W kolejnym artykule z serii "Sukcesy Archiwum X" przyjrzymy się sprawom tajemniczych morderstw dwóch chłopców: Marcina Skotarka i Sebastiana Talarka.
2 września 2002 roku w miejscowości Lisew Malborski, tuż przy drodze numer 128, między Starą Wisłą a Lisewem, odnaleziono ciało chłopca, na oko 10/12 lat. Na wyjeździe, na polu uprawnym, leżał składak koloru bordowego z białymi błotnikami. 30 metrów dalej, w głębi pola, leżały zwłoki chłopca, ubranego w czerwoną koszulkę oraz niebieskie spodenki, a wokół niego krew. Bardzo dużo krwi.
Z początku Policja była przekonana, że zdarzenie to było potrąceniem, a sprawca zbiegł z miejsca wypadku, przez co Policja wydała oświadczenie o poszukiwaniu potencjalnego sprawy.
Długo jednak nie trzeba było czekać, aby dowiedzieć się, że tak naprawdę chłopiec nie zginął pod kołami auta, a został brutalnie zamordowany. Informacja ta obiegła Polskę dwa dni od tragicznej informacji o śmierci chłopca. Dlaczego więc z początku mówiono tutaj o wypadku drogowym, a nie zabójstwie?
W tej sprawie zabrała głos Gabriela Sikora z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, mówiąc: „Wszystko na to wskazywało. Rower obok ciała na drodze”. Po szczegółowych oględzinach miejsca zbrodni, funkcjonariusze stwierdzili, iż na ciele chłopca znajdywało się 12 ran kłutych, które prawdopodobnie zostały zadane nożem.
Pomoc przy identyfikacji policjanci otrzymali od okolicznych mieszkańców. Kto był ofiarą tej makabrycznej zbrodni?
Był to 11-letni Marcin Skotarek, mieszkaniec Lisewa. A co tak naprawdę chłopiec robił sam, na polnej drodze? Głos zabrała babcia zamordowanego – Stefania Skotarek, która zamieszkiwała sąsiednią wioskę Stara Wisła: „Marcin bawił się pod domem, nie widziałam, aby rozmawiał z obcymi osobami. Pożegnał się jak zawsze. Powiedział: »babciu, jadę do domu«. I odjechał. Był to jeden z moich najgrzeczniejszych wnuków”.
Kolega Marcina wyraził się o nim w następujący sposób: „Zbierał puszki i wszystkie wrzucał do komórki. Raz w miesiącu jeździł z ojcem do Tczewa, by je sprzedać. Słuchał rodziców. O 21.00 szedł z festynu do domu, bo mama go wołała. Inne dzieci wracały o 1.00 w nocy”.
Sam ojciec opisywał Marcina jako dobrego dzieciaka. Pracowity, ciekawy świata. W szkole też szło mu dobrze, był dobrym uczniem.
Z początku było dość trudne. Mieszkańcy zapamiętują podejrzanego mężczyznę, który kręcił się po wsi. Oto fragmenty zeznań kilku świadków:
Dagmara M., z Lisewa: „Wielokrotnie widziałam mężczyznę w wieku 25–30 lat, wzrost około 185 centymetrów, o szczupłej sylwetce, w bluzie lub koszulce ciemnego koloru, spodnie za kolana z kieszeniami. Jechał rowerem, włosy długie, spięte w kitkę, czasem zarost na twarzy, srebrne okulary, dość przystojny. Na szyi nosił łańcuszek, srebrny, z krzyżykiem. Często był widziany w drodze do Lisewa między 15.00 a 17.00 i jak wracał – koło godziny 20.00. Wygląd z twarzy głupkowaty, delikatny szyderczy uśmiech”.
Zeznania innej kobiety, która widziała podejrzaną postać: „13 lipca około 11.00 na drodze do Starej Wisły zauważyłam rodzinę Skotarek: Krzysztofa, Lidię, Martę i Marcina. W odległości 20–30 metrów jechał za nimi na rowerze mężczyzna. Cechą charakterystyczną były jego włosy: związane w kitek, lekko falowane. I broda. Miał górala z kierownicą w kształcie rogów, zagiętych do wewnątrz”.
Sprawą z początku zajmowała się prokurator Mariola Bartkowiak. Ustalenie, kto tak naprawdę jest zabójcą, zajęło śledczym nieco ponad tydzień.
11 września 2002 roku, jak podał aspirant sztabowy Mirosław Kamiński „W trakcie wykonywania czynności służbowych dokonano ustalenia, że osobą odpowiadającą rysopisem mężczyźnie z portretu pamięciowego jest Tomasz Kułaczewski”.
Tomasz K. był wówczas 24-letnim chłopakiem, urodzonym 21 września. Z zawodu był ogrodnikiem. Leczył się w Poradni Zdrowia Psychicznego z powodu nerwicy, otrzymywał także rentę w wysokości 400 złotych miesięcznie.
Dalsze działania jakie podejmuje policja to przewiezienie podejrzanego na miejsce zbrodni. W obecności prokuratora, Tomasz K., poproszony jest o relację w jaki sposób zabił młodego chłopca. Tomasz w swoich zeznaniach powiedział: „Trzech chłopaków zaczepiło mnie o papierosa… Potem zaczęli wyzywać mnie od brudasów i śmieciarzy. Dwóch uciekło, a chłopak od Skotarków został. Dałem mu w twarz. Pobiegł w pole, ja za nim. Przewrócił się, a obok leżał nóż, który miał na rękojeści biały sznurek. Jak leciał w pole, to jeszcze do mnie wrzeszczał: – Śmieciarzu! Betonie! Tak, tak... Rozpoznałem ten nóż, że to mój. Dwa lata wstecz skradziono mi go z ogródka”.
Z jego relacji wynikało, że uderzył chłopca nożem w brodę i rękę.
Nie chciał jednak zrobić mu krzywdy: „Była krew na nożu, ale nie pamiętam, czy moja, czy Marcina. Walnąłem go rękojeścią. Nigdy nie uderzyłem nożem w brzuch ani w szyję. Chciałem tylko postraszyć. O śmierci Marcina dowiedziałem się z telewizji".
Sam stwierdza, że popełniono tu dużo błędów, samo postepowanie przygotowawcze, a później sądowe to czysta farsa, za którą prokurator prowadząca sprawę, powinna ponieść konsekwencje.
28 października 2002 roku, badania biologiczne oraz badania DNA wykluczają obecność krwi Marcina na ubraniach podejrzanego Tomasza K., porównanie włókien z ubrań również nie dawało żadnego rezultatu. Wyglądało to tak, jakby oskarżony nigdy chłopca nie dotknął.
W listopadzie 2003 roku zapadł wyrok w sprawie Tomasza K., sąd skazał go na 15 lat pozbawienia wolności, za zabójstwo 11-letniego Marcina S. W lutym 2004 roku do Sądu apelacyjnego wpływa wniosek, w którym prokurator żąda, aby podniesiono karę do 25 lat, jednak sąd ten wniosek odrzuca.
Skazany siedząc w więzieniu, pisał listy do swojego adwokata, w których tłumaczył, że przyznał się do zbrodni, ponieważ policja obiecała mu spodnie moro, a także leczenie psychiatryczne w szpitalu i uniknięcie skazania, w momencie, w którym się przyzna, więc po prostu to zrobił.
Sebastian T., wraz ze swoimi kolegami łowił ryby, nad rzeką Kłodawka w Łęgowie, zbliżył się do nich nieznany mężczyzna, który skłonił chłopca do rozmowy, po chwili oboje oddalili się od miejsca, w którym przebywał z kolegami. Mężczyzna wydawał się miły, więc chłopiec utrzymywał z nim rozmowę. W oddali sprawca zobaczył szopę na narzędzia, więc pod pretekstem „zobaczenia jak rosną pieczarki”, zwabił chłopca do środka, gdzie później pozbawił go życia. Chłopiec został odnaleziony martwy 30 września 2005 roku, w niewielkiej wsi Łegowo. Sprawca udusił Sebastiana, a także zadał mu kilka ciosów nożem w obojczyk, ramię i szyję.
Na szczęście ta sprawa rozwijała się bardzo szybko. Rolnik zauważył uciekającego przez pola mężczyznę, ruszył swoim traktorem do bunkru, z którego wybiegł długowłosy mężczyzna. Po ujawnieniu zwłok Sebastiana, wezwał policję. Został sporządzony rysopis podejrzanego: „długie czarne włosy, kucyk, spodnie moro, okulary.”, a policjanci, którzy pojechali na dworzec PKP w Tczewie około godziny 15:30 zauważyli mężczyznę, który odpowiadał rysopisowi. Tą osobą okazał się Piotr Trojak, mieszkaniec Tczewa, urodzony w 1977 roku. W chwili zatrzymania mężczyzna miał w swoim plecaku dwa noże, jeden wojskowy z ostrzem około 20 centymetrów, a drugi to nóż kuchenny siedmiocentymetrowy. Dodatkowo posiadał w plecaku rzeczy, które miały pomóc mu doprowadzić się do porządku po zabójstwie.
Przyznał się do winy, mówiąc następujące słowa „Noże zabrałem z domu z zamiarem zabójstwa przypadkowej osoby. Było mi bez różnicy, czy to będzie kobieta, mężczyzna czy dziecko. Jestem biseksualny. Zabójstwa chciałem dokonać na tle seksualnym”. Policjant zadał Piotrowi pytanie, czy było to jego pierwsze zabójstwo. Mężczyzna odpowiedział, "Chciałbym dobrowolnie powiedzieć, że to nie było moje pierwsze zabójstwo. Był 2002 rok. Jeździłem wówczas rowerem, czerwonym Rometem, miałem bojówki w kolorze wyblakłej zieleni, koszulkę z logo Dimmu Borgir...”, dla policjantów był to szok, ponieważ podejrzany opisał dokładnie całą zbrodnię z 2002 roku, a w systemach policyjnych widniała informacja, że sprawca tamtego zabójstwa, został ujęty.
Zaczęto badać Piotra T. Psychologowie podejrzewali, że oskarżony ma osobowość dyssocjalną i psychopatyczną. Na pytanie co odczuwał podczas zabijania, odpowiedział krótko: „Odczuwam swoją siłę. Podnieca mnie poddanie się kogoś.” Z jego relacji wynikało również, że człowiek to tylko mięso i kości. W związku z tym nie relacjonował nigdy emocji oraz uczuć ofiar, tylko ich zachowania.
Ponadto, na komputerze Piotra znaleziono dziecięcą pornografię. Plik ten nazywał się: „Ach te dzieci”.
Jednakże seksuolog profesor Zbigniew Lew-Starowicz, miał wątpliwości czy Piotr T. mógł być pedofilem. Jego zdaniem oskarżony nie czuł pożądania. Rozebrał chłopca, ponieważ chciał go obejrzeć. Zabił, ponieważ zrobił coś niewłaściwego, „zaczepił chłopca”. A pornografia, którą znaleźli w jego komputerze, była tam tylko z ciekawości.
Drugą sprawę odroczono do września 2006 roku, ponieważ nie było opancerzonej furgonetki.
Powołano nowych biegłych z Zakładu Seksuologii Sądowej Instytutu Seksuologii Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego – oddział w Koszalinie. Biegli stwierdzili, iż oskarżony jest seryjnym zabójcą niezorganizowanym i istnieje duże prawdopodobieństwo, iż czyny tego typu będą przez niego powtarzane.
W 2008 roku adwokat Piotra T. wniósł apelację, jednak Sąd Apelacyjny potrzymał wyrok.
Jednocześnie w 2006 roku, uchylono wówczas prawomocny wyrok Tomasza K. Uniewinniono go w sprawie zabicia 10-letniego Marcina z Lisewa. Po niecałych 4 latach opuścił mury więzienne jako osoba niewinna zarzucanych mu czynów. W 2010 roku, otrzymał on zadośćuczynienie w wysokości 300 tysięcy złotych.
W sierpniu 2012 roku, Prokurator Okręgowy w Gdańsku, V Wydział Śledczy, na nowo podjął umorzone postepowanie.
Sprawę tą prowadzili Paweł Mrozowski oraz Jacek Gilewski.
Mężczyźni zaczęli od przesłuchania wszystkich policjantów, którzy mieli cokolwiek wspólnego z nożem, którym zabito 11-latka. Jeden z policjantów powiedział o białych drobinach, a Trojak sam przyznał, że nóż owijał białą linką z tarasu.
Oczywiście znaleźli poszukiwany przedmiot oraz zabezpieczyli go.
Policja przeprowadziła rozmowę ze współosadzonymi Piotra T., którzy mówili o nim w następujący sposób:
Policjanci, idąc dalej tropem popełnianych przed laty błędów, przesłuchali na nowo wszystkich świadków, w tym kolegów Trojaka. Jeden z kolegów od razu rozpoznał na portrecie pamięciowym podejrzanego.
Dopiero 12 września 2012 roku, Piotr Trojak przyznał się do zabójstwa Marcina S. Stwierdził: „Powodem tego, że chcę złożyć wyjaśnienia, jest chęć skrócenia cierpienia rodziny ofiary. Nie wiem, czemu to zrobiłem. Przepraszam. Bardzo tego żałuję”.
20 stycznia 2014 roku, sąd skazał Piotra T. na dożywotnie pozbawienie wolności.
Adwokat skazanego chciał lżejszego wyroku. Sąd był jednak nieugięty, uważając, że w tej sprawie nie ma żadnych podstaw do złagodzenia kary, poprzez charakter czynu, którego się dopuścił. Piotra T. pozbawiono praw obywatelskich na okres 10 lat.
Źródła:
Autor: Paulina Jabłońska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: unsplash.com
Rodzina zaginionego zmaga się z wieloma negatywnymi emocjami, które są trudne do zaakceptowania i wiążą się z wieloma przykrymi skutkami. Mowa tu uczuciach lęku, strachu, które doprowadzają do wielowymiarowego cierpienia, czego skutkiem może być utrata sensu życia. Naprzeciw temu bólu wychodzi koncepcja Viktora Frankla w postaci Logoterapii, która pomaga odnaleźć odpowiednią postawę wobec cierpienia oraz odnalezienie sensu w tej trudnej sytuacji.
Logoterapia jako nurt psychoterapii egzystencjalnej zajmuje się leczeniem poprzez pomoc w odnalezieniu sensu życia, który stanowi najsilniejszy rodzaj motywacji, nawet w najtrudniejszych chwilach. Logoterapia to praca z wartościami i celami w życiu. Jej twórcą jest Viktor Emil Frankl, austriacki psychiatra i psychoterapeuta pochodzenia żydowskiego, więzień obozów koncentracyjnych, m.in. Auschwitz. Frankl wywodzi nazwę swojej koncepcji psychoterapii od: logos(słowo, sens, wyjaśnienie) + therapeo(troszczę się, leczę, dbam) miało wyrazić istotę tej terapii jako: dbanie o sens i wyjaśnianie życia oraz leczenie poprzez pomoc w odnalezieniu sensu, czyli logoterapia.
Pojęcie kryzysu egzystencjalnego odnosi się do konfliktów i lęków towarzyszących problemom wpływającym na jakość naszego życia, głownie wymiaru duchowego, należy do niego również cierpienie towarzyszące podczas utraty kogoś bliskiego. Taki kryzys wiąże się z poczuciem nieodwracalnej zmiany, utraty czasu, możliwości oraz niespełnienia jakiejś ważnej potrzeby związanej z osobą zaginioną np. ważnej rozmowy. Pojawiają się pytania typu: Po co żyć? Jak teraz żyć? Co dalej ze mną będzie? Jaki to ma sens?
Kiedy człowiek nie rozumie tego, co dzieje się w jego życiu, nie zgadza się z tym, może to oznaczać, że osoba doświadcza kryzysu egzystencjalnego. Cierpienie związane z zaginięciem kogoś bliskiego może wiązać się również z nerwicą noogenną. Jest to zaburzenie, którego źródłem są problemy w sferze duchowej (wyparcie, deprywacja potrzeby sensu życia).
Termin „nerwica noogenna” odnosi się do zaburzeń nerwicowych, w których dominującym czynnikiem patogenetycznym jest problem ze sfery duchowej. Za główną przyczynę danej nerwicy uważa się frustrację egzystencjalną, czyli stan związany z niezrealizowaniem potrzeb duchowych, przede wszystkim zablokowaniem dążenia do sensu. Osoba bliska dla zaginionego może doświadczać również frustracji egzystencjalnej. Jest to cierpienie psychiczne, które nie pozwala „być sobą”. Szukanie satysfakcji, żeby oderwać się od cierpienia.
Sytuacja, w której znajduję się bliski osoby zaginionej staje się wydarzeniem traumatycznym, „krzywdą”. Następstwem tego wydarzenia jest przetwarzanie doświadczeń urazowych, które przeradza się w poczucie krzywdy. Trwałe poczucie krzywdy (psychicznego cierpienia) można traktować jako skutek nieudanego przetwarzania emocji, myśli, obrazów, ocen związanych z wydarzeniem traumatycznym.
Reakcją na krzywdę może być: manifestacja krzywdy – doświadczenie krzywdzenia sprawia, że przy wspomnieniach często pojawiają się łzy, zaciska się gardło, trudno komuś mówić i panować nad emocjami (ujawnianie się poczucia krzywdy) oraz wyparcie krzywdy, czyli siła reakcji obronnych sprawia, że niektórzy nie chcą przeżywać i odcinają się od tego, co się wydarzyło.
Konsekwencją może być utrwalenie cierpienia i sposobu myślenia z nim związany. Zbierają się niewypłakane łzy, niewypowiedziane słowa, rozgoryczenie, gniew, żal, lęk- poczucie krzywdy. Powstrzymywanie starych emocji, podobnie jak ich ciągłe przeżywanie, pochłania ogromną ilość energii. Z czasem osoby skrzywdzone stają się zmęczone i przestają mieć ochotę na cokolwiek. Jeśli przy tym często towarzyszą im niepowodzenia zaczynają wątpić w wartość i sens życia, pojawia się poczucie beznadziejności i bezradności.
Trauma nie musi nas niszczyć, jeśli odpowiednio do niej podejdziemy. Najważniejszym elementem jest spojrzenie naszemu lękowi w oczy, zmierzenie się z tym co się wydarzyło, nie uciekamy od cierpienia tylko go urealniamy. Ważne jest podjęcie świadomej decyzji, wyboru wynikającego z wolnej woli. Ogromnym wsparciem będą bogate zasoby zewnętrzne, czyli czerpanie z różnych systemów wsparcia np. rozmowa z psychologiem lub z kimś bliskim. Wpływ na przepracowanie traumy mają również zasoby wewnętrzne, czyli silny system nerwowy, silne ego i dojrzałość, nad którymi możemy pracować. Wsparcie możemy odnaleźć również w zasobach transcendentnych rozumianej jako wiarę w Boga lub Siły Wyższe. Zaginięcie kogoś bliskiego wiąże się z ogromnym, niewyobrażalnym cierpieniem, które silnie obciąża psychikę człowieka i doprowadza do utraty sensu życia, jednak traumę, cierpienie, z którym przyszło nam się zmierzyć jesteśmy w stanie przeżyć i koncepcja Logoterapii nam to umożliwia.
Źródła:
Autor: Klaudia Markiewicz, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: unsplash.com
Zjawisko zaginięć osób w dalszym ciągu jest bardzo powszechne na całym świecie. W samej Polsce każdego roku giną tysiące ludzi. Według statystyk Komendy Głównej Policji, w roku 2022 odnotowano 12 881 zgłoszeń zaginięć, z czego 2 161 to małoletni. Wiele z nich udaje się odnaleźć, a szczególnie pomocny jest w tym Child Alert. Jednak czym on konkretnie jest?
Child Alert to system wsparcia poszukiwań uprowadzonych i zaginionych osób małoletnich. Polega na natychmiastowym poinformowaniu jak największej liczby osób o prowadzonych przez Policję poszukiwaniach, za pośrednictwem mediów oraz innych środków masowego przekazu. Child Alert ma na celu szybsze i skuteczniejsze poszukiwania.

Powodem powstania alarmu było porwanie oraz morderstwo 9-letniej Amber Hagerman w 1996r. w stanie Teksas. Polski system alarmowy funkcjonuje od 20 listopada 2013r., a dotychczas uruchomiono go łącznie 6 razy: dwukrotnie w roku 2015 oraz jednokrotnie w 2019, 2020 i 2022. W bieżącym roku (2023) procedurę uruchomiono jednokrotnie. Zaginione osoby zostały odnalezione, co dowodzi temu, iż system ten jest niezwykle skuteczny.
O uruchomieniu Child Alert decyduje policja i może się ono odbyć na każdym etapie poszukiwań. Za uruchomienie systemu odpowiedzialni są eksperci z Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych Komendy Głównej Policji. Przygotowują oni komunikat z wizerunkiem, informacjami o dziecku i okolicznościach zaginięcia. Child Alert trwa przez 12 godzin, liczonych od momentu rozesłania komunikatu do mediów. Wtedy również otwiera się telefoniczna linia alarmowa pod numerem 995, gdzie odbierane są wszelkie informacje o zaginionej osobie.
Warto mieć na uwadze to, że nie każde zaginięcie dziecka kwalifikuje się do uruchomienia alarmu jakim jest Child Alert. Aby tak się stało muszą zostać spełnione ku temu przesłanki, które zawarto w Zarządzeniu nr 48 Komendanta Głównego Policji z dnia 28 czerwca 2018r. w sprawie prowadzenia przez Policję poszukiwania osoby zaginionej oraz postępowania w przypadku ujawnienia osoby o nieustalonej tożsamości lub znalezienia nieznanych zwłok oraz szczątków ludzkich:


W przypadkach zaginięć dzieci, swoją pomoc oferują:
Źródła:
Autor: Sandra Sobczak, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: unsplash.com