Deprecated: Creation of dynamic property Oxygen_VSB_Dynamic_Shortcodes::$custom_dynamic_datas is deprecated in /home/fundacj5/domains/fundacjazaginieni.pl/public_html/wp-content/plugins/oxygen/component-framework/includes/oxygen-dynamic-shortcodes.php on line 18
Archiwa: sukcesy archiwum x - Strona 2 z 3 - Fundacja Zaginieni
KRS: 0000870180

18 lat… Tyle czasu pani Marianna szuka swojej córki. Jej koleżanki odchowały już dawno dzieci, inne spełniają się w roli babci, ona zaś całą swoją uwagę skupia na poznaniu prawdy.

Co się stało z Justyną Kanicką?

Jest 13 stycznia 2006 roku. Krótko po 19:00 Justyna żegna się z mamą i wychodzi. Nim 24-latka zamyka ostatni raz drzwi od domu przy ulicy Topolowej w Kamieniu Pomorskim, woła do mamy: „tylko nie patrz w okno”.

Pani Mariana miała w zwyczaju odprowadzać wzrokiem opuszczające dom dzieci. Tym razem postąpiła zgodnie z życzeniem córki, czego żałować będzie po dziś dzień.

Po latach, analizując całą sytuację, widzimy, że zachowanie Justyny było niecodzienne. W zgiełku dnia nie mamy jednak czasu na takie rozmyślania; refleksja przychodzi później.

Justyna Kanicka, rozmawiając feralnego wieczoru z mamą, powiedziała, że jedzie do szkoły

Młoda kobieta studiowała w Szczecinie. Zjazdy odbywały się w weekendy, a 13. wypadał w piątek. Poinformowała mamę, że zamierza zatrzymać się u koleżanki - nigdy wcześniej tego nie robiła, zawsze wracała na noc. Pani Marianna przyjęła do wiadomości informację od córki, mimo, że budziła pewne zdziwienie.

Justyna przed blokiem spotkała sąsiadkę - kobiety wymieniły kilka grzecznościowych zwrotów. Kanicka powiedziała, iż spieszy się na autobus do Szczecina, po czym się pożegnała. Sąsiadka była jednak zaskoczona - o tamtej porze żaden transport publiczny nie jechał już w tamtym kierunku.

Nikt od tego czasu nie miał kontaktu z Justyną, przez nikogo kobieta nie była już też więcej widziana. Była osobą spokojną, skrytą i życzliwą; wolny czas spędzała głównie w domu. Justyna otaczała się wąskim gronem znajomych, w znacznej mierze to kobiety - kuzynki i kilka koleżanek.

Młoda kobieta miała pewien kompleks, który wpływał na jej samoocenę

Prawa noga Justyny była nieznacznie krótsza. Wspominała bliskim, że chciałaby poddać się operacji. Wiedziały o tym koleżanki, jak i krewni, można zatem wnioskować, że była to dla Justyny istotna kwestia.

Od jakiegoś czasu 24-latka spotykała się z mężczyzną. Był to dla Justyny pierwszy w życiu poważny związek. Stanowczo mniej ze swojej strony dawał jednak młody mężczyzna...

Justyna Kanicka nie była jedyną kobietą, z którą był w bliskiej relacji Rafał

Oficjalnie miał dziewczynę, z Kanicką spotykał się w tajemnicy - zazwyczaj w jej domu. Rodzice i przyjaciółki zdawali sobie sprawę, że mężczyzna wykorzystywał naiwność Justyny, kobieta jednak nie potrafiła - lub nie chciała - zakończyć tej znajomości.

14 stycznia w sobotę brat Justyny otrzymał z jej numeru wiadomość SMS. Dziś nie jest w stanie sobie przypomnieć, jak dokładnie brzmiała, wiadomość była jednak na tyle niepokojąca, że 22-latek wyszedł ze studniówki, na której przebywał jako osoba towarzysząca.

Mariusz szukał Justyny, dzwonił do niej - jednak bez rezultatu

Po kilku godzinach wraca na imprezę. Dwa dni po opuszczeniu przez Justynę domu, w mieszkaniu Kanickich zjawia się Rafał. Twierdzi, że ma sprawę do Mariusza. Ponoć chce oddać chłopakowi jakiś katalog, spędza chwilę w pokoju Mariusza.

– Pożyczył go bardzo dawno, nie potrzebowałem go, zaskoczyła mnie ta wizyta – relacjonował Mariusz.

Kolejną osobą, która dostaje wiadomość z telefonu Justyny jest jej przyjaciółka

Panie poznały się na szkoleniu, obie pracowały w banku Skok - jedna w Szczecinie, zaś druga w Kamieniu Pomorskim. Szczecinianka otrzymała wiadomość o treści: "wyjeżdżam jak najdalej stąd". Kobietę zaniepokoił sposób pisania smsa, brakowało dużych liter oraz odstępów między wyrazami - Justyna zawsze pisała poprawnie. Przyjaciółka zadzwoniła na numer stacjonarny państwa Kanickich zaledwie kilka minut po wyjściu Rafała. Połączenie odbiera pani Marianna. Przekazane jej przez koleżankę informacje budzą niepokój w Pani Kanickiej. Justyna nie pojawiła się na zajęciach w szkole, nie była też umówiona z koleżanką na nocowanie.

We wtorek 17 stycznia na miejscowym komisariacie policji zjawia się mężczyzna

Ów człowiek twierdzi, iż jest dyrektorem banku Skok. Chce zgłosić, że z kasy zginęły pieniądze.

Krótko po wizycie mężczyzny, na komisariat docierają państwo Kaniccy. Małżeństwo chce zgłosić zaginięcie córki. Funkcjonariusze policji ustalają, że Justyna w dniach poprzedzających zaginięcie zaciągnęła kilka pożyczek w bankach oraz zabrała z miejsca pracy sumę 13 549,18 zł. Łączna suma, jaką dysponowała Justyna w chwili zaginięcia, wynosiła około 32 tysiące. Policja bardzo szybko wyciąga wnioski, Justyna przywłaszczyła pieniądze i uciekła, co potwierdzają wiadomości wysłane z jej telefonu.

Z narracją policji nie zgadza się rodzina zaginionej. Pani Marianna wielokrotnie prosi policję o podjęcie działań. Kobieta chce, aby sprawdzono monitoring na pobliskiej stacji paliw, gdzie Justyna spotykała się z Rafałem; chce również, aby sprawdzono auta mężczyzny, które zostały wystawione na sprzedaż.

Sprawa przez kilka lat stała w miejscu

Śledczy nie podzielali podejrzeń rodziny co do Rafała. Wszelkie wnioski rodziny był blokowane twierdzeniem, że młoda kobieta przywłaszczyła pieniądze i uciekła.

Prawie dwa lata po zaginięciu Justyny, rodzice składają do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Odpowiedź jest odmowna. Pani Marianna nie daje za wygraną, walczy o córkę, pisze wiele listów z prośbą o pomoc i interwencję. Adresatami są między innymi Zbigniew Ziobro, Rzecznik Praw Obywatelskich, Prokuratura Generalna oraz ówczesny prezydent, Lech Kaczyński. To właśnie ten ostatni interweniuje w sprawie i dzięki jego działaniom zaginięciem Justyny zajmuje się Szczecińskie Archiwum X.

Udaje się zabezpieczyć jeden z samochodów należących do Rafała

Znalezione w nim zostają ślady krwi, jednak nie można ustalić, do kogo należała. Śledczy odzyskali również telefon Justyny. Z zebranych informacji udaje się określić, że w dniu zaginięcia Justyna, po opuszczeniu domu, dzwoniła z budki telefonicznej przy ulicy Szczecińskiej na swój numer telefonu, w którego posiadaniu w tym czasie był Rafał.

Mężczyzna został przesłuchany 5 lat po zaginięciu Justyny

W toku przesłuchania twierdził, że nie znał Justyny, innym razem umniejszał relacji, jaka ich łączyła. Narracja Rafała zmieniała się za każdym razem, gdy rozmawiał ze śledczymi. Mężczyźnie zaproponowano badanie wariografem, jednak ten nigdy na nie nie dotarł.

Śledczy na początku maja 2011 r. wzywają Rafała. Ponownie chcą przeprowadzić badanie wariografem. Ten nie przychodzi, pojawia się dopiero pod koniec miesiąca i odmawia rozmowy.

Zostają wytypowane miejsca, gdzie Rafał mógł pozbyć się ciała Justyny.

W ostatnich miesiącach prowadzono tam prace poszukiwawcze, w których czynny udział brały wolontariuszki Fundacji Zaginieni

Z zebranych informacji wynika, iż podejrzewany przez bliskich kobiety Rafał zjawił się w Kamieniu Pomorskim, kiedy rozpoczęto prace poszukiwawcze. Spędził w mieście kilka dni.

Zmowa milczenia, która tej sprawie towarzyszyła przez wiele lat, pęka. Pojawiają się świadkowie, a osoby, które jeszcze kilka lat temu milczały, nabierają odwagi.

Rodzina Justyny nie ma złudzeń, że uda się ją odnaleźć żywą. W 2018 roku kobieta została uznana za zmarłą.

Dlaczego Justyna Kanicka zniknęła?

Hipotez jest kilka: pieniądze, niechciana ciąża, przypadek.

Kobieta, która była oficjalną partnerką Rafała, zakończyła związek kilka dni przed zaginięciem Justyny. Rafał jej mieszkanie opuścił 12 stycznia 2006 roku; noc między 12 a 13 stycznia spędził w hotelu. Zaś już 14 stycznia zjawił się w domu innej kobiety, pytając, czy może się u niej zatrzymać. Z jej relacji wynika, że był przemoczony i miał wysoką temperaturę. Kobieta daje mu alibi na noc zaginięcia Justyny i twierdzi, że przez dwa tygodnie nie opuszczał jej domu.

Jest to niezgodne z prawdą. Rafał dwa dni po zaginięciu Justyny zjawił się w jej rodzinnym domu. Mało tego, znajoma wyżej wspomnianej bywała u niej po zaginięciu Justyny. Nie widziała tam Rafała.

Była partnerka mężczyzny wspomina pewną sytuację. Już po zaginięciu Justyny Rafał zjawił się w jej domu, wymachując plikiem banknotów i domagając się, aby kobieta pozwoliła mu wrócić. Ta jednak była nieugięta. Kilka miesięcy później Rafał stanął przed jej autem i wyciągnął broń. Ta sytuacja powtórzyła się dwukrotnie. Zwieńczeniem jego działań było podpalenie kobiecie auta.

Justyna Kanicka wspominała jednej z koleżanek, że ma już dość Rafała

Powoli zaczynało do niej docierać, że on nie traktuje jej poważnie. Brał od niej pieniądze na wszystko: paliwo, doładowanie telefonu, jedzenie i rozrywkę. Na tym tle dochodziło do nieporozumień między panią Marianną a Justyną. Mama nie rozumiała, jak młoda kobieta, która nie dokłada się do utrzymania domu i nie płaci czesnego za studia, nie ma pieniędzy, mimo stałej pracy.

Dla rodziców było jasne, że Rafał traktuje ich córkę jak źródło dochodu. Justyna przy okazji wyżej wspomnianej rozmowy z koleżanką wspomniała również o agresywnym zachowaniu mężczyzny. Twierdziła, że ją poddusza i wykręca jej ręce. Może gdyby 24-latka wiedziała, że ówczesna partnerka Rafała była traktowana przez niego w podobny sposób, zakończyłaby tę relację wcześniej.

Rafał doskonale manipulował kobietami. Wymyślał choroby, długi u niebezpiecznych ludzi, tylko po to, by wyłudzić pieniądze. Często były to duże sumy. Jedna z jego byłych partnerek wspomniała, iż bawił go jej strach wywołany jego zachowaniem. Padały również słowa: “skończysz jak Kanicka na Cygańskich Stawkach”.

Bliscy Justyny zasługują na prawdę. Justyna Kanicka zasługuje na sprawiedliwość

W ubiegłym roku pani Marianna tak zwróciła się do osób, które mają wiedzę, co spotkało jej córkę:

„Zwracam się z apelem do wszystkich ludzi o pomoc, a w szczególności do tych, co wiedzą i milczą już 17 lat, zwracam się do Waszego sumienia jak matka do matki, jak rodzic do rodzica.

Gdzie jesteś Justyna, daj nam choć drobną wskazówkę – właśnie tymi słowami często proszę Justynę o pomoc w odnalezieniu jej ciała – tak, odnalezieniu jej ciała, abyśmy mogli przeżyć żałobę, mieć miejsce pochówku, miejsce, gdzie można ukoić swój ból i cierpienie po tylu latach.

Jeśli ktokolwiek może nam pomóc, jeśli ktoś przez tyle lat wie, co stało się tej piątkowej nocy z Justyną, niech przerwie milczenie.”

Jeśli posiadasz informacje na temat tego zdarzenia, skontaktuj się z Fundacją Zaginieni przez aplikację Messenger. Możesz też skontaktować się bezpośrednio z Zespołem Przestępstw Niewykrytych przy ul. Kaszubskiej 35 w Szczecinie lub telefonicznie pod numerem telefonu: 47 78 11 833.

Źródła:

Autor: Marcelina Biała, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: archiwum prywatne państwa Kanickich

Mieczysław K., mieszkaniec Krakowa, zaginął ponad 15 lat temu. W niniejszym artykule chcę przedstawić mroczną zagadkę jego zniknięcia, którą rozwiązali policjanci z Archiwum X.

Pracę policyjnego Archiwum X można często kojarzyć jedynie z ponownym otwieraniem spraw, żmudnym przeglądaniem starych dokumentów i zeznań, czy ekshumacją. Choć te skojarzenia nie mijają się z prawdą, są jedynie częścią zadań tej jednostki. Tak naprawdę wiele z tzw. ciemnej liczby przestępstw jest związanych z pracą w tym oddziale. Wszystko, co budzi wątpliwości policjantów: od tajemniczych zgonów, samobójstw, po niewyjaśnione zaginięcia.

W dniu 14 maja 2005 roku, 43-letnia Gabriela K., mieszkanka osiedla Podwawelskiego, zgłosiła na komisariacie zaginięcie męża. Twierdziła, że pojechał samochodem poprzedniego dnia do pracy i do tej pory nie wrócił. Tego samego dnia policjanci znaleźli pojazd w okolicy zalewu Kryspinów. Pomimo podjętych starań, poszukiwania mężczyzny przez policję i najbliższych nie odniosły sukcesu, w związku z tym widniał w policyjnej bazie zaginionych.

Mieczysława K. nie udało się odnaleźć.

Ze braku poszlak i dowodów oraz przez zeznania żony, która sugerowała, że mógł nawet chcieć popełnić samobójstwo, przyjęto, że jego zniknięcie wiąże się z chęcią zmiany dotychczasowego trybu życia.

Po kilku miesiącach, policyjny oddział Archiwum X zaczął przyglądać się okolicznościom zaginięcia. Postanowiono wyjaśnić kilka kwestii związanych ze zniknięciem mężczyzny.

Ponownie przesłuchano żonę i znajomych Mieczysława K.

Policjanci ustalili, że Gabriela od kilku lat spotykała się z innym mężczyzną, 43-letnim Jerzym S., który zamieszkiwał przy ul. Komorowskiego. Para poznała się w 2001 roku na planie filmu, gdzie oboje statystowali. Wkrótce potem sąsiedzi regularnie widywali ich w mieszkaniu Jerzego.

Znajomy Mieczysława zeznał, że ten wiedział o romansie żony, jednak nie chciał rozwodzić się ze względu na młodszą córkę. Gabriela również nie chciała rozwodzić się z mężem, aby nie krzywdzić córek. Dlatego, jak podobno powiedziała, uznała, że żałoba będzie dla nich łatwiejsza do zniesienia. Ta konkluzja doprowadziła do wydarzeń z 13 maja 2005 roku.

Kilka miesięcy po zaginięciu Mieczysława, Gabriela dążyła do prawnego uznania męża za zmarłego. Jerzy wprowadził się do niej, a mieszkanie na ulicy Komorowskiego wynajął studentom.

Informacje na temat domniemanego remontu, który prowadził Jerzy tuż przed wynajęciem mieszkania oraz analiza rozkładu kuchni wykazała, iż w pomieszczeniu znajduje się dodatkowa wnęka, która nie należy do standardowego elementu mieszkań w tym pionie.

Po rozkuciu ściany policjanci odkryli rozkładające się w foliowym worku zwłoki Mieczysława K. Wraz z nimi odnaleziono kilka rzeczy osobistych mężczyzny oraz drewniany, zakrwawiony przedmiot, przypominający pałkę.

ZBRODNIA

Gabriela opisała przebieg zdarzeń z 13 maja 2005 roku, z którego wynikało, że zwabiła męża do mieszkania na ul. Komorowskiego pod pretekstem pomocy chorej koleżance. Zaraz po wejściu do mieszkania, Jerzy uderzył Mieczysława kilkukrotnie drewnianym przedmiotem, aż ofiara upadła na ziemię. Jerzy podniósł go, po czym uderzał nim o framugę drzwi. Po tym, jak mąż jego partnerki stracił przytomność, założył mu na głowę plastikową siatkę i zacisnął sznur na szyi, doprowadzając do uduszenia.

Mieczysław K., o wiele mniejszy od napastnika, nie miał szans na obronę w tak zaaranżowanej sytuacji.

Po zabójstwie para udała się samochodem ofiary nad zalew Kryspinów. Tam porzucili pojazd, celem sfingowania domniemanej ucieczki denata. Pozostawiwszy samochód w krzakach, wybrali się na kolację do pobliskiej restauracji, z której wrócili do domu taksówką. Gabriela twierdziła również, że po powrocie pojechała do córek. Jerzy zaś zajął się budową sarkofagu, w którym zalał ciało Mieczysława wraz z narzędziami zbrodni. Niedługo po tym, jak żona zgłosiła zaginięcie męża, jej partner wynajął mieszkanie, w którym zabetonował zwłoki Mieczysława, studentom.

ŚLEDZTWO, PROCES I KARA

Analiza zeznań świadków oraz zachowanie Gabrieli i Jerzego naprowadziło policjantów na trop prawdziwych, makabrycznych wydarzeń towarzyszących okolicznościom zaginięcia i śmierci Mieczysława K.

Ustalono, że sprawcy od lat obnosili się ze swoim romansem. Spotykali się często w mieszkaniu matki Jerzego, co potwierdzili sąsiedzi i administrator budynku.

Zeznania znajomych ofiary i jego rodziny utwierdziły śledczych w przekonaniu, że choć Mieczysław K. wiedział o zdradzie żony – nie chciał rozwodu.

Gabriela również nie chciała krzywdzić dzieci takim rozwiązaniem, jednak pragnęła żyć z kochankiem. Policjanci dotarli również do sfałszowanych dokumentów, które świadczyły o przepisaniu samochodu Mieczysława na Jerzego, na kilka dni przed zaginięciem. Również Gabriela, zaledwie kilka miesięcy od zgłoszenia zaginięcia, próbowała uznać męża za zmarłego. Wzbudzało to coraz większe wątpliwości w szczerość jej pierwotnych zeznań.

Policjanci dotarli do mieszkania, które Jerzy wynajął studentom. Po rozmowie z administratorem i analizie planów mieszkań w pionie, odkryli niestandardową wnękę. Za pomocą georadaru prześwietlili ścianę i badanie wskazało, że we wnęce mogą znajdować się ludzkie szczątki. Po rozbiciu ściany policjanci odkryli rozkładające się w plastikowym worku zwłoki Mirosława K.

Gabriela po aresztowaniu od razu zgodziła się zeznawać. Przedstawione zdarzenia, w identyczny sposób zostały opisane podczas wizji lokalnej. Interesujący jest fakt, iż Gabriela poprosiła aby owa wizja lokalna odbyła się w innym mieszkaniu. Jak twierdziła, nie potrafiłaby przebywać w miejscu, gdzie został zamordowany i zamurowany jej mąż.

Jerzy nie przyznał się do winy. W jego wersji wydarzeń doszło do kłótni i bójki pomiędzy nim, a Mieczysławem, w wyniku, której Mieczysław K. zmarł.

Sędzia po wnikliwej analizie wszystkich dowodów i zeznań zebranych przy współpracy prokuratora i zespołu Archiwum X, nie miał wątpliwości, że Gabriela i Jerzy działali z premedytacją, a mężczyzna zabił Mieczysława bez skrupułów.

Sąd skazał Jerzego S., na 25 lat pozbawienia wolności, natomiast Gabriela K., została skazana na 12 lat pozbawienia wolności.

***

Archiwum X ma na swoim koncie wiele spraw, które początkowo traktowane jak zaginięcia, okazywały się zabójstwami.

Jak pokazuje historia morderczej intrygi uknutej przez parę kochanków, wnikliwa obserwacja, z pozoru normalnych zachowań i dociekliwość, może łatwo ujawnić prawdziwe intencje, a często pomóc w spojrzeniu na sprawę zupełnie z innej perspektywy.

Źródła:

Autor: Basia Giermek, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: unsplash.com

Serdecznie zachęcamy do lektury poprzednich artykułów z serii "Sukcesy Archiwum X":

  1. SUKCESY ARCHIWUM X: Sprawa Grażyny Ż., 41-letniej kobiety z Gdyni
  2. SUKCESY ARCHIWUM X: Zbrodnia sprzed lat - zabójstwo pielęgniarki Agnieszki D. w Białymstoku
  3. SUKCESY ARCHIWUM X: Sprawy zamordowanych chłopców – Marcina S. i Sebastiana T.

W kolejnym artykule z serii "Sukcesy Archiwum X" przyjrzymy się sprawom tajemniczych morderstw dwóch chłopców: Marcina Skotarka i Sebastiana Talarka.

2 września 2002 roku w miejscowości Lisew Malborski, tuż przy drodze numer 128, między Starą Wisłą a Lisewem, odnaleziono ciało chłopca, na oko 10/12 lat. Na wyjeździe, na polu uprawnym, leżał składak koloru bordowego z białymi błotnikami. 30 metrów dalej, w głębi pola, leżały zwłoki chłopca, ubranego w czerwoną koszulkę oraz niebieskie spodenki, a wokół niego krew. Bardzo dużo krwi.

Z początku Policja była przekonana, że zdarzenie to było potrąceniem, a sprawca zbiegł z miejsca wypadku, przez co Policja wydała oświadczenie o poszukiwaniu potencjalnego sprawy.

Długo jednak nie trzeba było czekać, aby dowiedzieć się, że tak naprawdę chłopiec nie zginął pod kołami auta, a został brutalnie zamordowany. Informacja ta obiegła Polskę dwa dni od tragicznej informacji o śmierci chłopca. Dlaczego więc z początku mówiono tutaj o wypadku drogowym, a nie zabójstwie?

W tej sprawie zabrała głos Gabriela Sikora z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, mówiąc: „Wszystko na to wskazywało. Rower obok ciała na drodze”. Po szczegółowych oględzinach miejsca zbrodni, funkcjonariusze stwierdzili, iż na ciele chłopca znajdywało się 12 ran kłutych, które prawdopodobnie zostały zadane nożem.

Pomoc przy identyfikacji policjanci otrzymali od okolicznych mieszkańców. Kto był ofiarą tej makabrycznej zbrodni?

Był to 11-letni Marcin Skotarek, mieszkaniec Lisewa.  A co tak naprawdę chłopiec robił sam, na polnej drodze? Głos zabrała babcia zamordowanego – Stefania Skotarek, która zamieszkiwała sąsiednią wioskę Stara Wisła: „Marcin bawił się pod domem, nie widziałam, aby rozmawiał z obcymi osobami. Pożegnał się jak zawsze. Powiedział: »babciu, jadę do domu«. I odjechał. Był to jeden z moich najgrzeczniejszych wnuków”.

Jaki był tak naprawdę Marcin S.?

Kolega Marcina wyraził się o nim w następujący sposób: „Zbierał puszki i wszystkie wrzucał do komórki. Raz w miesiącu jeździł z ojcem do Tczewa, by je sprzedać. Słuchał rodziców. O 21.00 szedł z festynu do domu, bo mama go wołała. Inne dzieci wracały o 1.00 w nocy”.

Sam ojciec opisywał Marcina jako dobrego dzieciaka. Pracowity, ciekawy świata. W szkole też szło mu dobrze, był dobrym uczniem.

Jak wyglądało śledztwo?

Z początku było dość trudne. Mieszkańcy zapamiętują podejrzanego mężczyznę, który kręcił się po wsi. Oto fragmenty zeznań kilku świadków:

Dagmara M., z Lisewa: „Wielokrotnie widziałam mężczyznę w wieku 25–30 lat, wzrost około 185 centymetrów, o szczupłej sylwetce, w bluzie lub koszulce ciemnego koloru, spodnie za kolana z kieszeniami. Jechał rowerem, włosy długie, spięte w kitkę, czasem zarost na twarzy, srebrne okulary, dość przystojny. Na szyi nosił łańcuszek, srebrny, z krzyżykiem. Często był widziany w drodze do Lisewa między 15.00 a 17.00 i jak wracał – koło godziny 20.00. Wygląd z twarzy głupkowaty, delikatny szyderczy uśmiech”.

Zeznania innej kobiety, która widziała podejrzaną postać: „13 lipca około 11.00 na drodze do Starej Wisły zauważyłam rodzinę Skotarek: Krzysztofa, Lidię, Martę i Marcina. W odległości 20–30 metrów jechał za nimi na rowerze mężczyzna. Cechą charakterystyczną były jego włosy: związane w kitek, lekko falowane. I broda. Miał górala z kierownicą w kształcie rogów, zagiętych do wewnątrz”.

Sprawą z początku zajmowała się prokurator Mariola Bartkowiak. Ustalenie, kto tak naprawdę jest zabójcą, zajęło śledczym nieco ponad tydzień.

11 września 2002 roku, jak podał aspirant sztabowy Mirosław Kamiński „W trakcie wykonywania czynności służbowych dokonano ustalenia, że osobą odpowiadającą rysopisem mężczyźnie z portretu pamięciowego jest Tomasz Kułaczewski”.

Teraz zadajmy sobie kolejne pytanie, kim tak naprawdę był Tomasz K.?

Tomasz K. był wówczas 24-letnim chłopakiem, urodzonym 21 września. Z zawodu był ogrodnikiem. Leczył się w Poradni Zdrowia Psychicznego z powodu nerwicy, otrzymywał także rentę w wysokości 400 złotych miesięcznie.

Dalsze działania jakie podejmuje policja to przewiezienie podejrzanego na miejsce zbrodni. W obecności prokuratora, Tomasz K., poproszony jest o relację w jaki sposób zabił młodego chłopca. Tomasz w swoich zeznaniach powiedział: „Trzech chłopaków zaczepiło mnie o papierosa… Potem zaczęli wyzywać mnie od brudasów i śmieciarzy. Dwóch uciekło, a chłopak od Skotarków został. Dałem mu w twarz. Pobiegł w pole, ja za nim. Przewrócił się, a obok leżał nóż, który miał na rękojeści biały sznurek. Jak leciał w pole, to jeszcze do mnie wrzeszczał: – Śmieciarzu! Betonie! Tak, tak... Rozpoznałem ten nóż, że to mój. Dwa lata wstecz skradziono mi go z ogródka”.

Z jego relacji wynikało, że uderzył chłopca nożem w brodę i rękę.

Nie chciał jednak zrobić mu krzywdy: „Była krew na nożu, ale nie pamiętam, czy moja, czy Marcina. Walnąłem go rękojeścią. Nigdy nie uderzyłem nożem w brzuch ani w szyję. Chciałem tylko postraszyć. O śmierci Marcina dowiedziałem się z telewizji".

Jak się później okazuje, policjant z Archiwum X, mówi, że wszystkie dowody jak i samo prowadzenie sprawy dają wiele do życzenia.

Sam stwierdza, że popełniono tu dużo błędów, samo postepowanie przygotowawcze, a później sądowe to czysta farsa, za którą prokurator prowadząca sprawę, powinna ponieść konsekwencje.

28 października 2002 roku, badania biologiczne oraz badania DNA wykluczają obecność krwi Marcina na ubraniach podejrzanego Tomasza K., porównanie włókien z ubrań również nie dawało żadnego rezultatu. Wyglądało to tak, jakby oskarżony nigdy chłopca nie dotknął.

W listopadzie 2003 roku zapadł wyrok w sprawie Tomasza K., sąd skazał go na 15 lat pozbawienia wolności, za zabójstwo 11-letniego Marcina S. W lutym 2004 roku do Sądu apelacyjnego wpływa wniosek, w którym prokurator żąda, aby podniesiono karę do 25 lat, jednak sąd ten wniosek odrzuca.

Dlaczego więc Tomasz K., przyznał się do zbrodni, której tak naprawdę nie popełnił, a wszystkie dowody, także wskazywały jego niewinność?

Skazany siedząc w więzieniu, pisał listy do swojego adwokata, w których tłumaczył, że przyznał się do zbrodni, ponieważ policja obiecała mu spodnie moro, a także leczenie psychiatryczne w szpitalu i uniknięcie skazania, w momencie, w którym się przyzna, więc po prostu to zrobił.

Przenieśmy się do 2005 roku, a mianowicie do sprawy zabójstwa Sebastiana T., który został równie bestialsko zamordowany przez nieznanego sprawcę.

Sebastian T., wraz ze swoimi kolegami łowił ryby, nad rzeką Kłodawka w Łęgowie, zbliżył się do nich nieznany mężczyzna, który skłonił chłopca do rozmowy, po chwili oboje oddalili się od miejsca, w którym przebywał z kolegami. Mężczyzna wydawał się miły, więc chłopiec utrzymywał z nim rozmowę. W oddali sprawca zobaczył szopę na narzędzia, więc pod pretekstem „zobaczenia jak rosną pieczarki”, zwabił chłopca do środka, gdzie później pozbawił go życia. Chłopiec został odnaleziony martwy 30 września 2005 roku, w niewielkiej wsi Łegowo. Sprawca udusił Sebastiana, a także zadał mu kilka ciosów nożem w obojczyk, ramię i szyję.

Na szczęście ta sprawa rozwijała się bardzo szybko. Rolnik zauważył uciekającego przez pola mężczyznę, ruszył swoim traktorem do bunkru, z którego wybiegł długowłosy mężczyzna. Po ujawnieniu zwłok Sebastiana, wezwał policję. Został sporządzony rysopis podejrzanego: „długie czarne włosy, kucyk, spodnie moro, okulary.”, a policjanci, którzy pojechali na dworzec PKP w Tczewie około godziny 15:30 zauważyli mężczyznę, który odpowiadał rysopisowi. Tą osobą okazał się Piotr Trojak, mieszkaniec Tczewa, urodzony w 1977 roku. W chwili zatrzymania mężczyzna miał w swoim plecaku dwa noże, jeden wojskowy z ostrzem około 20 centymetrów, a drugi to nóż kuchenny siedmiocentymetrowy. Dodatkowo posiadał w plecaku rzeczy, które miały pomóc mu doprowadzić się do porządku po zabójstwie.

Podejrzany o zabójstwo, został przewieziony na komisariat i tam przesłuchany.

Przyznał się do winy, mówiąc następujące słowa „Noże zabrałem z domu z zamiarem zabójstwa przypadkowej osoby. Było mi bez różnicy, czy to będzie kobieta, mężczyzna czy dziecko. Jestem biseksualny. Zabójstwa chciałem dokonać na tle seksualnym”. Policjant zadał Piotrowi pytanie, czy było to jego pierwsze zabójstwo. Mężczyzna odpowiedział, "Chciałbym dobrowolnie powiedzieć, że to nie było moje pierwsze zabójstwo. Był 2002 rok. Jeździłem wówczas rowerem, czerwonym Rometem, miałem bojówki w kolorze wyblakłej zieleni, koszulkę z logo Dimmu Borgir...”, dla policjantów był to szok, ponieważ podejrzany opisał dokładnie całą zbrodnię z 2002 roku, a w systemach policyjnych widniała informacja, że sprawca tamtego zabójstwa, został ujęty.

Jakie były dalsze kroki, które zostały podjęte w tej sprawie?

Zaczęto badać Piotra T. Psychologowie podejrzewali, że oskarżony ma osobowość dyssocjalną i psychopatyczną. Na pytanie co odczuwał podczas zabijania, odpowiedział krótko: „Odczuwam swoją siłę. Podnieca mnie poddanie się kogoś.” Z jego relacji wynikało również, że człowiek to tylko mięso i kości. W związku z tym nie relacjonował nigdy emocji oraz uczuć ofiar, tylko ich zachowania.

Ponadto, na komputerze Piotra znaleziono dziecięcą pornografię. Plik ten nazywał się: „Ach te dzieci”.

Jednakże seksuolog profesor Zbigniew Lew-Starowicz, miał wątpliwości czy Piotr T. mógł być pedofilem. Jego zdaniem oskarżony nie czuł pożądania. Rozebrał chłopca, ponieważ chciał go obejrzeć. Zabił, ponieważ zrobił coś niewłaściwego, „zaczepił chłopca”. A pornografia, którą znaleźli w jego komputerze, była tam tylko z ciekawości.

Pierwsza sprawa odbyła się 27 kwietnia 2006 roku.

Drugą sprawę odroczono do września 2006 roku, ponieważ nie było opancerzonej furgonetki.

Powołano nowych biegłych z Zakładu Seksuologii Sądowej Instytutu Seksuologii Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego – oddział w Koszalinie. Biegli stwierdzili, iż oskarżony jest seryjnym zabójcą niezorganizowanym i istnieje duże prawdopodobieństwo, iż czyny tego typu będą przez niego powtarzane.

W listopadzie 2007 roku, oskarżony Piotr T. zostaje skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności, z prawem do ubiegania się o zwolnienie warunkowe po 30 latach swojej odsiadki za zabicie Sebastiana T.

W 2008 roku adwokat Piotra T. wniósł apelację, jednak Sąd Apelacyjny potrzymał wyrok.

Jednocześnie w 2006 roku, uchylono wówczas prawomocny wyrok Tomasza K. Uniewinniono go w sprawie zabicia 10-letniego Marcina z Lisewa. Po niecałych 4 latach opuścił mury więzienne jako osoba niewinna zarzucanych mu czynów. W 2010 roku, otrzymał on zadośćuczynienie w wysokości 300 tysięcy złotych.

W sierpniu 2012 roku, Prokurator Okręgowy w Gdańsku, V Wydział Śledczy, na nowo podjął umorzone postepowanie. 

Sprawę powierzono Komendzie Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, a do akcji wkroczyło policyjne Archiwum X.

Sprawę tą prowadzili Paweł Mrozowski oraz Jacek Gilewski.

Mężczyźni zaczęli od przesłuchania wszystkich policjantów, którzy mieli cokolwiek wspólnego z nożem, którym zabito 11-latka. Jeden z policjantów powiedział o białych drobinach, a Trojak sam przyznał, że nóż owijał białą linką z tarasu.

Za zgodą prokuratora, policjanci Archiwum X, otrzymali zgodę na przeszukanie zabytkowego wiatraka, w którym mieszkał podejrzany Piotr T.

Oczywiście znaleźli poszukiwany przedmiot oraz zabezpieczyli go.

Policja przeprowadziła rozmowę ze współosadzonymi Piotra T., którzy mówili o nim w następujący sposób:

Policjanci, idąc dalej tropem popełnianych przed laty błędów, przesłuchali na nowo wszystkich świadków, w tym kolegów Trojaka. Jeden z kolegów od razu rozpoznał na portrecie pamięciowym podejrzanego.

Mężczyzna wspomniał, że już wcześniej był przesłuchiwany, jednak to policjanci z Archiwum X, pokazali mu pierwszy raz portret podejrzanego.

Dopiero 12 września 2012 roku, Piotr Trojak przyznał się do zabójstwa Marcina S. Stwierdził: „Powodem tego, że chcę złożyć wyjaśnienia, jest chęć skrócenia cierpienia rodziny ofiary. Nie wiem, czemu to zrobiłem. Przepraszam. Bardzo tego żałuję”.

20 stycznia 2014 roku, sąd skazał Piotra T. na dożywotnie pozbawienie wolności.

Adwokat skazanego chciał lżejszego wyroku. Sąd był jednak nieugięty, uważając, że w tej sprawie nie ma żadnych podstaw do złagodzenia kary, poprzez charakter czynu, którego się dopuścił. Piotra T. pozbawiono praw obywatelskich na okres 10 lat.

Źródła:

Autor: Paulina Jabłońska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni

Zdjęcie: unsplash.com

Serdecznie zachęcamy do lektury poprzednich artykułów z serii "Sukcesy Archiwum X":

  1. SUKCESY ARCHIWUM X: Sprawa Grażyny Ż., 41-letniej kobiety z Gdyni
  2. SUKCESY ARCHIWUM X: Zbrodnia sprzed lat - zabójstwo pielęgniarki Agnieszki D. w Białymstoku
Fundacja ZAGINIENI
chevron-down