszych okresów w moim życiu. To było okropne. Ciągle wymiotowałam, nie byłam w stanie jeść, mdlałam podczas zakupów, miałam problemy z kręgosłupem. W wyniku licznych problemów zdrowotnych trafiłam w końcu do szpitala. Moje samopoczucie pogarszały relacje koleżanek, które w tym czasie także były w ciąży. Relacjonowały swój stan jako coś pięknego. Trudno było mi tego słuchać. Ten kontrast mnie przerażał. Dopiero później okazało się, że koleżanki mocno koloryzowały. Tak w końcu wypada. Należy cieszyć się z wizji macierzyństwa, zacisnąć zęby i nie mówić o tym, co boli, co denerwuje. Nie potrafiłam tego zrozumieć. 

N: Czy uważasz, że twoimi koleżankami, które też były w trakcie ciąży, mógł kierować wstyd, że miało być tak cudownie, a nie jest?

I: Wydaje mi się, ze tak. Zresztą bardzo dobrze to widać teraz, w dobie social mediów. To zrozumiałe, że chcemy pokazywać tylko pozytywne aspekty naszego życia. Jednak uważam, że miło byłoby usłyszeć, że możemy czuć się źle, że mamy do tego prawo. 

N: Mogłaś liczyć na wsparcie partnera? 

I: Tak, choć to był trudny okres, także ze względu na przeprowadzkę. Mój mąż przejął wszystkie obowiązki. Jestem mu za to wdzięczna. Począwszy od noszenia kartonów, a na załatwianiu dokumentów skończywszy. Cały czas mówił, że będzie lepiej. On też znalazł się w nowej sytuacji, ale chodziliśmy na kursy dla przyszłych rodziców i byliśmy w tym razem. Nie wymagałam od niego stuprocentowego zrozumienia, bo zdawałam sobie sprawę, że to niemożliwe. Uważam, że mężczyźni są o wiele gorzej przygotowani do ciąży niż kobiety. Ten temat kompletnie nie leży w kręgu ich zainteresowań, nie jest też tematem rozmów ze znajomymi. Nie zmienia to faktu, że z pewnością chcieliby wspierać swoje partnerki, ale nie zawsze wiedzą w jaki sposób to robić. 

N: Nikt nie przygotuje nas na to, co może się wydarzyć, prawda?

I: Jeśli kobieta sama nie wykaże chęci do tego, żeby się czegoś dowiedzieć, to nikt jej prawdy nie powie. Ciąża jest bardzo skomplikowanym procesem. Trzeba włożyć ogromny wysiłek, żeby przejść go bez urazu fizycznego i psychicznego. 

N: Jak wspominasz poród? 

I: Z pierwszą ciążą oraz porodem były największe problemy. W Szwecji, tam gdzie rodziłam, mają zupełnie inne podejście. Położna proponowała mi specjalne zajęcia, czy filmy, ale obawiałam się, że negatywnie wpłynie to na moje emocje. Dała mi więc kilka rad, przedyskutowałyśmy przebieg porodu i na tym się skończyło. Moja akcja porodowa trwała trzydzieści pięć godzin. Skurcz wybudził mnie ze snu o czwartej rano. Gdy zadzwoniłam na specjalną infolinię, położna kazała poczekać do godziny dziesiątej i dopiero przyjechać do szpitala. Takie odsyłanie mnie trwało 24 godziny, a i tak, gdy zatrzymali mnie w szpitalu, uznali, że jeszcze za wcześnie i podali środek na morfinie, żebym mogła zasnąć. Oczywiście nie zasnęłam. Poród był tak skomplikowany, że trzeba było użyć VACUUM. W Szwecji, jeśli poród odbywa się zgodnie z planem, zazwyczaj nie towarzyszą mu lekarze. W moim przypadku musiała być lekarka, która była bardzo oschła i wydawała mi rozkazy, co bardzo mnie stresowało, choć jestem opanowaną osobą i zawsze dbam o to, żeby nie utrudniać nikomu pracy. Poród trwał tak długo, że dostałam ponad czterdziestostopniowej gorączki. Bardzo mało pamiętam z momentu, w którym urodził się mój syn. Pamiętam jednak, że wszczęto alarm, ponieważ nie płakał. Zaczęłam myśleć o najgorszych scenariuszach i zemdlałam. Później przypominam sobie trzymanie syna na rękach, sok jabłkowy w kieliszkach do szampana i kanapki ze szwedzką flagą. Pierwszy raz w życiu się tak czułam. To było maksymalne wyczerpanie organizmu. Nie przeżyłam nic gorszego tej pory niż poród.

N: Czy o porodzie rozmawiałaś ze swoimi koleżankami z Polski? Miałaś porównanie jak to wygląda w Polsce, a jak w Szwecji?

I:  Moja bardzo dobra koleżanka rodziła swojego syna w podobnym czasie. Miałam też inne koleżanki, które relacjonowały mi ciążę oraz poród w Polsce. Nie wiem jak wygląda to teraz, bo te relacje docierały do mnie jedenaście lat temu, ale dziwiło mnie wiele rzeczy. Na przykład to, że podczas porodu nie podaje się kobiecie wody ani jedzenia. Przecież do urodzenia dziecka potrzebna jest siła. Byłam też w szoku, że wszystkie kobiety z bólami leżą w jednaj sali, albo to, że po urodzeniu matkom zabiera się dzieci. W Szwecji od momentu wyciągnięcia z brzucha kładzie się dziecko na klatkę piersiową, czy do mamy czy do taty,  w zależności od tego, kto jest w stanie. Później przechodzi się do specjalnego hotelu dla rodziców, w którym uczą żyć z nowonarodzonym dzieckiem. Zostaje się tam zazwyczaj dwa lub trzy dni, w zależności od tego jak się czuje kobieta. Dziwne było dla mnie też to, że w Polsce kąpie się dzieci po porodzie. W Szwecji się tego nie robi. Tutaj słucha się natury, tego, co jest naturalne dla kobiety. Z tego samego powodu nie można zażyczyć sobie cesarskiego cięcia. Oczywiście, gdy nie ma ku temu wskazań. Wskazaniem jest choćby doświadczenie depresji poporodowej oraz oczywiście kwestie anatomiczne i wiele innych. Przeraziło mnie też to, jakie słowa padają z ust polskich położnych, na przykład „zamknij się”. Wydaje mi się, że w Polsce strach przed porodem może w dużej mierze wynikać z braku zrozumienia ze strony personelu szpitalnego. Byłam w ogromnym szoku, słuchając tego, co dzieje się w Polsce. Do tej pory trudno mi w to uwierzyć. Mam nadzieję, że to się zmieni, a kobiety będą mogły rodzić z szacunkiem, na jaki zasługują. Istotne jest także wsparcie psychologiczne, którego w Polsce brakuje. Psychika jest bardzo istotna, dlatego ważne jest ciepło i wsparcie ze strony personelu. Bardzo dobrym przykładem jest mój drugi poród. Trafiłam na dwie położne, w tym jedną praktykantkę. Po raz pierwszy odbierały poród i chyba stresowały się bardziej niż ja. Pomimo to, ich podejście sprawiło, że było mi łatwiej przejść przez poród. Włączyliśmy sobie radio, tańczyłyśmy, śpiewałyśmy i żartowałyśmy. Empatia personelu i zrozumienie potrzeb kobiety jest bardzo ważne. 

N:  Wsparcie i zrozumienie personelu medycznego może również wpływać na to jak kobieta się czuje po porodzie. A ty jak się czułaś?

I: Po porodzie czułam się zagubiona. Moje dziecko było pierwszym, jakie trzymałam na rękach. Kompletnie nie rozumiałam jego potrzeb, chociaż robiłam dodatkowe kursy u swojej położnej. Nie potrafiłam nic zrobić. Czułam się też bardzo zmęczona, a nie mogłam spać. Od momentu pojawienia się pierwszych skurczy, nie mogę sobie przypomnieć, abym przespała całą noc. Możliwe, że była to kwestia kilku miesięcy. Czułam niepokój, którego źródła nie potrafiłam zlokalizować. W szpitalu zabrano mi raz syna, bo byłam zmęczona i sfrustrowana. Pamiętam, że nie wiedziałam co robić, bo on cały czas płakał. Wtedy przyszły położne i powiedziały, że go wezmą i dadzą mu mleko z kartonu, co wymaga zgody matki. Wtedy właśnie położyłam się spać. Po godzinie obudziłam się przerażona. Zaczęłam szukać swojego syna i dzwonić alarmem. Nie wiedziałam gdzie jestem, ani co się stało. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jestem w szpitalu.

N: Pamiętasz moment, w którym zaczęłaś się niepokoić?

I: Sytuacja zaczęła niepokoić ludzi wokół mnie. Przede wszystkim męża. Po porodzie byłam ciągle pobudzona, zaniepokojona, a jednocześnie podekscytowana. Po za tym nie jadłam, za to piłam klika litrów wody dziennie. Schudłam dwadzieścia trzy kilo, gdzie w ciąży przytyłam może trzynaście. Doszło do momentu, w którym nie byłam w stanie podnieść się z łóżka i chyba nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Często zdarzało mi się mdleć. Czułam się jak w transie. Starałam się być mamą idealną. Byłam maksymalnie skupiona na problemach dziecka. Gdy mój syn miał trzy miesiące, okazało się, że ma nietolerancję laktozy. Miał kolki i strasznie płakał. Moje życie było oparte na tym, aby przeżyć od jednego ataku kolki do drugiego. Kiedy moje dziecko zaczynało płakać, potrafiłam być cała mokra ze stresu. Bałam się tego, że ktoś wejdzie i pomyśli, że robię mu krzywdę. To zaczęło przerażać mojego męża. Nie sądził, ze to są problemy na tle psychicznym. Okazało się, że mam anemię i cała wina została zrzucona na tę diagnozę. Jak przyjechałam do Polski, moja mama zauważyła, jak jestem chuda, zmęczona i że kompletnie nic nie jem. 

N: Jak wtedy myślałaś o sobie?

I: Wszystkie obowiązki brałam na siebie i wszystko musiałam zrobić idealnie. Miałam wrażenie, że cały czas spędzam ze swoim dzieckiem. Wychodziłam z nim na spacery, czytałam o wszystkim, co dotyczy rozwoju dzieci. Sprawdzałam czy wszystko jest dobrze. Cały czas się bałam, że zrobię mu krzywdę, albo że ktoś  inny mu ją wyrządzi. Bałam się, że mogą go ukraść, albo że w nocy coś mu się stanie. Oczywiście nie chciałam, aby spał w łóżeczku. Musiał być cały czas przy mnie. Pamiętam jak w nocy mój mąż się przekręcił na drugi bok, a ja w locie złapałam jego rękę, aby nie spadła na dziecko. Nie sądziłam, że jest coś ze mną nie tak. Po prostu uważałam, że jestem idealną mamą, która nawet w nocy potrafi swoje dziecko uchronić przed złem.

N: Jak wyglądały początki twojej relacji z dzieckiem?

I: Kiedy urodził się mój pierwszy syn, zdałam sobie sprawę, że nie jestem w stanie zrozumieć jego potrzeb. Ta miłość była tak ogromna, że nie wyobrażałam sobie, że mogę istnieć sama dla siebie. Już nie byłam odrębną jednostką. Gdyby nie diagnoza, prawdopodobnie do dzisiaj uważałabym te relację za idealną. Ale ona kładzie na nią cień. Pomimo choroby, nie odczuwałam żadnych złych emocji do mojego syna, a cały ten okres wspominam dobrze.

N: Wydaje mi się, że społeczny obraz depresji poporodowej jest mylny i sprowadza się do jednego z wielu możliwych scenariuszy. Ty nie odrzucałaś swojego dziecka. Nie czułaś wstrętu, tylko miłość. 

I: Społeczeństwo myśli, że kobieta, która ma depresję nie kocha swojego dziecka. W żadnym wypadku. Depresja poporodowa nie była, w moim przypadku, bezpośrednio związana z dzieckiem, tylko ze mną. Miałam też stwierdzony Zespół Stresu Pourazowego. Później narzucałam sobie coraz większe wymagania i skupiałam się przede wszystkim na swoim synu, zamiast po prostu przepracować niektóre rzeczy sama ze sobą. To był strach o to, że nie jestem wystarczająco dobrą mamą. Depresja nie ma nic wspólnego z brakiem miłości do własnego dziecka. W moim wypadku to był brak kontroli nad własnymi uczuciami. Moja położna powiedziała mi kiedyś „Jesteś ty i dziecko. Oboje jesteście tak samo ważni. Gdy ty czujesz się źle, ma to wpływ na dziecko. Nie jesteś inkubatorem. Masz być dalej sobą”

N: Co sądzisz o stereotypie „matki-polki”? Takiej, która poświęca wszystko dla swojego dziecka? 

I: Z tym stereotypem należy walczyć. Jestem wdzięczna, że żyje w Szwecji, ponieważ  ten kraj nauczył mnie wielu rzeczy. Przede wszystkim tego, że dziecko jest kolejnym etapem życia, który nie powinien nas ograniczać. My same nie powinnyśmy się ograniczać, a myśleć o swoim rozwoju. Będąc mamą można dalej studiować, otworzyć firmę czy fundację. Sama jestem tego przykładem. Mój mąż jest osobą, która zasługuje na największe uznanie. To on mnie nauczył nie rezygnować z siebie. Bycie „matką-polką” i nie robienie czegoś przez dziecko jest stawianiem dookoła siebie muru, sprowadzaniem się do jednej roli. A przecież jako kobiety mamy wiele ról. Jesteśmy matkami, kobietami, pracownikami, żonami. Wszystkie te funkcję pełnimy przez całe życie.

N: Po jakim czasie otrzymałaś diagnozę?

I: To było dość skomplikowane, ponieważ nie pamiętam, aby ktoś mi o diagnozie powiedział. Pomimo, że położna często u nas była, żeby sprawdzić jak sobie radzimy. Dopiero gdy zaszłam w drugą ciążę, poszłam do innej położnej, zresztą także cudownej, empatycznej kobiety, ona stwierdziła, że istnieje wskazanie do cesarskiego cięcia, ponieważ mam stwierdzony zespół stresu pourazowego i depresje poporodową. Była w szoku, że nikt mi o tym nie powiedział. Natomiast tak jak powiedziałam, nie jestem tego pewna. Mogłam zostać poinformowana o diagnozie w momencie, kiedy nie miałam kontaktu z otaczającą mnie rzeczywistością. Wydaje mi się jednak, że gdyby tak było, powinno zostać podjęte leczenie, a nikt mi tego leczenia nie zaproponował. Dlatego okres drugiej ciąży był czasem podnoszenia się z tej pierwszej.

N: Jakie formy leczenia zostały podjęte?

I: Na początku były to spotkania z moją położną. Potem zostałam zapisana do specjalnej grupy kobiet z diagnozą stresu pourazowego. Jeździłam tam, ale kontynuowałam też swoje rozmowy z położną, bo bardzo im pomagały. Później były spotkania z panią psycholog. Mój stan zaczął się pogarszać. Wydaje mi się, że mogły być z tym związane hormony, bo działo się to przed samym porodem. Dostałam skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Położna zaczęła się o mnie martwić, bo pojawiły się wcześniejsze objawy, czyli brak snu i apetytu. Szpital dla młodych osób był zamknięty, ponieważ były wakacje i musiałam pójść do głównego szpitala, w którym znajdowały się wszystkie osoby z pobliskich ośrodków. Zawiózł nas mój mąż. Tam spotkałam dwóch psychiatrów i jednego studenta, była też ze mną położna. Przeprowadziliśmy rozmowę i została podjęta decyzja o tym, żebym została kilka dni w szpitalu. Pomimo tego, że wielokrotnie rozmawiałam z psychologiem i położną, wylała się ze mnie cała fala złych emocji w związku z tym, że nikt mi nie powiedział o diagnozie. Byłam hospitalizowana przez tydzień, a wydawało mi się, jakby minął rok. Pamiętam moment, w którym przyszłam do szpitala, a personel kazał mi oddać sznurówki. Byłam w szoku. Powiedzieli mi „Słuchaj, wiem, że sobie krzywdy nie zrobisz, ale tymi twoimi sznurówkami ktoś  inny może”. Podczas tego pobytu widziałam kobietę, która była ofiarą zbiorowego gwałtu. Siedziała obok mnie i jadła obiad. Widziałam młodego chłopaka, który miał zaledwie dwadzieścia dwa lata. Strasznie się krzywdził, krzyczał, z rozpędu uderzał się o ścianę. Widziałam ludzi w ciężkiej depresji, jedną z nich była moja sąsiadka. Leżała kompletnie bez życia. To  doświadczenie na swój sposób mi pomogło. Uświadomiło mi w jak ciężkich sytuacjach są inni ludzie. Zrozumiałam swoją uprzywilejowaną pozycję.

N: Masz nadal w sobie żal, że nikt nie poinformował cię o diagnozie?

I: Kiedy urodził się mój drugi syn, przechodziłam macierzyństwo zupełnie inaczej. Wtedy narodził się we mnie żal, że nie mogłam tego doświadczyć z moim pierwszym synem. Patrzę na to z perspektywy czasu, ale staram się przepracować te złe emocje i nie dopuszczam ich do siebie. Kiedy o tym myślę, to szkoda mi, że o tym nie wiedziałam, ale nie mam żalu. To co się ze mną działo trwało pięć lat. Ogromny przedział czasu, ale uważam, że dobrze to przepracowałam. Pomogło mi mówienie o moich doświadczeniach. Napisałam o tym kiedyś artykuł, który zamieściłam na stronie, którą prowadziłam. Odbił się szerokim echem. Wierzę, że to, że głośno o tym mówię, może pomóc innym kobietom. Nie wstydzę się tego, że byłam w szpitalu psychiatrycznym, że miałam depresję. Mnóstwo ludzi przez to przechodzi. Czuję wdzięczność za te doświadczenia. To jest odważne stwierdzenie, ale depresja nauczyła mnie bardzo wiele o życiu, o mojej osobowości. 

N: Czy mówiąc otwarcie o swojej depresji poporodowej, spotkałaś się z negatywnymi opiniami? 

I: Zdarzały się opinie typu „a trzeba się było wziąć do roboty, bo teraz to się w tyłkach poprzewracało. Nagle jakieś depresje poporodowe. Wcześniej tego nie było”. Takie głosy często się zdarzały, natomiast nikt nigdy nie powiedział mi prosto w twarz, że nie ma sensu o tym mówić. Wręcz przeciwnie. Zresztą towarzystwo, w którym ja się obracam, uważa że to bardzo potrzebne. Jestem dumna z tego, że potrafię opowiedzieć w jakim byłam stanie i nakłonić innych, aby opowiadali o swoich problemach.

N: Czy doświadczenie depresji poporodowej wpłynęło na twoje relacje z mężem?

I: Pamiętam, że kiedyś mój mąż powiedział, że czuje się bezsilny. Starał się sprawić, abym była szczęśliwa, a to było niezłe wyzwanie. Reagował na każdą moją zachciankę, np. wakacje w Hiszpanii czy we Włoszech. Nie rozumiał, gdzie jest mój problem. Nie byłam wiecznie nieszczęśliwa, czy rozkapryszona, tylko smutna. Oczywiście, prezenty nie są sposobem na wyjście z depresji, ale u osób zdrowych poprawiają samopoczucie. Bolał mnie widok jego starań, które nie były w stanie polepszyć sytuacji. Wydaje mi się, że nasze relacje się wtedy pogorszyły. Mój mąż nie złościł się, pomimo że miał do tego prawo. Mogło mu się wydawać, że nie doceniam jego starań, bo przecież nie wiedział, że jestem chora. Wtedy zaniedbywałam też inne znajomości. Nie chciałam ich kontynuować, a także nawiązywać nowych.

N: Co najbardziej zaskoczyło Cię w roli matki?

I: Zaskoczyło mnie to, że noworodki krzyczą. Nie wiedziałam, że dzieci płaczą, kiedy mają kolkę, gdy jest im mokro lub zimno. Myślałam, że „obsługa” dziecka jest dużo łatwiejsza. Zaskoczyło mnie, że dzieci potrafią mieć humory i pierwsze miesiące mogą być naprawdę trudne. Mimo, że pomiędzy mną, a moim bratem jest 7 lat różnicy i pamiętam jak się urodził i kiedy mama po nocach nie spała, tylko z nim chodziła po pokoju. Zaskoczyło mnie to, że zaczynało mi brakować energii z powodu natłoku obowiązków. Mój mąż jest bardzo pomocny, sprząta, gotuje, ale tych obowiązków było dużo. Zaskoczyło mnie to jak silne są kobiety, jak bardzo mocno mogą być związane z dzieckiem. Jak mogą wyczuć, że dziecko jest chore. Zaskoczyła mnie ta więź z dzieckiem. Pamiętam bardzo dobrze, jak moja mama starała się uspokoić mojego syna, bo płakał, kiedy byłam u dentysty. Po prostu krzyczał w poczekalni. Kiedy poczuł, że biorę go na ręce, od razu się uspokoił. Bardzo dużo pozytywnych rzeczy zaskoczyło mnie w roli mamy i to na nich wolę się skupiać.

N: Wspominałaś wcześniej o mieszkaniach dla młodych rodziców. Czy mogłabyś coś więcej o tym powiedzieć?

I: To jest hotel dla rodziców. Kiedy kobieta urodzi, to nie przebywa na porodówce, tylko jest wysyłana do skrzydła, gdzie znajdują się wyłącznie kobiety, które już urodziły. Każda ma swój osobny pokój, który jest wyposażony w łazienkę, łóżeczko, telewizor i wszystko to co mamy w domu. Jest również kuchnia, która jest całodobowo do dyspozycji. Cztery razy w ciągu doby są serwowane posiłki. Do tego pokoju przychodzą pielęgniarki i położne. Ja mam poważne problemy z kręgosłupem, więc przychodził do mnie lekarz. Podsumowując, jest to oddział szpitala działający na innych zasadach.

N: Jak teraz postrzegasz siebie w roli matki?

I: Rola mamy jest jedną z najfajniejszych ról w moim życiu, a jest ich dużo. Jestem dość specyficzną mamą, bo bardzo dużo podróżuje z dziećmi. Zabieram swoich chłopaków dosłownie wszędzie i wspólnie odkrywamy rzeczy, które ja kiedyś odkryłam. Mamy swoje rytuały, z których czerpię wielką satysfakcję. Spędzamy bardzo dużo czasu razem i czytamy dużo książek. Jestem bardzo otwarta na swoje dzieci. Nie okłamuję ich, że np. bocian ich przyniósł. Pokazujemy im, że są dla nas ważni, angażując w różne decyzje, na przykład w wybór samochodu, który chcemy kupić, a mój mąż często ich pyta, którą koszulę powinien założyć. Chcę być obecna w ich życiu. Mój starszy syn wchodzi w okres dojrzewania, więc pojawiają się inne emocje i inne zachowania, które staram się pomóc mu zrozumieć. Sprawia mi to przyjemność i jestem szczęśliwa, że mogę być blisko nich. Jestem też taka mamą, która na przykład wyjedzie sobie na tydzień na wakacje bez dzieci, albo na weekend do Polski i nie robią mi dantejskich scen w przedszkolu, bo mama wyjechała. Oni wiedzą, że wrócę. Pracowałam zresztą jako marynarz przez rok i z tej pracy faktycznie zrezygnowałam ze względu na dzieci, bo miałam wrażenie, że oddalamy się od siebie. Nie uważam, aby mi w jakiś sposób przeszkadzali, wręcz przeciwnie. Czuję ogromną satysfakcję z robienia wielu rzeczy z nimi, ale są momenty, w których potrzebuję być sama i oni potrafią to uszanować. Są tego nauczeni od początku. Czuje się szczęśliwa patrząc, jakimi są cudownymi chłopakami. Śmieję się, że czekam już na wnuki. Wiadomo, do tego jeszcze mnóstwo czasu, ale wizja bycia babcią daje mi niesamowitą radość. Wyobrażam sobie jak z wnukami robię dokładnie to samo co z moimi dziećmi, jak zwiedzam różne kraje, odwiedzam muzea. Czuję się spełnioną mamą, ale też spełniam się w pracy i fundacji. 

N: Jak uważasz, co można by zmienić, by lepiej przygotować przyszłe mamy na to, jak naprawdę wygląda macierzyństwo?

I: Przede wszystkim nie okłamywać naszych dzieci. Nie mówić, że bocian je przyniósł, albo że dzieci biorą się z kapusty, bo daje to błędy obraz macierzyństwa. Ja kończyłam szkołę lata temu, ale u mnie w podstawówce nie było nigdy mowy o jakiejś edukacji seksualnej. Raz był tylko obrazek na biologii dziecka w brzuchu i tyle. Później było liceum i tam tez kobiety w żaden sposób nie zostały przygotowane, na studiach też nic o tym nie było. Wydaje mi się, że kobiety powinny być szczere ze swoimi córkami. Mam wrażenie, że w Polsce rodzeństwo nie może dotykać małych dzieci, bo jest przeświadczenie, ze zrobią im krzywdę. Powinno być przeciwnie, niech dadzą bratu czy siostrze mleko, niech pomogą w opiece. Mój starszy syn jest już doświadczony, bo widział wszystko i o wszystkim mu mówiłam. Oczywiście dostosowałam język do tego, w jakim był wieku i teraz w dalszym ciągu rozwijam w nim tę wiedzę. Społeczeństwo powinno przestać się okłamywać i ukrywać emocje kobiet pod płaszczem wstydu. 

N: Przez naszą rozmowę przewijał się wątek opieki medycznej, aby była bardziej ludzka.

I: Nie przeżyłam tego w Polsce, więc wszystko co mówię bazuje na opiniach  moich znajomych. Wiem, że są miejsca, w których jest super, ale też bardzo często się mówi, ze kobieta kobiecie jest wrogiem. Wydaje mi się, że w kobietach jest dużo negatywnych emocji, które później przenoszą na inne kobiety. Może dlatego, ze nikt nas nie uczy empatii. Empatia to jest coś czego bardzo brakuje w Polsce, także na oddziałach porodowych. Brakuje życzliwości, wsparcia, ciepłego słowa. Dodatkowo kobiety muszą stale mierzyć się z oceną. To dla mnie nie do pomyślenia.

N: Co chciałabyś powiedzieć przyszłym rodzicom, a w szczególności mamom?

I: Żeby dopuszczały do siebie wszystkie emocje, te dobre i złe. Aby mówiły o tym i zwierzały się z nich mamie, tacie, czy mężowi, przyjaciółce, komukolwiek, z kim się czują komfortowo. Aby reagowały na wszystkie sygnały, które je niepokoją. Aby nie odcinały się od życia, które miały wcześniej. Jesteś dokładnie tą samą osobą, którą byłaś jakiś czas temu i możesz w dalszym ciągu się rozwijać. Nie myślmy o dziecku jak o ograniczeniu. Aby znalazły balans pomiędzy byciem rodzicem, a byciem sobą. Są tez ciężkie momenty, kiedy dziecko jest chore, albo wszystko idzie nie tak, wszystko boli, ale ból mija. Później tych złych rzeczy tak dobrze się nie pamięta. Pamięta się to co fajne, dobrych ludzi, wspólne chwile. 

Rozmowę przeprowadziła Natalia Muskała - wolontariuszka fundacji Zaginieni

Zdarza się, że osoby starsze w wyniku różnych chorób, takich jak choroba Alzheimera lub demencja, borykają się z problemami z pamięcią. Stanowi to ogromne zagrożenie dla ich bezpieczeństwa. Większość zaginięć spowodowanych tym problemem oparta jest o podobny schemat - senior postanawia opuścić mieszkanie, a po przejściu kilku ulic nie jest już w stanie odnaleźć drogi powrotnej. Co gorsza, często nie jest nawet w stanie powiedzieć jak się nazywa ani podać jakichkolwiek danych, które okazałyby się pomocne w zidentyfikowaniu jej lub jej bliskich. 

Porady odnośnie zabezpieczania osób starszych przed podobnym scenariuszem postanowiłem podzielić na dwie kategorie: dotyczące osób regularnie samodzielnie opuszczających miejsce zamieszkania oraz osób, które nie powinny poruszać się poza domem bez opieki ze względu na stan zdrowia. Niezależnie od sytuacji pamiętajmy, aby zawsze dysponować aktualnym zdjęciem bliskiego nam seniora. W dobie smartfonów nie stanowi to żadnego wyzwania. 

Jeżeli osoba nie może samotnie opuszczać swojego mieszkania, w pierwszej kolejności zadbajmy, aby jej to uniemożliwić. To w pełni uzasadnione działanie na rzecz bezpieczeństwa naszych bliskich, jednak pamiętajmy, aby stawiać granice rozsądnie, z zachowaniem należytego szacunku oraz empatii. Radykalne, nerwowe działania generują napięcia, w wyniku których może narodzić się konflikt, który nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem. Każdy z nas ma swoje potrzeby. Potrzebujemy słońca, świeżego powietrza, a także ruchu. Przymusowe, długotrwałe zamykanie seniorów w jednym pomieszczeniu, choć faktycznie minimalizuje ryzyko zaginięcia, niesie za sobą ryzyko złego samopoczucia, a nawet objawów depresji. Jeśli wędrówka bliskiej nam starszej osoby spowodowana jest nudą lub potrzebą ruchu, znajdźmy jej interesujące zajęcie, które ją zaangażuje i zniweluje ryzyko dalekich wędrówek. Warto także porozmawiać z sąsiadami i wyjaśnić sytuację, aby ich na nią uczulić. Będą mogli wówczas zatrzymać seniora, zainteresować się jego stanem oraz poinformować nas w razie potrzeby o konieczności interwencji. 

Na podstawie wypowiedzi lekarzy o pacjentach dotkniętych demencją, można stwierdzić, że zachowanie takich osób rzadko polega na bezcelowym włóczeniu się po mieście czy innych terenach. W ich głowie zazwyczaj tworzy się plan działania np. wspomnienie, na podstawie którego decydują się ruszyć przed siebie. To cenna wskazówka. Dlatego tak ważne jest, aby spróbować zrozumieć motywację wędrówki ukochanej osoby i podjąć niezbędne kroki, aby się nie zgubiła.

Pomyśl o starszej osobie i zadaj sobie pytanie, co może powodować jej potrzebę wyjścia. Zapewne miała przez całe życie jakiś rodzaj rutyny, którą się kierowała. Wszystko to może wpływać na pojawiające się zachowania. Pomocne mogą być następujące pytania:

  1. Czy osoba starsza była kiedyś bardzo aktywna?
  2. Czy pory jej wyjść z domu pokrywają się z aktywnościami jakie wykonywała w czasie, gdy była jeszcze zdrowa? (np. odebranie dzieci ze szkoły, poranny spacer, wyjście do pracy)
  3. Czy osoba starsza myli przeszłość z teraźniejszością?
  4. Czy ma potrzeby albo marzenia, które chce zrealizować?
  5. Czy ostatnio zmieniło się jej zachowanie?
  6. Czy zaczęła brać nowe leki?
  7. Czy jej samopoczucie ostatnio drastycznie się zmieniło?

Jeżeli zdrowie osoby starszej pozwala jej na opuszczanie mieszkania samotnie, jednak martwimy się o nią, możemy podjąć kilka czynności, które w razie problemu znacząco ułatwią nam jej odnalezienie.

  1. Wyposażenie seniora w telefon komórkowy oraz wyrobienie w nim przyzwyczajenia do ładowania urządzenia i noszenia go przy sobie. 
  2. Rozmawiajmy. To banalne, ale powinniśmy wiedzieć co dzieje się u naszej babci, dziadka czy też innej starszej osoby, która się opiekujemy. Warto poznać jej ulubione miejsca. Dzięki temu łatwiej będzie nam chociaż teoretycznie wytypować przestrzenie, w których może się ona znajdować.
  3. Na wewnętrznej stronie ubrań warto wszyć imię i nazwisko bliskiej nam starszej osoby oraz nasz numer kontaktowy, jeśli mieszkamy niedaleko, co pozwoli nam zainterweniować. W innym wypadku taki numer zawsze powinien należeć do kogoś zaufanego. 
  4. Dobrym oraz coraz  popularniejszym rozwiązaniem jest wyposażenie naszego seniora w urządzenie GPS, np. w postaci zegarka z tego typu urządzeniem, aby w razie zagubienia móc go odnaleźć. Oczywiście należy pamiętać, aby urządzenie to było naładowane i noszone przez seniora. 
  5. Senior często zapomina o telefonie, dokumentach lub gadżetach z nadajnikiem GPS? Ciekawym rozwiązaniem jest oprawienie w ramkę kartki z przykładowym, wyraźnym napisem „Weź ze sobą telefon, portfel i zegarek” oraz powieszenie jej na drzwiach. 

Co powinniśmy zrobić, gdy stwierdzimy, że osoba starsza zaginęła?

Przede wszystkim nie należy zwlekać. Liczy się każda chwila. Niezwłocznie podejmij następujące kroki:

  1. Powiadom Policję. Udaj się na dowolny komisariat i dokonaj zgłoszenia zaginięcia. Możesz zrobić to od razu. Teoria o 24 lub 48 godzinach to mit.
  2. Porozmawiaj z sąsiadami osoby starszej i postaraj dowiedzieć się jak najwięcej o ich ostatnim kontakcie z zaginioną osobą.
  3. Sprawdź okolice i ulubione miejsca osoby starszej.
  4. Niektóre osoby mogą próbować powrócić do starej rutyny, na przykład iść rano do biura lub odebrać dziecko ze szkoły po południu.
  5. Zadzwoń do okolicznych szpitali. Dowiedz się czy osoba starsza tam nie przebywa.
  6. Wykorzystaj moc mediów społecznościowych. Udostępnienie zdjęcia osoby zaginionej na mediach społecznościowych może bardzo szybko trafić do wielu osób. 
  7. Zgłoś zaginięcie do fundacji Zaginieni. Po zgłoszeniu fundacja pomoże Ci oraz zacznie działać zwiększając zasięg poszukiwania za pomocą mediów społecznościowych, a jeżeli zajdzie taka potrzeba, także swoich wolontariuszy, którzy pomogą zorganizować Ci fizyczną akcję poszukiwania. 

Artykuł DKDetektyw dla fundacji Zaginieni

Zuzanna Czerniawska: Powiedz proszę parę słów o tym, jak wygląda Twoja praca i czym się zajmujesz. 

M. Maślanka, lekarz neonatolog: Jestem zatrudniona na oddziale intensywnej terapii noworodka i patologii noworodka jako lekarz. Jest to oddział specyficzny, szczególnie na Śląsku, gdyż jest jednym z nielicznych tak szeroko wyspecjalizowanych. W związku z tym wiele dzieci, które przyjeżdżają, to dzieci z wadami wrodzonymi, dzieci z wielowadziami genetycznymi i do diagnostyki genetycznej, a także takie, które wymagają długotrwałej opieki. Przede wszystkim bardzo dużo maluchów przyjeżdża z wadami wrodzonymi. Są to wady wrodzone chirurgiczne, na przykład wady serca i wady neurochirurgiczne. Zakres tych schorzeń, które mamy i obserwujemy u siebie na oddziale, jest bardzo szeroki. Z drugiej strony mamy dzieci, które są wcześniakami do długotrwałego zaopatrzenia, bo wiadomo, że wcześniaki, zanim dojdą do siebie na tyle, żeby mogły wyjść do domu (i też wychodzą w różnym stanie, w zależności od tego, jak skrajny jest to wcześniak), wymagają leczenia kilkumiesięcznego, nawet do pół roku. Kolejną grupą pacjentów są dzieci na patologii noworodka, które przyjeżdżają do diagnostyki czy to chorób metabolicznych czy innych. Zawsze może się też znaleźć noworodek z jakimś zakażeniem. Generalnie jest to bardzo szerokie spektrum chorych dzieci i noworodków, które wymagają intensywnej opieki i zaopatrzenia. Można powiedzieć, że tak naprawdę pracujemy głównie z dziećmi, ale wiadomo, w pakiecie z każdym dzieckiem jest rodzic. Ponieważ to noworodki, wyczekane malutkie dzieciaki, to ich rodzice tak naprawdę przeżywają razem z nami podczas pobytu na oddziale swojego rodzaju traumę. To są najgorsze momenty w ich życiu, bo często się dowiadują, że ich dziecko, na przykład, nigdy nie będzie zdrowe albo że umiera. 

Jak wygląda taka relacja z rodzicami? Jak reagują podczas rozmowy z lekarzem?

Szczerze mówiąc, znaczna większość z nich gdy przyjeżdża do nas, jest na samym początku w głębokim szoku. Mam wrażenie, że połowa informacji, których im udzielamy, do nich nie do końca dociera. Staramy się za bardzo nie koloryzować. Wiadomo, że nie chodzi o to, aby odebrać rodzicom nadzieję na dalsze leczenie, ale też nie można im jej dawać ponad miarę, jeżeli stan dziecka jest ciężki. Są to sytuacje zazwyczaj nagłe – dziecko się rodzi, coś się dzieje i przyjeżdża do nas w pierwszych dwóch dobrach. Później te reakcje rodziców są dosyć różne, ponieważ są tacy, którzy idą głęboko w wyparcie i tak naprawdę bez względu na to, co się im mówi i jak się przedstawia sytuację, zawsze wypierają to najgorsze i wmawiają sobie, że wszystko będzie w porządku. Z drugiej strony są tacy rodzice, którzy wpadają w stany depresyjne i bardziej się załamują, chociaż wydaje mi się, że większość najpierw przeżywa ten etap wyparcia, a rozpacz przychodzi później. W przypadku dzieci, które rzeczywiście leżą długo i się nie leczą, bądź też w przypadku dzieci, u których liczne są wady genetyczne i widać, że są zniekształcone, rodzice przechodzą szybciej do fazy rozpaczy. Mamy też oczywiście psychologa na oddziale. Jeśli się udaje to staramy się tych rodziców przygotować na moment, w którym przejmą opiekę nad dzieckiem ciężko chorym bądź uszkodzonym przewlekle również w domu. Ciężko jest mi powiedzieć, czy ci rodzice dochodzą do fazy akceptacji podczas leczenia na naszym oddziale. Myślę, że nie, bo jest to za krótki okres czasu. Nawet jeśli są pod opieką psychologa, to się zdarza bardzo rzadko, aby ci rodzice w pełni akceptowali sytuację, w której się znaleźli, ale ciężko mi tu mówić tak ogólnikowo. Każdy przypadek jest inny. 

Czy odczuwasz jako lekarz pracujący na takim oddziale, że ta praca w jakiś sposób cię przytłacza? Czujesz się czasami bardziej obciążona psychicznie? 

Przytłoczona może nie. Zdawałam sobie sprawę, jak wygląda praca na takim oddziale i wiedziałam, na co się piszę. Jest to praca, którą chciałam wykonywać i dalej chcę, więc nie powiedziałabym, że mnie przytłacza. Natomiast są tacy pacjenci i takie historie, którzy zostają w głowie i na pewno jest to mocno obciążające psychicznie. Niejednego pacjenta będę pamiętać jeśli nie do końca życia, to bardzo długo, i niektórych rodziców również. Jest to na pewno mocno obciążająca praca, natomiast nie wiem, czy powiedziałabym, że jest przytłaczająca. Myślę, że nie, że to zależy od cech charakteru. Nie każdy się nadawałby do pracy na takim oddziale, ale to tak jak chyba z każdym zawodem wymagającym pracy z ludźmi, gdzie się spotyka z chorobą i cierpieniem.

Jest jakiś sposób na to, aby personel oddziału radził sobie z tymi trudnymi doświadczeniami albo emocjami? 

Pomaga na pewno rozmowa. Nie ma takiego magicznego sposobu odreagowywania. Myślę, że każdy odreagowuje troszeczkę po swojemu. Wiadomo, że dużo lepiej jest, jeżeli odreagowuje się w sposób mało destrukcyjny, na przykład poprzez sport. Przede wszystkim warto rozmawiać i nie chodzi nawet o jakąś superwizję z psychologiem czy terapię, ale po prostu wystarczy czasem pogadać z osobami z personelu, które też mają kontakt z danym pacjentem czy danymi rodzicami, bo to już dużo daje. Najgorszą rzeczą, którą chyba można zrobić, to trzymanie wszystkiego w sobie, tych negatywnych emocji, których czasem jest już po prostu za dużo. 

Wspominałaś wcześniej, że w tej pracy trzeba mieć odpowiedni charakter. Jakie cechy należy mieć, aby móc pracować na takim oddziale i radzić sobie w pracy? 

Na pewno trzeba mieć dużą dozę empatii. Tak naprawdę my na studiach jako lekarze bardzo się nastawiamy na empatię wobec pacjenta, a tu oprócz pacjenta mamy jeszcze w pakiecie rodziców. Czasami mogą być bardzo męczący, szczególnie jeśli ma się dużo pacjentów, dużo pracy. Mimo wszystko trzeba wykazać się zrozumieniem, bo to jest ich dziecko, ich mały skarb i oni potrzebują, aby im poświęcić czas, aby im wytłumaczyć wszystko na spokojnie. Rodzice nie mogą odczuć tego, że ja się śpieszę, że nie mam czasu, że wkurzają mnie ich pytania. Więc ta empatia musi być skierowana nie tylko do pacjenta, ale też do jego opiekunów i całej jego rodziny; do wszystkich tych emocji, które się rozgrywają u nich w domu. Z drugiej strony jednak trzeba mieć też umiejętność odcinania się troszeczkę od tego, bo głębokie przeżywanie wszystkich emocji razem z rodzicami niestety się nie sprawdza. Nie jesteś w stanie wtedy wykonywać swojej pracy i wyrwać się z tego. A musisz umieć zostawić pracę w pracy i przejść nad tym, co się dzieje, do porządku dziennego. Masz swoją rodzinę, a to nie jest twoje dziecko, nawet jeśli je leczysz przez trzy miesiące. To, co się dzieje, nie do końca zależy od ciebie, bo każde z nich ma inny potencjał zdrowia i niektóre przeżyją, niektóre nie przeżyją, niektóre się wyleczą, inne nie do końca, więc na pewne rzeczy człowiek, nawet jak się bardzo stara, nie ma wpływu. I myślę, że to jest najważniejsze. 

W jaki sposób jako lekarze udzielacie wsparcia psychicznego rodzicom? 

Nie każdy to robi, bo każdy ma inne umiejętności interpersonalne. Ja staram się, aby rodzice mieli zawsze poczucie, że na każde ich pytanie mogę odpowiedzieć. Niczego przed nimi nie ukrywam, mogę im poświęcić tyle czasu, ile tylko potrzebują, jeżeli mają potrzebę porozmawiania z jakimś konsultantem lub ze starszym lekarzem (niektórzy rodzie mają potrzebę porozmawiać z ordynatorem, żeby wiedzieli, że ich dziecko znajduje się pod najlepszą możliwą opieką), że jestem w stanie im to wszystko zapewnić. Ważne są także warunki rozmowy. Teraz już nie prowadzimy rozmów z rodzicami na korytarzach, ale staramy się zapraszać ich do pokoju, gdzie jesteśmy tylko we troje – dwoje rodziców i lekarz, aby nikt nie przeszkadzał i aby oni też mieli możliwość usłyszenia informacji w komfortowych warunkach - bez względu na to, czy te informacje są dobre czy złe.

I kierujecie ich do psychologa, tak? Czy to dotyczy wszystkich rodziców? 

Nie. Nie kierujemy wszystkich, bo mamy tylko jednego psychologa na bardzo duży oddział, więc to byłoby nie do zrobienia. Wstępną rozmowę z psychologiem proponujemy wszystkim rodzicom dzieci ciężko chorych: OIOM-owych, tych, które wymagają przewlekłej opieki albo ich leczenie idzie nie w tym kierunku, w którym chcemy albo dzieci, które źle rokują. Robimy to także, gdy widzimy, że rodzice sobie nie radzą. Może się zdarzyć, że dziecko rokuje dość dobrze, ale wywiad jest obciążony, czyli w rodzinie są na przykład przypadki poronienia, śmierć innych dzieci lub choroby i widzę, że rodzice sobie niezbyt dobrze radzą z sytuacją mając kolejne dziecko narażone czy chore. Wtedy też się staramy kierować ich pod opiekę psychologa, przynajmniej na jedną rozmowę, bo rodzice nie zawsze sami są chętni. W naszym społeczeństwie cały czas jest jednak takie przekonanie, że nie każdy ufa psychologom, nie każdy chce się dzielić emocjami. Jeśli mam takich rodziców to czasem, nawet jeśli oni nie chcą, kontaktuję się z naszą panią psycholog i proszę, aby złapała ich gdzieś na korytarzu i zaproponowała rozmowę. Czasami wtedy się zgadzają, przynajmniej na jedno spotkanie, a potem już sobie oceniają sami, na ile mają potrzebę, na ile nie. Teraz jest dużo trudniej, bo jest COVID, więc te odwiedziny rodziców są niestety wstrzymane, ale zakładamy, że rozmawiamy o takiej normalnej sytuacji. 

Czyli ta współpraca między lekarzem a psychologiem jest w miarę bliska? 

Tak, aczkolwiek muszę powiedzieć, że nie każdy lekarz współpracuje tak ściśle z psychologiem. Patrząc na niektórych lekarzy pracujących u nas na oddziale zauważyłam, że wcale nie nawiązują takiej współpracy z naszą panią psycholog. Ciężko mi powiedzieć, od czego to zależy. Natomiast większość raczej stara się, żeby ta relacja była w miarę bliska, aby przynajmniej rodzicom zasugerować wstępną opiekę na samym początku. Potem już tak naprawdę wszystko zależy od tego, do czego dojdą razem z psychologiem na tych sesjach, czy tego potrzebują, jak często i w jakim wymiarze. 

Czy w jakiś sposób praca wpływa na twoje funkcjonowanie na co dzień? 

Mam nadzieję, że nie na dłuższą metę. Bywają oczywiście cięższe dni. Bywają takie też takie, kiedy na przykład wychodzę z pracy i zanim odpalę samochód, muszę w nim posiedzieć dziesięć minut, bo tak mi się trzęsą ręce i boję się jechać. Są takie dni, gdy nie jestem w stanie zasnąć, bo tak bardzo myślę o jakimś pacjencie czy o sytuacji. Jest potrzebna jednak ta umiejętność odcięcia się i zostawienia tego, co się dzieje w pracy -  w pracy. Staram się, żeby tego nie przenosić aż tak do domu, natomiast na pewno to w jakiś sposób wpływa. Na pewno to zmienia charakter. Po kilku latach pracy na takim oddziale zmienia się też podejście do pewnych rzeczy, człowiek przestaje się przejmować mało istotnymi sprawami, które wcześniej były dla niego bardzo ważne i zaczyna zupełnie inaczej patrzeć.

Byłabyś w stanie określić niektóre wydarzenia jako traumatyczne dla ciebie jako lekarza? 

Myślę, że tak. Na pewno nigdy nie zapomnę pierwszego dziecka, które mi umarło. Miałam kilku takich pacjentów, którzy rzeczywiście byli dla mnie bardzo ciężkimi przypadkami. Zazwyczaj to są dzieci, które przychodzą z jakimś banalnym rozpoznaniem i kończy się tak, że umierają, czego nikt się nie spodziewał przy przyjęciu. Jest to dla mnie dużo trudniejsze niż sytuacja, w której pacjent przyjeżdża z ciężkim rozpoznaniem od razu na start. Wtedy człowiek nastawia się od samego początku, że może być źle. Jeśli dziecko przyjeżdża z jakimś banalnym rozpoznaniem, a potem rozwija się na przykład sepsa i ono umiera, to jest to rzeczywiście bardzo trudne i również bardzo ciężko się rozmawia z jego rodzicami. Ta relacja nie jest łatwa, jeżeli śmierć jest gwałtowna. Było kilku takich rodziców, którzy rzeczywiście odcisnęli na mnie piętno i będę ich, jeśli nie do końca życia, to do końca kariery zawodowej, pamiętać. 

A czy jako pracownicy otrzymujecie jakieś wsparcie ze względu na obciążenie psychiczne lub jesteście przeszkalani w kwestiach zdrowia psychicznego? 

Mamy naszą panią psycholog, która bardzo się stara. Młodsza część kadry ma z nią dobry kontakt, taki bardziej koleżeński. Jest ona mediatorem nie tylko w kontaktach z rodzicami, ale między nami i rodzicami, rozwiązuje też konflikty między personelem. Nie ukrywajmy: praca w takich warunkach i w takim dużym zespole zwykle generuje raz na jakiś czas większe i mniejsze konflikty. Ludzie są bardzo różni i czasami ciężko jest się porozumieć. Jeśli ktoś chce z nią porozmawiać, to nigdy nie odmówiła pomocy czy to w ramach godzin pracy czy to w ramach godzin prywatnych. Natomiast myślę, że to jej prywatna inicjatywa, a nie wsparcie zapewnione przez szpital. Jeżeli zwolniłaby się z naszego  oddziału i przyszedłby ktoś inny, nikt nie wie, jak to by wyglądało. Ale powiem szczerze, że z drugiej strony, gdyby pomoc ta była narzucona odgórnie przez ordynatora czy przez szpital, połowa osób by się nie otworzyła czując, że jest to na nich wymuszone. Dużo lepsza jest fachowa pomoc, ale na stopniu koleżeńskim. Wtedy to działa super. Myślę też, że na innych oddziałach i przy innej kadrze może to wyglądać inaczej. Obecnie jest odgórne zalecenie, że na wszystkich oddziałach III stopnia ma być psycholog, ale dla rodziców, nie dla kadry.  

Czyli nie dostajecie żadnego tego typu wsparcia z instytucji? 

Nie, nie jest to przewidziane. 

Szkoleń też żadnych nie macie w tym zakresie?

Można pójść prywatnie na jakieś szkolenie, ale raczej są to szkolenia z pracy z rodzicami, a nie z przepracowywania własnej traumy lub podobnych problemów. 

Rozmowę przeprowadziła Zuzanna Czerniawska - wolontariuszka fundacji Zaginieni.

Fundacja ZAGINIENI
chevron-down