Na jednej z Zabrzańskich ulic, 22 października 2022 roku doszło do niecodziennej sytuacji. Funkcjonariusze policji zatrzymali 63-letniego mężczyznę.
Praca policjantów z Archiwum X z całą pewnością nie należy do najłatwiejszych. Lwia część spraw zaczyna się od akt, notatek służbowych, wielu stron dokumentów, które ktoś kiedyś napisał. Czytasz protokół przesłuchania i czekasz na to jedno pytanie, które chciałbyś zadać, a okazuje się, że nigdy nie padło.
Akta, które trafiają pod skrzydła Archiwum X, to nie są proste sprawy, z jakiegoś powodu nie zostały rozwiązane.
Bieszczadzka zmowa milczenia to sprawa niezwykle trudna, mataczenie, ukrywanie dowodów, zastraszanie świadków, morderstwa.
Dla oskarżonego cenniejsze niż ludzkie życie okazało się kilkanaście lat na wolności…
Tadeusz P. zastępca komendanta w Lesku, jego ojciec oraz ówczesny zastępca komendanta rejonowego urzędu spraw wewnętrznych jadą do Lesku. Panowie nim wsiedli do auta, spędzili wspólnie wolny czas, racząc się trunkami.
W okolicy zajazdu Pod Gruszą w Łączkach na drogę wybiegł im nietrzeźwy mężczyzna, wypadek okazał się śmiertelny dla pieszego. Osobą prowadzącą pojazd był Franciszek P. ojciec zastępcy komendanta i jedyny trzeźwy w samochodzie. Jak twierdził Franciszek P., nie miał pola manewru, pieszy pojawił się na jezdni nagle.
Świadków zdarzenia było kilkoro, kucharka z zajazdu, kolega denata, taksówkarz, który jechał z naprzeciwka oraz młody milicjant Krzysztof Pyka. Ten ostatni widząc, co się stało, miał niezwłocznie udać się do domu innego funkcjonariusza milicji, który mieszkał nieopodal, to właśnie od niego jechała wyżej wymieniona czwórka.
W domu Józefa B. telefon miał być popsuty. Obaj milicjanci tj. Krzysztof Pyka oraz Józef B., udają się na miejsce zdarzenia.
12 grudnia Krzysztof Pyka po służbie nie wrócił do domu, było to niepokojące dla jego żony. Młody milicjant nie należał do osób, które tak postępują. Sumienny, godny zaufania, cieszył się szacunkiem wśród ludzi mimo iż był obcy, przyjezdny.
Po ukończeniu szkoły podjął pracę w milicji, początkowo służył w Polańczyku. Funkcjonariusze pełniący tam służbę mieli również obowiązek patrolować jezioro Solińskie, Krzysztof nie najlepiej czuł się w okolicach wody, bał się żywiołu. Nie do końca jest jasne czy to z tego powodu został przeniesiony do Leska, gdzie pełnił służbę w wydziale kryminalnym.
Kiedy mężczyzna zaginął, koledzy po fachu starali się podążać wielotorowo, ucieczka od żony i problemów, wyjazd z kochanką, wyjazd za granice, samobójstwo. Wszystkim tym teoriom zaprzeczali bliscy zaginionego. Ruszyły poszukiwania terenowe, ale nim te się na dobre rozpoczęły, do funkcjonariuszy i ochotników dotarła wieść, że poszukiwanego ktoś widział w Szczytnie. Poszukiwania zakończono.
Wszyscy, którzy znali funkcjonariusza Pyka zdawali sobie sprawę, że jest to podejrzana sprawa.
Nim Krzysztof zaginął, zdążył podzielić się z kilkoma osobami swoimi obawami. Wypadek, który się wydarzył 21 listopada 1985 roku, nie wyglądał tak, jak oficjalnie go przedstawiano.
Prawda mogła ujrzeć światło dzienne dużo wcześniej, wymagało to jednak odwagi, na którą najprawdopodobniej był gotów jedynie Krzysztof Pyka.
Dziś wszystko wydaje się klarowne, spójne, mimo że wyrok jeszcze nie zapadł.
Mężczyzna najprawdopodobniej stracił panowanie nad kierownicą i zjechał na przeciwległy pas, a następnie na pobocze. Na pasie zieleni znajdował się 37-letni Edward Krajnik, który po kilku głębszych i kłótni z kolegą biegnąc, oddalił się od zajazdu Pod Gruszą. 37-latek chwilę później znalazł się na masce samochodu prowadzonego przez Tadeusza P.
Naocznym świadkiem zdarzenia była kucharka, gdy zobaczyła, co się dzieje, wydała z siebie głośny okrzyk, który zwrócił uwagę kolegi Edwarda. Mężczyzna odwrócił się w stronę szosy i zobaczył, że bezwładne ciało kompana upada na jezdnię. Z naprzeciwka nadjechała taksówka, kierowca się zatrzymał na widok zaistniałej sytuacji, kilka sekund później zatrzymał się również autobus, którym jechał Krzysztof Pyka.
Młody milicjant chciał pomóc, w zamian za dobre chęci, od mężczyzny w okularach usłyszał, że ma wsiąść z powrotem do autokaru i „wypier..”. Kierowca taksówki usłyszał rozmowę między Tadeuszem P., a Lucjanem P., (ten drugi był zastępcą komendanta rejonowego urzędu spraw wewnętrznych i nosił okulary) „nie bój się, nic z tego nie będzie”. Możemy jedynie wnioskować, jaki był dalszy przebieg zdarzeń, nieco rozjaśniają sytuację zeznania byłej żony Tadeusza P. Kobieta twierdzi, że mąż przyjechał po ojca i zabrał go na miejsce zdarzenia. Dalsze kroki Tadeusza P., zmierzały do wyciszenia sprawy.
Krzysztof Pyka został uwzględniony w protokole z miejsca zdarzenia, mimo iż kazano mu wsiąść do autobusu i odjechać. W dokumencie napisano, że udał się do domu Józefa B., by wykonać telefon. Józef podpisał się pod tym dokumentem, natomiast Krzysztof miał wątpliwości.
Pani Maria tak wspomina, to co powiedział jej funkcjonariusz Pyka:
– Krzysiek chciał pomóc, ale podszedł do niego Lucjan P., wziął pod ramię i powiedział: ty stąd wypier… Ciebie tutaj nie było i nic nie widziałeś.
Wiedział, że nic nie wskóra. Wsiadł do autobusu i odjechał.
Pani Maria nie jest jedyną osobą, której Krzysztof coś wspomniał o feralnym wieczorze. Ewidentnie go to gryzło, nie wiedział, co ma z tym zrobić, jak się zachować.
W dniu, w którym zaginął, dyżurnemu na komisariacie zostawił pieniądze i znaczki (Krzysztof Pyka był skarbnikiem).
– Panie Staszku, oddaję w pana ręce – powiedział.
– Krzysiu, ale co się stało? – odpowiedział zdziwiony C.
Pan Staszek nie doczekał się odpowiedzi.
Feralnego wieczoru towarzyszył mu Zbigniew L., poszli do domu wczasowego Jawor, tam jednak było wielu funkcjonariuszy, a Krzysztof niekoniecznie miał ochotę na ich towarzystwo. Panowie kupili to na co mieli ochotę, po czym zeszli do kotłowni. Niedługo później w owym miejscu zjawił się Wiesław M., milicjant. Zaproponował, że odprowadzi Krzysztofa do domu, przeciwny temu był jego kolega, z którym to przyszedł się napić. Wiesław opuścił kotłownie, ale chwilę później wrócił. Krzysztof Pyka opuścił kotłownię z Wiesławem.
Palacza, który przez cały czas był obecny w pomieszczeniu, tak wspomina tę sytuację:
– Wiesiek i Krzysiek z kotłowni wyszli razem ok. 20.30. Zbigniew L. wyszedł później. Nie wiem, w którą stronę poszli. Otworzyłem drzwi, podaliśmy sobie ręce i powiedzieliśmy sobie cześć. Krzysiek chciał iść do domu. Kurtkę mu podali. On wychodząc zawołał jeszcze do mnie: Mieciu, jeszcze dwa egzaminy i będę mieć z głowy.
Zbigniew L., złożył wyjaśnienia w prokuraturze, na tę chwilę nie jest wiadome co powiedział. Wiesław M., natomiast początkowo twierdził, że odprowadził Krzysztofa pod dom, później te zeznania się zmieniały, czegoś tam nie pamiętał, był pijany itp. Wiesław poddał się nawet hipnozie… (prawdziwej wersji zdarzeń nie znamy).
Jeden z ówczesnych funkcjonariuszy wspomina rozmowę z Wiesławem:
– Tuż po zaginięciu Pyki, Wiesiek dopytywał mnie, dlaczego Jezioro Solińskie nie zamarza. Byłem zaskoczony tym pytaniem. Zaczęliśmy też rozmawiać o zaginięciu Krzyśka. Wyrwało mu się, że tamtego wieczoru „musiał się go nadźwigać".
Wiesław M., pełnił dyżur w noc wypadku pod zajazdem, to również on miał powiadomić grupę poszukiwawczą, że Krzysztof był widziany w Szczytnie.
3 lutego 1986 roku w jeziorze Solińskim zauważono zwłoki, jeden z kolegów Krzysztofa wyciągał je z wody, do dziś pamięta twarz kolegi, w co był ubrany, ranę na czole denata, zaciśnięte dłonie a w nich trawę.
Sprawę śmierci Krzysztofa umorzono. Prowadził ją ten sam prokurator co sprawę wypadku pod zajazdem.
Cóż za przypadek…
Tata Krzysztofa Pyki nie dał się zwieść, na klepsydrze syna poprosił o napisanie "Zamordowany przez kolegów w Bieszczadach", taki też druk widniał na nekrologu.
Mimo chęci, nadziei i wiary, rodzinie Krzysztofa nie udało się dojść do prawdy.
Kilkanaście lat później ambitny młody dziennikarz sięga po skrzynkę Pandory. Robactwo, jakie wyjdzie i ujrzy światło dzienne, nigdy nie powinno mieć miejsca.
Mali ludzie, bez zasad, kręgosłupa moralnego w imię czego popełniali te czyny?
Większość w ówczesnym czasie może czerpała z tego jakieś profity, po latach zapomniani stróże na parkingach, sprzedawcy odzieży używanej…
Żadna praca nie hańbi, ale postępowanie już tak. Królowie życia i śmierci… Ci, którzy pisali scenariusze, decydowali o tym, jak kończył się czyjś los, królewsko nie skończyli.
Ostatnim miejscem pracy Pomykały była Gazeta Bieszczadzka. Dziennikarz pochodził z Sanoka oddalonego od Leska o ponad 120 km. Tata Marka Pomykały podejrzewa, że o sprawie sierżanta Krzysztofa Pyki i wypadku pod zajazdem ktoś Markowi musiał opowiedzieć. Wspomina również, że o matactwach w tych sprawach było dość głośno. Mężczyzna twierdzi, że gdyby wiedział, na jaki temat syn pisze artykuł, poradziłby odpuścić temat.
30 kwietnia 1997 roku żona Pomykały wszczęła alarm, Marek nie wrócił na noc do domu. Dla rodziców mężczyzny zachowanie synowej było zaskakujące, Pomykałowie wiedzieli, że synowi zdarzało się nie nocować w domu a i jego relacja z żoną nie była najlepsza. Rodzice dziennikarza jeszcze tego samego dnia decydują się na zgłoszenie zaginięcia. Marek jest dorosłym mężczyzną, zdrowym - jego zaginięcie nie jest traktowane priorytetowo.
Dwa dni później czyli 2 maja, na zaporze wodnej w Solinie policja odnajduje auto dziennikarza. Na miejsce przyjeżdża tata zaginionego, mały fiat jest zamknięty. Marek nie miał w zwyczaju zamykać drzwi na kluczyk, bak pojazdu jest pusty. Jednym z obecnych funkcjonariuszy na zaporze jest Wiesław M., o nim wspominałam już wcześniej…
Policja sprawdziła hotele i pensjonaty, nigdzie nie znaleziono śladu po dziennikarzu, nikt o takim nazwisku nie wynajął pokoju w tamtym czasie, w tamtej okolicy.
Zaczęły pojawiać się głosy, że Pomykała mógł popełnić samobójstwo. Mówiono o nieszczęśliwej miłości, nadużywaniu alkoholu, dwóch próbach samobójczych. Oczywiście sprawdzono jezioro, badali je nurkowie, pływano łodziami - nie udało się znaleźć śladu po Pomykale.
Ci próbowali wszystkiego łącznie z jasnowidzami, na krótką chwilę udaje się wznowić śledztwo, ale to po miesiącu ponownie zostaje umorzone.
Jak wspomina w swoim artykule dla INTERIA Wydarzenia, Dawid Serafin, w dokumentach ze śledztwa pojawia się informacja, że w wieczór kiedy zaginął Pomykała z jego domowego telefonu nikt nie wykonywał i nie odbierał połączeń. Jest to niezgodne z prawdą, tata Marka pobrał wykaz połączeń.
29.04.1997 r.
21:53 Ktoś z domu Pomykały łączy się z dyżurnym policji, rozmowa trwa ponad minutę.
21:59 Połączenie wychodzące z domu Pomykały, odbiorcą połączenia jest siostra byłego komendanta wojewódzkiego w Krośnie. Rozmowa trwa 115 sekund.
Chwilę później ponowne połączenie wychodzące z domu dziennikarza, tym razem do wyżej wspomnianego byłego komendanta. Połączenie trwa niespełna minutę.
22:05 Kolejne wychodzące połączenie do wojewódzkiego komendanta policji w Krośnie. Czas połączenia 222 sekundy.
22:18 połączenie przychodzące z baru Beerland, Pomykała rozmawia przez 112 sekund.
Ponowne przychodzące połączenie z baru trwało 33 sekundy i miało miejsce o 22:33
Kobieta, która opowiada śledczym o zbrodni jest koleżanką byłej partnerki Tadeusza P. Kobieta twierdzi, że o zbrodni opowiedziała jej właśnie Wioletta Z.
W 2012 roku przesłuchano Wiolettę Z. Była partnerka Tadeusza P., zeznała, że mężczyzna opowiedział jej o tym co zdarzyło się pod zajazdem oraz o morderstwie Krzysztofa Pyki, niebyło to jednak wszystko co miała do przekazania. Wioletta Z., twierdzi również, że Pomykała chciał porozmawiać z P., o wypadku, w związku z pisanym przez niego artykułem. Tadeusz P., powiedział kobiecie, że zaprosił dziennikarza do swojego domku w Wołkowie gdzie go udusił.
Kobieta w komputerze męża znalazła zapiski, które miały się znaleźć ponoć w książce byłego komendanta. Był tam fragment opisujący wypadek, w którym zginął Edward Krajnik. Kobiecie przypomniały się również słowa męża, którymi skwitował jej zapytanie o to jak może żyć ze świadomością, że zabił dwie osoby “mylisz się, nie dwóch, a trzech, bo trzeciego zakopałem”.
Do wydawnictwa Ruthenus w 2016 roku dociera mail, to jego fragment:
"Jestem emerytowanym oficerem policji. Pracowałem w Bieszczadach. Historia tych spraw jest do dziś żywa i bulwersująca w tym regionie. Nastąpiło przedawnienie, więc może ujrzeć światło dzienne (…). Właśnie z uwagi na przedawnienie dzisiaj bez obaw o pociągnięcie do odpowiedzialności można opowiedzieć i zrzucić z siebie jarzmo tych czynów i 30 lat jarzma życia w oczekiwaniu na karę lub przedawnienie. Mogę bez obaw podać nazwiska wszystkich osób związanych i żyjących do dziś".
Autorem wiadomości jest Tadeusz P.
Wyżej wspomniane wydawnictwo nie podjęło się napisania książki, ale Tadeusz P., koniecznie chciał wydać swoją historię. Mężczyzna zgłosił się do lokalnego dziennikarza z propozycją współpracy. Książka co prawda nie powstała, ale Tadeusz P., opowiedział dziennikarzowi jeszcze jedną historię o zbrodni.
Kolega Edwarda Krajana był świadkiem wypadku, aby go uciszyć następnego dnia aresztowano Czesława pod zarzutem kradzieży. P., miał powiedzieć dziennikarzowi, że z pijanym Czesławem wsiadł do łódki i wypłynął na jezioro, gdzie wyrzucił mężczyznę za burtę. Na obecną chwilę nie ma śladów po Czesławie, nie wiadomo czy żyje i gdzie przebywa.
W 2020 roku sprawą zajęła się krakowska prokuratura oraz krakowskie Archiwum X. Dwa lata później aresztowano Tadeusza P. Byłemu funkcjonariuszowi wymiaru sprawiedliwości postawiono cztery zarzuty m.in.,. zabójstwa Krzysztofa Pyki, Marka Pomykały oraz usiłowania zabójstwa byłej żony.
Akt oskarżenia zostanie przedstawiony najprawdopodobniej w najbliższym czasie.
Źródła:
Autor: Marcelina Biała, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: unsplash.com
Policjanci z łódzkiego Archiwum X rozwiązali sprawę zaginięcia Małgorzaty B. sprzed 16 lat. Zacznijmy jednak od początku.
Małgorzata B. była mieszkanką Starowej Góry, miała dwóch synów oraz partnera Mariusza. Pracowała w zakładzie krawieckim w Łodzi. Była szwaczką. Sąsiedzi wypowiadali się o Małgosi bardzo pochlebnie.
„Była ładną, bardzo miłą dziewczyną. Cała rodzina jest porządna. Gosia miała oryginalną urodę. Wyszła za mąż za Algierczyka. Ma z nim starszego syna. Młodszy jest dzieckiem partnera. Wiemy, że jakiś czas mieszkała w Algierii, ale wróciła do Polski. Na nowo ułożyła sobie życie”.
Mimo, że Gosia nie miała daleko na przystanek autobusowy, to zimą odprowadzał ją Mariusz, gdyż w godzinach ok. 6:00 rano było jeszcze ciemno. Gdy wracała z pracy również po nią wychodził. Gdy było jasno kobieta udawała się do pracy jak i wracała z niej sama.
26 lipca 2007 roku w Łodzi Małgorzata udaje się na przystanek autobusowy przez las, aby móc dojechać do pracy. Kobieta jednak do niej nie dociera, nagle zapada się pod ziemię, nie ma z nią kontaktu. Rodzina postanawia, więc zgłosić zaginięcie.
„Wiek z wyglądu 39 lat, wzrost około 171-175 centymetrów, sylwetka szczupła wysmukła, waga około 65 kilogramów, oczy ciemne, włosy koloru kasztanowego faliste długie. Twarz owalna, cera naturalna, nos średni prostolinijny, uszy normalne, wargi średnie, uzębienie zniszczone paleniem papierosów, buty typu klapki siateczkowe koloru czarnego. Na lewym ramieniu tatuaż w kolorze niebieskim przedstawiający motyw roślinny. W dniu zaginięcia była ubrana w spodnie typu dżinsy koloru jasnoniebieskiego z haftem na nogawce »motyl«, innych danych brak”.
Rozpoczynają się poszukiwania Małgosi. Na tę okoliczność policja przesłuchuje osoby, które potencjalnie mogą mieć jakiekolwiek informacje dotyczące zaginięcia, wykonują szereg czynności, m. in. wykorzystują do poszukiwań psy tropiące oraz helikoptery, jednak w dalszym ciągu los kobiety jest nieznany.
Okazało się, że Małgorzata została zamordowana. Przełomowy w sprawie był rok 2022r.
W połowie 2022 roku policjanci z Archiwum X dostrzegli, że las między Łodzią i Starową Górą może być miejscem ukrycia zwłok kobiety, ponieważ został on najprawdopodobniej pominięty podczas poszukiwań w 2007 roku. Metr po metrze sprawdzano las Ruda-Popioły przez kilka miesięcy. Finalnie odnaleziono szczątki ludzkie i odzież, która należała do Gosi. Dla potwierdzenia jednak tego faktu zlecono przeprowadzenie badań DNA. Szczątki i odzież bez wątpienia należały do Małgorzaty.
„Dzisiaj możemy stwierdzić, że kobieta padła ofiarą zabójstwa. Po trwających od grudnia poszukiwaniach na obszarze około jednego hektara z udziałem archeologów, antropologów i specjalistycznego sprzętu, w środę w lesie na terenie dzielnicy Łódź-Górna udało się odkopać ciało, wówczas 39-letniej kobiety" – poinformował rzecznik prasowy nadzorującej śledztwo Prokuratury Okręgowej w Łodzi prok. Krzysztof Kopania.
Jak się okazało, przygotował się on do tej zbrodni. Dzień przed zabójstwem wykopał grób, doskonale znał rozkład dnia Gosi, obserwował ją. Zaczaił się na nią w lasku, przez który przechodziła aby dojść na przystanek autobusowy.
42-letni Ryszard P., przyznał się do zbrodni. Pomimo upływu 16 lat doskonale pamiętał popełniony czyn.
„Jak podał, już w przeddzień, to jest 25 lipca 2007 roku, gdy tylko zobaczył kobietę zaplanował atak na nią. Wykopał nawet w lesie grób, w którym zamierzał ją pochować. Następnego dnia czekał aż ofiara będzie szła w kierunku autobusu, którym dojeżdżała do pracy. Podobnie jak on, zamieszkiwała w pobliżu" – wyjaśnił prok. Kopania.
Mężczyzna na początku dążył do zgwałcenia kobiety, następnie zabił, uderzając ją mocno w głowę, dusząc i dociskając klatkę piersiową kolanami. Po zamordowaniu Gosi, 42 – latek przeniósł ciało do wykopanego dzień wcześniej grobu i tam zakopał. Mówi się, że przed zakopaniem Małgorzaty jeszcze żyła.
„ Tą drogą ludzie chodzą do autobusu. Do tego lasku ludzie chodzili na grzyby, a ona tam leżała tyle lat — mówią wstrząśnięci mieszkańcy osiedla”.
Małgorzata B. osierociła dwóch synów.
Mężczyzna usłyszał zarzut zabójstwa ze zgwałceniem. Grozi mu za to od 12 lat więzienia do dożywocia.
Źródła:
Autor: Magdalena Wychowska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: materiały łódzkiej policji, [za:] https://dzienniklodzki.pl/w-lodzi-odkryli-zwloki-kobiety-zamordowanej-16-lat-temu-ukryl-cialo-kobiety-w-grobie-to-byla-zbrodnia-na-tle-seksualnym-zdjecia/gh/c1-17575157
Body image (obraz ciała) to myśli, uczucia i postrzeganie estetyki lub atrakcyjności seksualnej własnego ciała. Pojęcie obrazu ciała jest używane w wielu dyscyplinach, w tym w neuronauce, psychologii, medycynie, psychiatrii, psychoanalizie, filozofii, studiach kulturowych i feministycznych; również media często używają tego terminu. Negatywne postrzeganie własnego ciała stało się powszechne, a dążenie do idealnej sylwetki coraz bardziej niebezpieczne. Autorem pojęcia jest Paul Schilder (1950).
Atrakcyjność człowieka jest m.in. determinowana kulturowo. Według antropologów na zachodzie dominuje szczupła, zdrowa sylwetka natomiast w państwach, gdzie występuje problem z konsumpcją żywności lub wysoka śmiertelność, atrakcyjne ciało to ciało obfite.
Zaburzenia odżywiania to jednostki chorobowe charakteryzujące się zaburzeniem łaknienia na podłożu psychicznym. Dzielą się na 2 grupy czyli:
Zaburzenia odżywiania są odzwierciedleniem tego, co dana osoba przeżywa np. niska samoocena, stres, smutek, ból, trauma. Mogą stanowić sposób radzenia sobie z problemami tożsamości i kontroli osobistej (Polivy, Herman, 2002). Okazuje się, że jednostki mające bliską osobę z rodziny z jakimś zaburzeniem odżywiania, same mają od 7 do 12 razy zwiększone ryzyko pojawienia się tego problemu i u nich.
Okazywało się, że gdy jeden z nich cierpiał na zaburzenia odżywiania, to ryzyko, że drugi bliźniak będzie zmagał się z tym samym problemem, sięgało nawet 50%.
Ponadto, obsesyjne, perfekcjonistyczne i lękowe style osobowości mogą być przedchorobowymi cechami, które przyczyniają się do powstawania zaburzeń odżywiania (Culbert, Racine, Klump, 2015). Social media i niemożliwy do osiągnięcia idealny wygląd wpływają na ocenę swojego ciała i powstawanie zaburzeń odżywiania. Nieustanne porównywanie się i oglądanie często prezentowanych szczupłych lub wręcz wychudzonych ciał buduje u wielu młodych osób niebezpieczne przekonanie, że tylko taki wygląd jest akceptowalny i pozwoli im w przyszłości osiągnąć sukces. Nieustanne porównywanie się i oglądanie często prezentowanych szczupłych lub wręcz wychudzonych ciał buduje u wielu młodych osób niebezpieczne przekonanie, że tylko taki wygląd jest akceptowalny i pozwoli im w przyszłości osiągnąć sukces. Widzimy tylko efekt końcowy w postaci zdjęcia pięknej kobiety, ale nie wiemy ile wysiłku włożono, aby takie zdjęcie powstało (retusz, odpowiednie oświetlenie, charakteryzacja, makijaż).
Media stały się nieodłączną częścią naszej rzeczywistości. Mają ogromny wpływ na każdy aspekt naszego życia – kreują wolny czas, zainteresowania, kształtują wzory do naśladowania.
Myślę, że już możemy zauważyć, że zaburzenia odżywiania, w tym także otyłość, stanowią obecnie poważny problem zdrowia publicznego na całym świecie. Ale jaki wpływ na to wszystko mają media? Nieustanna ekspozycja na środki masowego przekazu (telewizja, filmy, czasopisma, bilbordy, Internet) jest skorelowana z otyłością i negatywnym wizerunkiem ciała (czyli obniżoną samooceną), co może prowadzić do zaburzeń odżywiania (Derenne, Beresin, 2006). Media codziennie bombardują nas informacjami, zdjęciami o tym, jak powinno się wyglądać, jaki rozmiar mieć i niektóre osoby wpadają w wir dążenia do nieosiągalnego ideału.
Wyznaczają standardy atrakcyjności, trendy w żywieniu oraz wskazują cechy fizyczne, które są pożądane przez społeczeństwo. Anna Majda oraz Katarzyna Braszczyk z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowie przeprowadziły badania sondażowe na 82 uczniach klasy trzeciej gimnazjum (wiek badanych to 14-17 lat). Wśród ankietowanych znalazło się 45 dziewcząt. Autorki skupiły się głównie na takich czynnikach jak:
Po analizie wyników badań stwierdzono, że około 25% osób znajdowała się w grupie obarczonej ryzykiem wystąpienia zaburzeń odżywiania. Niedowaga częściej występowała u dziewcząt. Prawdopodobnie dlatego, że dorastające dziewczęta pragną osiągnąć szczupłą sylwetkę, podobną do sylwetek modelek. Chłopcy natomiast chcą być raczej bardziej umięśnieni i sprawiać wrażenie większych, silniejszych.
Kobieta ma być atrakcyjna, ma o siebie dbać, ma być nie tylko swoją wizytówką, ale też partnera. Mężczyzna natomiast powinien być silny, być opiekunem domu. Całe szczęście powoli dochodzimy do zmian w tym systemie np. kobieta nie jest już zależna od męża, może sama o siebie zadbać, nie tylko finansowo.
Obserwowana w pracy wartość rzeczywistego wskaźnika BMI badanych istotnie statystycznie różniła się od wartości życzeniowego wskaźnika BMI. Dane te mogą sugerować, iż młodzież nie była zadowolona ze swojego wyglądu, a szczególnie masy ciała. Wskaźnik BMI badanych nie był istotnie statystycznie zależny od częstości oglądania przez nich reklam telewizyjnych. W przeciwieństwie do tych wyników analiza rozmaitych opracowań zdaje się pokazywać, że częstość oglądania reklam może prowadzić do wzrostu konsumpcji reklamowanych produktów, w tym niezdrowych. W konsekwencji może się przyczyniać do rozwoju zaburzeń odżywiania, a szczególnie otyłości u młodzieży.
Prawie 64% badanych nastolatków stosowała dietę z powodu niezadowolenia ze swojej masy ciała, a pozostali ze względów zdrowotnych. Czyli ponad połowa dzieci zdecydowała się przejść na dietę ze względu na swój wygląd.
Piękno, tak jak już wspominałam, jest kategorią zmienną – zmienia się zgodnie z wymogami kulturowymi i upływem czasu. Nie da się zaprzeczyć, iż w dobie rozpowszechnionych mediów i bezmyślnego przyjmowania treści prezentowanych przez nich treści, wizerunek szczupłego kobiecego (ale też i męskiego) ciała może zaowocować podjęciem walki z własnymi niedoskonałościami. W rezultacie może to prowadzić do pojawienia się zaburzeń w postrzeganiu i traktowaniu własnego ciała. Jest to niebezpieczne. Łatwo przekroczyć granicę między redukcją masy ciała w celach zdrowotnych, a bezmyślnym dążeniem do idealnego ciała kosztem swojego zdrowia.
Dzięki staraniom organizacji feministycznych oraz ruchu body positive współczesne media pokazują nam bardziej realny obraz kobiecego ciała. Obraz naturalny, z krągłościami, z niedoskonałościami, ale nadal spotyka się to z dużym hejtem. Dalej usłyszymy, że ktoś jest za gruby, za duży, za brzydki. W sklepach ubrania w rozmiarze „M” stanowią większość asortymentu, podczas gdy przeciętna nastolatka wymaga rozmiaru „L”. Pod wpływem mediów młodzież jest pod presją, że jeśli nie będzie chuda, to nie będzie mieć przyjaciół. Będzie wyśmiewana i – co dla nich najważniejsze – nie spodoba się płci przeciwnej. To powoduje, że jak podają statystyki:
Według 69% badanych zdjęcia z czasopism miały wpływ na postrzeganie własnego wyglądu. 47% natomiast podjęło próby obniżenia wagi ciała (Kochan-Wójcik, Małkiewicz, 2003).
Media to nie tylko prasa. Właściwie, w XXI wieku, media to głównie internet. Także równie dużą wagę mają obrazy ruchome, których źródłem jest najpopularniejsza i mająca największą siłę opiniotwórczą telewizja.
Według badań istnieje pozytywna zależność między częstotliwością oglądania wideoklipów a poziomem znaczenia i roli wagi ciała. Atrakcyjne osoby pojawiające się w teledyskach mają za zadanie przyciągać, interesować oraz po prostu zachęcać do kupna płyty artysty. Reklamy, wideoklipy, cały ten wizualny świat nakłania do posiadania dóbr materialnych. Definiuje też obraz piękna – kupię te perfumy co używa ta piękna pani, którą wszyscy mężczyźni w reklamie podziwiają. Problematyka zdrowia jest teraz bardzo popularnym i chwytliwym tematem dla mediów. Piękno jest wabikiem na dobra konsumpcyjne.
Same supermodelki przyznają, że czasem nie poznają siebie z sesji, a siebie z lustra. Można oglądać, podziwiać, ale należy mieć świadomość, że piękna osoba ze zdjęcia nie jest tak idealna, jaką ją widzimy. Pominę nawet fakt operacji plastycznych i zabiegów medycyny estetycznej, które, jak każdy wie, potrafią zmienić człowieka nie do poznania.
Poczucie własnej wartości jest silnie uwarunkowane kulturowo. Wywiera silny wpływ na pewien zakres zachowań osobistych i społecznych, nastrój, poczucie własnej skuteczności i wiele innych aspektów życia.
Źródła:
Autor: Nadia Kamińska, wolontariuszka Fundacji Zaginieni
Zdjęcie: unsplash.com