W trakcie trwania Świąt Bożego Narodzenia i zbliżającego się wielkimi krokami Nowego Roku aż ciężko napisać artykuł o jakiejś tragicznej opowieści, brutalnym morderstwie. Chociaż pewnie w momencie w którym to czytasz, mamy już 2025 😉
Dzisiejszy tytuł to jeden wielki spoiler, ale prawda jest taka, że właśnie takie historie pokazują, że nic nie jest nigdy do końca stracone. Motywacja, nadzieja, uważność i aktywne działanie absolutnie nie są naiwnością, wręcz przeciwnie! Nadają sens. Dlatego zajmiemy się dwiema sprawami zaginięć, które wybrałam nie bez powodu. Rozegrały się na zupełnie przeciwnych krańcach Stanów Zjednoczonych, jedna z nich ciągnęła się aż 18 lat a druga zaledwie 1 dzień, obie zaczęły się praktycznie w ten sam sposób, i zarówno jedna, jak i druga zakończyły się najlepszym możliwym skutkiem.
I didn't want to give one more minute to Phillip and Nancy … they took 18 years of my life, I would like to see them in jail for the rest of their lives. … I don't really believe in the death penalty. It's just hard knowing that you're paying, being a taxpayer now, knowing that you're paying for his meals three times a day.
-Jaycee Dugard
Zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, Meyers w stanie Kalifornia. Przenosimy się w przeszłość do 1991 roku, a na kalendarzu widnieje data 10 czerwca. 11-letnia Jaycee podąża chodnikiem w kierunku przystanku autobusowego, aby dostać się, jak co dzień, do szkoły. W pewnym momencie przy dziewczynce zatrzymuje się szare auto. Kierowca używa paralizatora na dziecku, a pasażerka nieprzytomną ofiarę wciąga do wnętrza pojazdu. W trójkę odjeżdżają z piskiem w podróż, która trwa aż 3 godziny.
Auto wkrótce zatrzymuje się w Antioch, w tym samym amerykańskim stanie. Dziewczynka jest tutaj przetrzymywana w dźwiękoszczelnej szopie przez pierwszy tydzień uprowadzenia - po prawie 2 miesiącach zostaje przeniesiona do większego pokoju. Ma dostęp do telewizora, ale bez wiadomości – nieświadoma jest więc toczących się gorączkowych poszukiwań. Mimo dużej liczby świadków porwania, ślad po dziewczynce zaginął i bardzo trudno było odnaleźć cokolwiek. Jaycee w międzyczasie jest regularnie parę razy w tygodniu molestowana seksualnie i gwałcona przez mężczyznę, który sam siebie uważa za wybrańca Boga. Sprawcą jest kierowca, Phillip Garrido, uzależniony od narkotyków i skazywany już kiedyś za przestępstwa na tle seksualnym. Był na zwolnieniu warunkowym za gwałt, którego dopuścił się w 1976 roku, przez co czasem były przeprowadzane kontrole przez służby – a dokładniej tylko odwiedziny przez próg… Niestety.
Przez następne prawie 8 miesięcy Jaycee ani razu nie wychodzi na zewnątrz, a jej porywacze zakazują jej używać swojego prawdziwego imienia, nawet w pamiętniku, jaki dziewczynka prowadzi. Ma wyrwać wszystkie kartki, gdzie w ogóle wspomina o swojej tożsamości. Tak też robi. A gdy po raz pierwszy wychodzi na zewnątrz, oczywiście pod okiem Garrido, i ma kontakt z sąsiadem, przedstawiając się swoim prawdziwym imieniem, Phillip buduje wokół domu ponad 2-metrowe ogrodzenie.
Dopiero po 3 latach od zniewolenia, czyli około 1994 roku, Jaycee dostaje pozwolenie na chodzenie bez kajdanek w określonych ramach czasowych, a z okazji Świąt Wielkanocnych po raz pierwszy dostaje gotowane jedzenie - wcześniej dostawała jedynie fast foody… Okazjonalnie. W latach 1994-1997 dziewczynka rodzi swojemu oprawcy dwie córki, wychowując je na podstawie tego, co widzi w telewizji. Jednak Phillip wkrótce każe jej mówić, że to Nancy Garrido, druga porywaczka, jest matką córek. Sama Jaycee ma być dla nich tylko starszą siostrą.
Garrido od jakiegoś czasu prowadzi drukarnię, w której Jaycee działa jako graficzka, mając dostęp do telefonu służbowego i konta e-mail. Jednak nigdy nie wspomina o uprowadzeniu ani o swojej prawdziwej tożsamości. Świadkowie twierdzą, że dziewczynka była widziana w domu Garrido i czasami otwierała drzwi wejściowe, aby porozmawiać z ludźmi, ale nigdy nie wspomniała, że jest jakiś problem, nie próbowała też uciec. Podczas gdy „rodzina” trzymała się z dala od siebie, Jaycee z córkami były czasami widywane bawiące się na podwórku za domem, gdzie uważa się, że znajdowały się pomieszczenia mieszkalne uprowadzonej teraz już 17/18-latki.
Pracuję w policji od 21 lat i nigdy nie widziałem tak heroicznego aktu odwagi popełnionego przez 7-latka.
-William Colarulo, inspektor policji w Filadelfii
Północno-wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, Filadelfia. Mamy 22 maja 2002 roku. Po chodniku chodzą dwie małe dziewczynki w wieku odpowiednio 7 i 6 lat, Erica Pratt i Rani Byrd. Nagle obok dzieci zatrzymuje się białe auto z tajemniczo zaciemnionymi szybami. W pojeździe siedzi dwóch mężczyzn, nawołujących starszą z koleżanek, aby wsiadła do pojazdu. Ta odmawia.
Zaledwie kilka sekund później Rani leży na ziemi, zapłakana, po tym, jak została chwilę temu powalona przez jednego z mężczyzn. Białe auto już odjechało z miejsca zdarzenia, a razem z nim zniknęła także 7-letnia Erica. Rani, nie tracąc czasu, od razu udaje się do babci starszej koleżanki, relacjonując, co się stało. Kobieta powiadamia służby, a w międzyczasie rozpoczynają się gorączkowe poszukiwania dziecka przez jej najbliższych.
Przez ulice Filadelfii pędzi rozpędzone białe auto, a w jego środku rozgrywa się scena niczym z horroru. Porwana 7-latka walczy o życie krzycząc o pomoc i próbując uciec z poruszającego się pojazdu. Erica zostaje pozbawiona możliwości ruchu rąk i nóg przez taśmę klejącą, a wkrótce przestaje też cokolwiek widzieć przez tajemniczy materiał zasłaniający jej pole widzenia.
Przez następne 24 godziny Erica jest przetrzymywana w opuszczonym domu. Jej kończyny są ciągle zaklejone, przez co dziewczynka na ten moment nie ma praktycznie żadnych możliwości aby się uratować… ale czy aby napewno?
Rodzina państwa Pratt dostaje tajemniczy telefon. Jak to w większości przypadków takich nagłych uprowadzeń sprzed domu ofiary, główny motyw, jaki podejrzewa policja, właśnie się potwierdza - okup. Kwota, jaka ma być dostarczona w zamian za żywą 7-latkę, wynosi aż 150 tys. dolarów. Jednak jej bliscy jeszcze nie wiedzą, że młoda Erica jest o krok od ucieczki.
Sprytna dziewczynka, gryząc taśmę na nadgarstkach, zyskuje bardzo cenny czas. Jednak przede wszystkim udaje jej się uwolnić – najpierw z zacisku na rękach, a dzięki temu o wiele łatwiej idzie z unieruchomionymi nogami. Rozbija okno, przechodzi przez nie na zewnątrz i ile sił w płucach zaczyna krzyczeć o pomoc. Dzieci bawiące się w okolicy, zaniepokojone tymi dźwiękami, dzwonią na policję. Tym właśnie sposobem Erica zostaje znaleziona zaledwie dzień po porwaniu.
Już trzy dni po porwaniu aresztowani zostają Edward Johnson i James Burns. Jaki podają powód porwania? Była nim plotka o tym, że rodzina Pratt otrzymała ubezpieczenie na życie, zatem mieli pieniądze na okup. Ciekawym jest również fakt, że jeden z oskarżonych przed uprowadzeniem miał do czynienia z bliskimi Eriki – mianowicie pośród akt sądowych użytych w sprawie znalazł się akt oskarżenia wobec Jamesa, który został oskarżony o próbę zastrzelenia wujka dziewczynki. Natomiast Johnson został zidentyfikowany przez Erikę. Mężczyzna przyznał się do winy w maju 2003 roku, a Burns został skazany miesiąc później.
Można powiedzieć, niestety, że rok 2002 zapisał się nieco w kryminalnej historii Stanów Zjednoczonych. Latem tego roku doszło do szeregu głośnych uprowadzeń dzieci. Dodatkiem były szerokie relacje medialne dotyczące wybranych przypadków, a był to bardzo „dobry” sposób na wywołanie ogólnokrajowej paniki. Mimo wszystko, skupienie się na uprowadzeniach dzieci skłoniło rząd do podjęcia działań. Wiele stanów wprowadziło systemy tzw. Amber Alerts.
Amber Alert, najprościej mówiąc, jest wiadomością rozpowszechnioną przez specjalny system do całego społeczeństwa, w celu zwróceniu większej uwagi na potencjalne zauważenie poszukiwanego dziecka. Cały proces rozpoczął się w USA, jednak dziś jest już rozpowszechniony na dużą część świata, nawet w Polsce – pod tą samą nazwą lub zwykłym Child Alert.
Jest to bardzo ciekawy temat, więc może kiedyś doczekasz się o nim artykułu spod mojej ręki. Wróćmy jednak do przeciwległej do Filadelfii Kalifornii i tego, co w międzyczasie dzieje się z Jaycee.
W czerwcu 2002 roku straż pożarna w Antiochii odpowiada na zgłoszenie pewnej nieletniej osoby z urazem barku. Do incydentu miało dojść w basenie na terenie należącym do państwa Garrido. Informacja ta jednak nie jest przekazana dalej, gdyż w rejestrze nie widnieje żadna informacja o nieletnim – lub nawet basenie – pod adresem domu rodziny Garrido.
W 2006 roku jeden z sąsiadów Garrido dzwoni pod 911, aby poinformować, że na podwórku znajdują się tajemnicze namioty, w których mieszkają dzieci. Zastępca szeryfa przyjeżdża na miejsce i rozmawia z Phillipem przed domem przez około 30 minut. Jednak i z tej interwencji nic nie wynika - policjant odchodzi, jedynie informując, że naruszeniem prawa jest „mieszkanie” poza domem na terenie własnej posesji.
4 listopada 2009 roku kalifornijskie Biuro Inspektora Generalnego wydaje raport, według którego Phillip Garrido jest nieprawidłowo sklasyfikowany jako wymagający jedynie niskiego poziomu nadzoru. W dokumencie opisany jest przypadek z przeszłości, około 1992 roku, gdzie agent do spraw zwolnień warunkowych spotkał w domu dwunastoletnią dziewczynkę, ale przyjął wyjaśnienie Garrido, że dziecko było córką jego brata.
Brat Garrido potwierdził potem telefonicznie, że nie ma dzieci.
Takich policyjnych pomyłek było więcej – z perspektywy osoby zbierającej informacje o tej sprawie, praktycznie karygodnych oraz pozbawionych logicznego myślenia; myślę, że ty również to widzisz.
24 sierpnia 2009 roku Garrido odwiedza biuro Federalnego Biura Śledczego w San Francisco, gdzie zostawia esej zawierający jego poglądy na temat religii i seksualności – pisze w nim, w jaki sposób wyleczył swoje dewiacyjne zachowanie, a także jak te informacje mogą być wykorzystane w leczeniu innych seksualnych przestępców. Tego samego dnia Phillip razem ze swoimi dwiema córkami (dziećmi jego i Jaycee) przychodzi na teren Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Miasto to znajduje się około 40 minut autem od Antioch. Na miejscu, w biurze policji kampusu, mężczyzna prosi o pozwolenie na zorganizowanie wydarzenia, które ma być częścią autorskiego programu “God’s Desire”. Przez swoje dziwne zachowanie jest poproszony o pojawienie się następnego dnia, a przy okazji pobrane zostają jego dane osobowe.
Właśnie wtedy pracownicy biura zyskują cenny czas na dogłębne sprawdzenie, kim w ogóle jest Phillip Garrido - w rejestrach ciągle przecież widnieje jako zwolniony warunkowo przestępca na tle seksualnym. Oczywistym jest, że ta informacja od razu budzi w pracownikach biura policji ogromny niepokój. Związek z tym mają też dwie małe dziewczynki, które wyglądały podejrzanie blado…
25 sierpnia 2009 roku Garrido ponownie zjawia się w biurze, razem z córkami, aby ponowić prośbę. Oprócz swojego ekscentrycznego sposobu bycia, pracownikom kampusu rzuca się w oczy bardzo podejrzane uległe zachowanie dzieci. To, wraz z kilkukrotnym naruszeniem warunków swojego zwolnienia, daje podstawę do pełnoprawnego umożliwienia zatrzymania Phillipa. Jednak ani on, ani dziewczynki nie wracają do swojego domu.
Do biura ds. zwolnień warunkowych przychodzi wiadomość głosowa od jednej z oficerek na terenie kampusu. Po jej wysłuchaniu dwóch agentów jedzie do domu Phillipa jeszcze tego samego dnia. Po przybyciu na miejsce Garrido zostaje skuty, ale przeszukanie domu nie przynosi oczekiwanych efektów – nie udaje się odnaleźć dziewczynek, jedynie Nancy i jej własną mamę. Tłumaczone jest to tym, że dziewczynki są tak naprawdę córkami krewnego, a przestępca dostał pozwolenie od ich rodziców, aby się nimi opiekować.
Po zapoznaniu się z aktami, Garrido zostaje odwieziony do domu, ale następnego dnia ma ponownie zgłosić się do biura w celu omówienia jego wizyty w Berkeley, a także podejrzeń co do dziewczynek, które mu wówczas towarzyszyły.
Właśnie w ten sposób, 26 sierpnia 2009 roku, w Concord, również w Kalifornii, Garrido wchodzi do biura zwolnień warunkowych w towarzystwie Nancy, dwóch dziewczynek i Jaycee. Ta ostatnia na miejscu przedstawiana jest jednak jako Allissa. Oficer oddziela wszystkie trzy dziewczynki od ich “opiekunów”, aby móc porozmawiać z nimi na osobności. Jaycee przyznaje, że te dwie młodsze są jej córkami. Broni także Garrido w odniesieniu do jego przestępstw na tle seksualnym, uznając, że jest wspaniałym i dobrym dla dzieci człowiekiem. Dwie dziewczynki również potwierdzają tą wersję.
Jednak lód zaczyna się kruszyć gdy oficer kładzie nacisk na szczegóły dotyczące tożsamości “Allissy”. Jaycee natychmiast przyjmuje postawę obronną, denerwując się i twierdząc, że rodzina Garrido pomaga jej ukrywać się przed przemocowym mężem z Minnesoty.
Brzmi to trochę jak syndrom sztokholmski, nie sądzisz?
Gdy na miejscu w końcu pojawia się sama policja, Garrido przyznaje się do porwania i zgwałcenia “Allissy”, która właśnie zostaje zidentyfikowana jako zaginiona od 18 lat Jaycee Dugard.
The phrase Stockholm Syndrome implies that hostages cracked by terror and abuse become affectionate towards their captors... Well, it's, really, it's degrading, you know, having my family believe that I was in love with this captor and wanted to stay with him. I mean, that is so far from the truth that it makes me want to throw up... I adapted to survive my circumstance.
-Jaycee Dugard 7 lat po wyzwoleniu
Już 27 sierpnia 2009 roku Jaycee zostaje ponownie połączona ze swoją mamą, zachowując przy okazji pieczę rodzicielską nad swoimi dwiema córeczkami.
28 kwietnia 2011 roku para Garrido przyznaje się do porwania i gwałtu z użyciem siły. 2 czerwca tego samego roku Phillip zostaje skazany na 431 lat do dożywocia. Nancy zostaje skazana na 36 lat do dożywocia, co oznacza, że w sierpniu 2029 roku będzie kwalifikować się do zwolnienia warunkowego.
Co dzieje się z obiema kobietami na stan dzisiejszy?
Niestety na temat Eriki nie jestem w stanie znaleźć rzetelnie potwierdzonych informacji - trzeba też przyznać, że sprawa jej porwania nie odbiła się aż tak dużym echem, jak sprawa Jaycee, dlatego na jej temat w sieci jest znacznie mniej wiadomości. To, czego można być pewnym, jest to, że Erica ma dzisiaj około 30 lat. Warto pamiętać jednak o heroicznym zachowaniu tej zaledwie 7-letniej (w chwili porwania) dziewczynki, jako przykład przede wszystkim ogromnej odwagi!
Jaycee natomiast dość aktywnie udziela się w świecie mediów, dzieląc się swoją historią. W 2011 wydała książkę “A Stolen Life: A Memoir”, w której opisuje 18 lat niewoli, m.in. jak radziła sobie w traumatycznych sytuacjach. 5 lat później ukazała się kolejna książka jej autorstwa “Freedom: My Book of Firsts”, gdzie pisze o swoim życiu po wyzwoleniu.
Jaycee ma obecnie 44 lata, a w internecie można znaleźć mnóstwo wywiadów z jej udziałem. W traumie i połączeniu się na nowo ze swoją biologiczną rodziną pomagała jej np. terapia z udziałem koni, o czym również głośno mówi. Ba, ma nawet własną fundację, dzięki której niesie pomoc rodzinom doświadczającym poważnych kryzysów, wyzwań lub konfliktów. Głównym mottem organizacji jest “Just Ask Yourself To Care”.
Ciężko zmieścić 18 lat historii na paru stronach, i na pewno ten artykuł mógłby być o wiele dłuższy, jednak nie chciałam się skupiać na tych brutalniejszych aspektach aż tak szczegółowo. Ten materiał ma bowiem pokazać, jak bardzo różnić mogą się od siebie zaginięcia, jak bardzo ważne jest skrupulatne i aktywne działanie, jak bardzo ważna, np. w procesie śledczym, jest uważność i wrażliwość na subtelne – i nie tylko – zmiany.
Co by się stało, gdyby Erica nie uwolniła się z taśmy klejącej na jej nadgarstkach? Lub gdyby nie udało jej się wybić okna?
Co by się stało gdyby Jaycee powiedziała spotkanemu na początku sąsiadowi prawdę? Lub gdyby Garrido nie zjawił się ze swoim planem wydarzenia w Berkeley?
Na te pytania nie będziemy już nigdy znać odpowiedzi, możemy jedynie spekulować. Mimo to warto przypomnieć sobie historie szczęśliwych zakończeń i zreflektować, jak bardzo różnie mogły się one potoczyć…
Autorka: Julia Skrzypiec, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: People.com, Wikipedia, Medium.com
Piła to miasto położone w województwie wielkopolskim. Położone na pograniczu Pojezierza Wałeckiego i Pojezierza Krajeńskiego, nad Gwdą, około 11 km powyżej jej ujścia do Noteci. Obecnie Piłę zamieszkuje około 72 tysiące mieszkańców. Na dzień, o którym tu będzie mowa to było blisko 76 tyś ludzi. Osób, na których to wydarzenie odciśnie mniejsze lub większe piętno.
Daria to 14-letnia mieszkanka Piły. Mierzyła około 165 cm wzrostu, oczy miała piwne, pieprzyk na lewym policzku oraz 3 pieprzyki na plecach. Mieszkała przy ul. Poznańskiej wraz z rodzicami i rok starszym bratem – Dawidem. Dziewczyna nie miała zbyt wielu koleżanek, była bardzo spokojna, a od szwendania się po mieście wolała naukę. Była skryta, raczej typ domownika. Lubiła spędzać czas z rodziną, zarówno w domu jak i na wycieczkach. Lubiła się uczyć, chodziła na lekcje recytatorskie. Bardzo chciała uczyć się języka angielskiego. Jej pierwsze lekcje językowe miały rozpocząć się z początkiem listopada 1995 roku. Była tym mocno podekscytowana. Nie stwarzała problemów wychowawczych, poza tym, że kilka razy wdała się z bratem w potyczki słowne. W szkole utrzymywała bardzo dobre wyniki.
Nikt nie był gotowy na to, że 9 listopada 1995 roku życie rodziny Młynarczyk ponownie zostanie zaburzone. Państwo Młynarczyk bowiem w życiu doświadczyli już tragedii jaką jest strata dziecka. Gdy najmłodsze z ich dzieci miało 3 lata, doznało porażenia prądem, które skończyło się tragicznie.
Tego dnia Daria miała udać się do księgarni po podręcznik do języka angielskiego, dzięki któremu w końcu spełniłaby swoje marzenie, jakim było przyswajanie tego języka. W momencie, gdy dziewczyna opuszczała dom, jej rodzice byli w pracy. Dziewczyna dotarła do najbliższego przystanku autobusowego w rejonie ul. Polnej, gdzie zauważyć ją miała sąsiadka. Owy przystanek mieścił się jakieś 20 metrów od jej domu.
Następnie jedne źródła donoszą, że dziewczyna wsiadła do autobusu, pokonała dwa przystanki, które dzieliły ją od Placu Konstytucji 3-go Maja, gdzie znajdowała się księgarnia i znika. W innych tabloidach podają, że niewiadomym jest czy dziewczyna w ogóle weszła do jakiegokolwiek autobusu. Mniej więcej w tym samym czasie, na tym przystanku pojawić się miały trzy autobusy, jeden po drugim, każdy z nich był na tyle pełen ludzi, że nikt nie zwracał zbyt wielkiej uwagi już na wchodzących i wychodzących ludzi. Zatem finalnie nikt nie był w stanie potwierdzić tego, że Daria weszła do autobusu, a tym bardziej wyznaczyć numeru linii.
Daria po dokonaniu zakupu miała udać się na spotkanie z matką, która akurat kończyła pracę. Umówiły się, że wspólnie wrócą autobusem do domu, jednak, gdy nastolatka się nie stawiła w umówionym miejscu, kobieta starała się logicznie wytłumaczyć sobie jej nieobecność tym, że może wróciła wcześniejszym autobusem lub spotkała koleżanki i postanowiła się przejść. Jednak, gdy mama Darii wróciła do domu i jej tam nie zastała, postanowiła wraz z mężem poczekać do czasu przyjazdu ostatniego autobusu, który miał miejsce o 22:30. Dziewczyna jednak do tego czasu się nie pojawiła. Postanowili udać się na policję i złożyli oficjalne zawiadomienie o zaginięciu dziewczyny.
Wtedy właśnie na Policji mieli usłyszeć, że od zaginięcia nie minęło jeszcze 48h, że to jest ich czas proceduralny. Zasugerowali jednak, że córka Państwa Młynarczyk jest „na gigancie”, co oznacza, że dobrowolnie uciekła z domu. Zdaniem policjanta nastolatka miała sama wrócić. Policjant niechętnie przyjął zgłoszenie.
Rodzice Darii jednak nie zamierzali po prostu czekać, niezwłocznie sprawdzili wszystkie szpitale w okolicy. Rozważali co mogło się wydarzyć, że Daria nie wróciła. Wypadek? Napaść? Jednak w żadnym ze szpitali jej nie znaleźli. Kolejnego dnia policja podjęła działania na szeroką skalę, które miały na celu odnalezienie Darii, jednak nie znaleziono zupełnie nic, żadnych tropów, śladów czy świadków. Obrali jednak dwa kierunki działań, pierwszy z nich sugerował porwanie Darii za granicę do Hamburga, drugi natomiast prowadził do granicy Niemiec i Austrii, gdzie Daria miała znaleźć się w wyniku utraty pamięci. Śledztwo przybrało wtedy skalę międzynarodową. Również wtedy nie znaleziono nic, co potwierdziłoby którąś z tych tez.
Śledczy mieli również rozważać to czy Daria przed zaginięciem nie wpadła w złe towarzystwo lub czy nie zaprzyjaźniła się z kimś kto w takowym przebywał. Także i w tym przypadku nic nie znaleźli, nie było ani potwierdzenia, ani wykluczenia. W toku sprawy przesłuchano setki osób, sprawdzono także teren przystanku z pomocą psów tropiących.
Niedługo później do sprawy włączył się znany jasnowidz – Krzysztof Jackowski.
Wizja jasnowidza ukazała mu dziewczynę na rowerze, był pewien, że to obraz z przeszłości. Na początku tej wizji obrazy były bardzo niespójne, niewyraźne. Widział Darię, która szła, nie był pewien czy posiadała ona rower. Dziewczyna w jego wizji wracała do domu jednorodzinnego, jednak jasnowidz nie potrafił doprecyzować, czy to jej dom. Zdawało mu się, że była to końcówka tygodnia.
Jackowski wspomniał o tym, że dziewczyna nie żyje. Jego dalsza wizja dotycząca nastolatki mówiła o tym, że ta miała wsiąść do czerwonego busa, który był oklejony napisami, prawdopodobnie reklamowymi. W środku pojazdu miał znajdować się mężczyzna, którego Daria bardzo dobrze znała. Zwracać się miała do niego „wujku” lub traktować go jak wujka. Z rysopisu Jackowskiego wynikało, że mężczyzna miał mieć około 40 lat, nosić wąsa. Jasnowidz osobiście określał, że ta osoba mogła być bliskim znajomym rodziny, czy też sąsiadem. „Wujek” miał pracować na budowie, gdzie miał zabrać dziewczynę. Po drodze mieli pokonać wzniesienie typu wiadukt lub mostek. Na miejscu zgodnie z wizją jasnowidza, nikogo nie było, co sugerowałoby także, że w samochodzie nie przebywał nikt poza wspomnianą dwójką. Mężczyzna miał wyrządzić tam krzywdę Darii, ostatecznie miała ponieść śmierć, a jej ciało zostać gdzieś na tej budowie. Najprawdopodobniej w fundamentach budynku.
Jackowski wskazał także niszczejący budynek, który miał znajdować się w lesie lub miejscu zalesionym w kształcie trójkąta, niedaleko tego miejsca miało mieć miejsce składowanie śmieci, lecz w ilości niewielkiej. Jackowski twierdził, że zwłoki dziewczyny mogły się znajdować w torbie turystycznej. Policja jednak nie zdołała powiązać tych opisów z miejscem rzeczywistym.
Policja w Pile postanowiła mimo wszystko zbadać ten trop, jednak jego wyniki nie są znane, gdyż nie zostały podane do wiadomości publicznej. W czasie trwania śledztwa dot., Darii Młynarczyk Policja z Piły zaopatrzyła się w nowoczesne, jak na te czasy sprzęty poszukiwawcze np. georadary. Udało im się je wypożyczyć od innej jednostki policji, jednak mimo zaangażowania funkcjonariuszy oraz użycia nowoczesnych technologii sprawa nie została zakończona.
Z nieoficjalnych źródeł wynika, że wizja Pana Krzysztofa jest w dużej mierze trafna. Jeden z sąsiadów Darii miał posiadać samochód odpowiadający rysopisowi. Mężczyzna oczywiście w toku postępowania był przesłuchany przez policję, jednak na badanie wariografem już zgody nie wyraził.
Rodzice Darii także sprawdzali okolice wskazywane przez jasnowidza na własną rękę. Między innymi podjęli się przeszukania okolic Śmiłowa pod Piłą. Przeczesali las, wynik jednak był ciągle taki sam. Brak najmniejszych dowodów, tropów czy też wskazówek.
Dawid – brat Darii, w wyniku wydarzeń związanych z zaginięciem siostry, coraz częściej zostawał pod opieką babci, dlatego że jego rodzice starali się sprawdzać każdy jeden wątek związany z ich córką. Każda jedna teza czy poszlaka musiała zostać przez nich sprawdzona. Objeżdżali całą Polskę w poszukiwaniu córki, jednak ich podejście do syna również zostało odmienione, stali się bardzo opiekuńczy, wręcz zanadto. Dzwonili do niego notorycznie z zapytaniem czy dotarł w dane miejsce, czy wszystko jest w porządku, co robi, co ma w planach itp.
W nastoletnim życiu, wśród rówieśników nie pozostało to niezauważone. Dawid starał się być wobec tego wyrozumiały, jednak jego znajomym to zaczęło przeszkadzać, do tego stopnia, że się od niego odsunęli. Na Dawidzie także w dużym stopniu odbiła się samotność, dotychczas mimo wszystko sporo czasu spędzał z siostrą. Zdarzały im się drobne sprzeczki, ale z reguły żyli w zgodzie. Z upływem czasu chłopak skończył szkołę gastronomiczną, Poznał dziewczynę. Bardzo żałował, że nie ma możliwości podzielenia się sukcesami z siostrą.
Owe wydarzenia odbiły się nie tylko na Dawidzie, ale także na sąsiadach, bliskich i znajomych rodziny Młynarczyk. Rodzice zaczęli w większej mierze kontrolować swoje dzieci, pojawił się społeczny lęk przed nieznanym. Bowiem do dziś nie wiadomo co stało się z 14-latką.
W czasie prowadzonego śledztwa pojawiły się informacje, że Daria była widziana, a nawet zaczepiona przez osobę, która wiedziała o jej zaginięciu. Osoba ta, która pozostaje anonimowa dla nas, miała wtedy zapytać Darii, dlaczego nie kontaktuje się z rodziną, na co nastolatka miała odpowiedzieć z oburzeniem, że nie chce takich kontaktów i żeby ją zostawili w spokoju. Jednakże państwo Młynarczyk, mimo że Daria była małomówna i nie zwierzała się nikomu z własnych problemów i odczuć, od razu odrzucili w poszukiwaniach córki motyw ucieczki, ponieważ była dzieckiem bardzo rodzinnym, wręcz ciężko było ją namówić na to by wyszła gdzieś z koleżankami. Najzwyczajniej w świecie lubiła spędzać czas w domu, wśród bliskich. Nigdzie sama nie wyjeżdżała.
Maria Włodarczyk – matka Darii, w jednym z wywiadów wspomniała, że około dwa tygodnie przed zaginięciem córki, oglądały wspólnie telewizję. W programie podano komunikat o zaginięciu jakiejś dziewczyny. Pani Maria miała wtedy uprzedzać córkę odnośnie do kontaktów z obcymi, wsiadaniu do nieznanych jej pojazdów itp. Kobieta wspomniała również o swoim nietypowym śnie. Ukazać miał się jej wtedy dziadek Darii, a jej ojciec, który powiedział „moja wnuczka żyje”. W momencie, gdy zapytała „gdzie jest?”, sceneria snu zmieniła się w nadmorski poranek. Sen ten zaszczepił w kobiecie iskrę nadziei. Zdaniem pani Marii „ranne sny się sprawdzają”.
Sprawą zaginięcia Darii Młynarczyk po latach ponownie zajęło się Poznańskie Archiwum X. Akta zostaną szczegółowo przeanalizowane raz jeszcze, a ślady sprawdzone używając nowoczesnych sprzętów i technik, które nie były dostępne na dzień zaginięcia dziewczyny. Młodszy Aspirant Andrzej Borowiak z KWP w Poznaniu w czasie wywiadu oznajmuje, że policjanci zakładają, że 14-latka została zamordowana, a jej ciało ukryte. Komendant Wojewódzki Policji w Poznaniu wyznaczył nagrodę 10 tysięcy złotych dla osoby, która pomoże rozwikłać zagadkę tego zaginięcia.
Bibliografia:
Autorka: Angelika Więcław, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
“Po 11 latach ciszy chcę, aby Polska zawrzała od tej sprawy. Mój ukochany wujek, brat mojej mamy, KRZYSZTOF POLKO, został zamordowany” - to fragment posta opublikowanego 5 stycznia ubiegłego roku przez panią Alicję. Kontaktuję się z autorką wpisu, chcę poznać historię Krzysztofa, dowiedzieć się, kim był. Pani Alicja nie ma nic przeciwko publikacjom na temat sprawy Krzysztofa, ale grzecznie i stanowczo odmawia rozmowy o wujku. Swoje stanowisko uzasadnia przykrymi doświadczeniami z dziennikarzami - ale nie tylko to jest powodem. Rozmowy na ten temat i konieczność wracania wspomnieniami do tamtych wydarzeń są dla rodziny jak posypywanie solą rany, która tak naprawdę nigdy do końca się nie zagoiła. Szanuję jej decyzję, nie naciskam...
Historią, którą dziś chcę opowiedzieć, przez chwilę żyła stolica - bo to właśnie w Warszawie życie stracił Krzysztof Polko.
Krzysiek urodził się 12 stycznia 1988 roku w Białej Podlaskiej. Był spokojnym, ułożonym chłopakiem, można nawet rzec: typem introwertyka. Jak wspominają bliscy, kiedy dostał swój pierwszy komputer, urządzenie pochłonęło go bez reszty. Jak to młody człowiek, spędzał sporo czasu na grach - lubił zwłaszcza te typu RPG. Brał udział w zlotach, organizował eventy związane z tym tematem. Był również członkiem lokalnego klubu o nazwie “Biały Kruk”, która zrzesza miłośników fantastyki.
Nie skupiał się jednak tylko na rozrywce - próbował również swoich sił w szeroko pojętej informatyce. W sieci robił różne rzeczy, niejednokrotnie udało mu się np. uzyskać dostęp do cudzych kont. Zdaje się jednak, iż te działania nie miały być złośliwe, chłopak raczej sprawdzał w ten sposób swoje możliwości i wiedzę. Krzysiu na tyle dobrze radził sobie z komputerami, że po ukończeniu liceum w rodzinnym mieście, postanowił wyjechać na studia do Warszawy.
Był to rok 2007. Młody mężczyzna wybrał Wydział Mechatroniki na Politechnice Warszawskiej. Interesował się informatyką, robotyką, fantastyką i kulturą japońską. Jego życie opierało się zatem w dużej mierze na łączeniu pasji i zainteresowań ze studiami i przyszłością.
Po rozpoczęciu nauki na uczelni Krzysiek zamieszkał w akademiku Żaczek na warszawskim Mokotowie.
Sytuacja materialna Krzysztofa nie była najlepsza. Oczywiście rodzice pomagali mu w miarę możliwości, ale nie opłacali wszystkich wydatków syna. Mógł z ich strony liczyć na zapłatę za akademik i torbę pełną smakołyków przyrządzonych przez mamę. Zatem, aby polepszyć swoją sytuację, chłopak pisał kolegom ze studiów prace zaliczeniowe.
Krzyś nie był duszą towarzystwa. Odwiedzali go czasem koledzy z liceum, sporadycznie wychodził gdzieś ze współlokatorem. Od czasu do czasu uczestniczył też w posiadówkach w większym gronie znajomych. Jego krąg bliskich przyjaciół był wąski. Tylko nieliczne osoby mogły powiedzieć o nim coś więcej poza tym, że był miły i wesoły.
Krzysiek jawi się raczej jako osoba w znacznej mierze pochłonięta swoimi zainteresowaniami, skupiona na swoich pasjach... A wśród tych, na główny plan wysuwała się chęć dogłębnego poznania Japonii - dlatego też młody mężczyzna uczył się samodzielnie języka japońskiego. Nie sposób jednak nie zauważyć, że stoi to w pewnej opozycji względem ostatnich wydarzeń z jego życia - można by wywnioskować, że skoro bez niczyjej pomocy uczył się “jednego z trudniejszych” języków, a do tego pomagał kolegom ze studiów podczas zaliczeń, to musiał posiadać niemałą wiedzę... Dlaczego zatem nie udało mu się obronić tytułu inżyniera?
Jesienią 2012 roku, wówczas 24-letni, Krzysztof musiał zwolnić pokój w akademiku. Został skreślony z listy studentów.
Młody mężczyzna niespecjalnie często jeździł do Białej Podlaskiej, z bliskimi kontaktował się raczej telefonicznie, czy pisał maile. Dzień, w którym zamierzał opuścić akademik, był jednocześnie tym, w którym, zgodnie z obietnicą złożoną rodzicom, miał zjawić się w rodzinnym domu. Może miał zamiar powiedzieć wówczas rodzicom, że nie udało mu się obronić na studiach...
1 października z całą pewnością nie przebiegał tak, jak normalny dzień z życia Krzyśka. Trzeba było się pożegnać i opuścić miejsce, które przez ostatnie kilka lat zdążyło niejako stać się dla tego młodego człowieka domem.
Krzysztof spakował więc swoje rzeczy do torby i poprosił współlokatora o możliwość zostawienia ich w pokoju na około tydzień. Zapytał również, czy po powrocie do Warszawy będzie mógł zatrzymać się tam, jeśli nic innego sobie nie znajdzie. Kolega się zgodził.
Nie jest jasne, co planował Krzyś. Wiadomo, że opuścił akademik o 14:14, co zarejestrował monitoring budynku. Kolejne nagranie przedstawiające studenta pochodzi z autobusu linii 164 o godzinie 14:40. Podróż chłopaka kończy się na przystanku Bartyki o 15:20. Przez kolejne 3 dni nikt nie ma kontaktu z Krzysztofem.
4 października, przed godziną 17:00, nad Wisłą zostają znalezione zwłoki młodego człowieka.
Mężczyzna leżał na plecach, a na jego piersi widniała tylko jedna rana kłuta. Denat nie miał przy sobie dokumentów ani nic innego, co pozwalałoby poznać jego tożsamość. Funkcjonariusze mają więc problem z ustaleniem jego tożsamości. W mediach pojawia się wizerunek młodego mężczyzny. To właśnie tak bliscy dowiadują się o śmierci Krzysztofa.
Miejsce ujawnienia zwłok jest oddalone od przystanku o około 500 metrów, zaś od lewego brzegu Wisły o około 10 metrów. Mężczyzna nie posiadał przy sobie portfela ani swoich dwóch telefonów. Przy ciele znaleziono tylko pewną karteczkę - znajdowała się na niej informacja, jak dostać się na Wał Zawadowski. Co ciekawe, obecnie wiadomo, że z całą pewnością nie napisał jej Krzysztof. Sprawdzono również pismo jego bliskich oraz znajomych, oni jednak także nie byli autorami notatki.
Mimo przeprowadzenia sekcji zwłok nie udało się ustalić dokładnej godziny, o której nastąpił zgon. Ramy czasowe są dość szerokie - patolożka oszacowała bowiem, iż do śmierci studenta mogło dojść między poniedziałkiem a czwartkiem.
Rana na piersi była tylko jedna. Jej głębokość wynosiła 1,5 cm. Zdaniem lekarzy Krzysztof zmarł z powodu krwotoku, a od momentu zadania rany aż do zgonu mężczyzny mogło upłynąć od kilkunastu do kilkudziesięciu minut. Mimo odniesionej rany Krzysiek najprawdopodobniej był przytomny jeszcze przez jakiś czas; uważa się nawet, że mógł się przemieszczać.
Pojawiły się także informacje o otarciach na nadgarstkach, które mogłyby sugerować ciągnięcie denata za ręce, czy też ich związanie. Nie znaleziono jednak żadnych innych śladów mogących wskazywać na tego typu napaść. Brak jest jakichkolwiek obrażeń świadczących o samoobronie. Nie jest również jasne, czy te ślady na nadgarstkach w ogóle miały związek z ostatnimi godzinami życia Krzysztofa.
Co interesujące, na miejscu zdarzenia nie znaleziono narzędzia zbrodni. W okolicy ujawnienia ciała nie było śladów krwi bądź odcisków obuwia, które wskazywałyby na przemieszczanie się ofiary czy napastnika. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że pogoda 1., jak i 3 października była deszczowa, co mogło spowodować zatarcie tych śladów.
Policja ujawniła ujęcia z kamer komunikacji miejskiej. Śledczych zainteresował mężczyzna widoczny całkiem dobrze na nagraniach z pewnego autobusu. Ów człowiek ubrany był w ciemną kurtkę i najprawdopodobniej dżinsy w kolorze niebieskim. Miał krótkie, ciemne włosy. Opuścił autobus na tym samym przystanku i o podobnej godzinie, co Krzyś. Co ciekawe, po opuszczeniu pojazdu mężczyzna zerkał na jakąś kartkę...
Narzędzie zbrodni nie zostało nigdy znalezione, stwierdzono za to brak oznak samoobrony na ciele zmarłego. Śladów osób trzecich na miejscu ujawnienia zwłok także nie było.
Mimo sprawdzenia komputera Krzysztofa przez specjalistów z USA oraz przesłuchania rodziny i znajomych, nie udało się nic ustalić.
Nie jest jasne, w jakim celu młody mężczyzna udał się w okolice Wisły.
Była dziewczyna 24-latka podejrzewa, że mógł umówić się z kimś, żeby odebrać zakup dokonany przez Allegro, ale nie zostało to w żaden sposób potwierdzone. Bliscy Krzysztofa mają pewność co do tego, że chłopak nie popełnił samobójstwa.
Początkowo sądzono, że zaginął zarówno portfel, jak i dwa telefony należące do mężczyzny, jednak ostatecznie rodzice znaleźli aparaty telefoniczne w jego rzeczach. Zatem jedyną rzeczą Krzyśka, która po dziś dzień nie została odnaleziona, jest jego portfel.
Sprawa została umorzona. Decyzja ta zapadła między innymi ze względu na brak narzędzia zbrodni bądź jakichkolwiek śladów na miejscu zdarzenia czy na ciele denata. Po dziś dzień nie udało się także ustalić tożsamości tajemniczego mężczyzny z autobusu ani do kogo należała karteczka znaleziona przy zwłokach.
Nie da się ukryć, że wersja o samobójstwie jest wygodna... ale czy prawdziwa?
JEŚLI JESTEŚ W POSIADANIU INFORMACJI NA TEMAT ZDARZENIA Z DNIA 1 PAŹDZIERNIKA 2012 ROKU, SKONTAKTUJ SIĘ Z POLICJĄ!
Autorka: Marcelina Biała, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: Facebook